Iluż artystów dąży do indywidualnego stylu. Takiego, który pozwala osobie patrzącej na obraz powiedzieć od razu: „to namalował Kalarus, to wyszło spod pędzla Pilawy”. Ale jeżeli wielu marzy – to taka sztuka (przy całej dwuznaczności tego słowa) udaje się tylko nielicznym. Na przykład właśnie Romanowi Kalarusowi (choć ten akurat doczekał się już grona uczniów i naśladowców, „podrabiających” jego styl), czy Piotrowi Pilawie. I Dorocie Falkowskiej-Adamiec. Dla jej prac ukuto nawet funkcjonujące od lat określenie: „Pierroty Doroty”.
Dorota Adamiec to tytan pracy – a mimo to rzadko zdarza się możliwość oglądania jej indywidualnych wystaw. Dzieje się tak z prozaicznej przyczyny: Adamiec należy do artystów, którzy z pracy pędzla po prostu żyją, utrzymując siebie i dom dzięki malowaniu. To dziś duża sztuka – biorąc pod uwagę, iż nie ma modnego „medialnego” nazwiska, nie pojawia się w kolorowych miesięcznikach dla kobiet i płaskim (powtórzmy znów: przy całej dwuznaczności tego słowa) ekranie telewizora, mieszka zaś – nie ukrywajmy – na prowincji. I to w dodatku prowincji absolutnie niemodnej, eksplorowanej przez media przede wszystkim przy okazji tragedii, wypadków i nieszczęść. W Bytomiu.
Ta prowincja ma jednak swój urok. Można wysiąść na dworcu autobusowym (kolejowy podupadł i wysiadać tam tyleż nieprzyjemnie, co strach), przejść spacerkiem jakieś 10 minut, by stanąć prze gmachem Opery Śląskiej, przypominającej – jak sól w oku – żądnym sensacji żurnalistom, że warto tym miastem interesować się nie tylko wtedy, gdy gruzy kolejnego zawalonego budynku przygniotą kolejnych złomiarzy. Od Opery jeszcze kilka minut pieszej przechadzki i dojdziemy do początku ulicy Piekarskiej, którą kursuje najkrótsza w Europie i zapewne także na świecie linia tramwajowa – cała trasa „38” obsługiwana przez zabytkowe wagony liczy zaledwie 1340 metrów. Tym „tramwajem do historii” zmierzamy w stronę dzielnicy, w której mieści się pracownia bytomskiej malarki. A znajdziemy ją na peryferiach, w przebudowanym małym domku sprzed wojny światowej. Istotne jest tu zwłaszcza piętro, czy raczej mieszkalny strych, tak urządzony, by najlepsze światło jak najdłużej padało na sztalugi.

Dorota Adamiec (dyplom na katowickim Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 1966 roku) jest świetną pejzażystką. Krajobrazy miast i przestrzeni oddaje doskonałym warsztatem, operując przede wszystkim kolorami jesieni: odcienie brązu, ciemnej zieleni,


 


MARCIN HAŁAŚ
 

 Pierroty Doroty

 

burego błękitu, przybrudzonej żółci i spalonej rudy. Maluje polskie krajobrazy i ulubione miasta – na

czele z Bytomiem, Lwowem, Wrocławiem. Ale to nie pejzaże stały się jej znakiem rozpoznawczym. Są nim Pierroty – naznaczone smutkiem i melancholią, o pobielonych twarzach – zawieszone pomiędzy dziecięctwem a dorosłością. Pierroty patrzące w dal, zadumane, przerzucające martwe zabawki, wreszcie – pojawiające się w jej (Doroty Adamiec) pejzażu.
Pisałem kiedyś o nich: „Płótna artystki zaludniają postacie Pierrotów o smutnych, zadumanych i melancholijnych twarzach pomalowanych białym makijażem. To jakaś esencja nostalgii i piękna przemijania. Pierroty miewają u ramion anielskie skrzydła, na głowach – nakrycia w stylu empire, grają na skrzypcach, cokolwiek i gdziekolwiek by jednak czyniły – nie znika z ich twarzy niepokojący smutek, jaki czasami można zobaczyć w wiernych psich lub kobiecych oczach”.
Pytam panią Dorotę, kiedy w jej twórczości po raz pierwszy zjawiły się Pierroty? Artystka chwilę się waha, bo przecież zaczynała od grafiki – i już wówczas obecne w niej były postacie, które można uznać za początki, zwiastuny Pierrotów. A może ten prapoczątek tkwi jeszcze znacznie wcześniej, kiedy w dzieciństwie szkicowała swoje ulubione postacie książąt i księżniczek? Na obrazach zaś Pierroty, jakie znamy dzisiaj, pojawiły się gdzieś w okolicy lat 1970-71, po tragicznym wydarzeniu, jakim była śmierć bliskiej osoby. Właśnie dlatego Pierroty z płócien Doroty Adamiec nigdy nie wyglądają na istoty szczęśliwe.

Jak mają się pejzaże do Pierrotów? – Pejzaż mogę namalować w każdej chwili – twierdzi artystka – to kwestia warsztatu, wprawy, umiejętności wykonywania swego zawodu. W pejzażu rejestruję świat zewnętrzny. Natomiast Pierroty mówią o mnie, to mój świat wewnętrzny. Nie mogę malować ich na zamówienie. Przychodzą same – jak natchnienie, kiedy chcą. Dlatego Pierrotów jest mniej, powstają rzadziej.
Nic dziwnego, że doczekały się już kolekcjonerów, którzy cenią ich oryginalny urok. W pejzażu artystka może powracać do tych samych miejsc, przedstawiać je w różnych wariantach, na różnych obrazach. Pierroty są indywidualne, osobiste, a nade wszystko – niepowtarzalne. Kto raz pokochał Pierroty – nie wyzwoli się z fascynacji nimi. I na odwrót – ktoś kogo Pierroty przygnębiają, nie przekona się do ich uroku.
Dorota Adamiec stale współpracuje z dwoma galeriami: bytomską „Codą” przy ulicy Jainty oraz Galerią Sztuki Marii Wójciak, mieszczącą się przy gliwickim Rynku, pod numerem 15. Tam zaglądać mogą miłośnicy jej pejzaży w jesiennych tonacjach i wielkiej rodziny smutnych Pierrotów

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA