Dorota PomykaŁa od lat związana jest ze Starym
Teatrem w Krakowie. Zagrała w nim wiele znaczących ról.
Podobnie w filmie. Pamiętamy ją z Wielkiego Szu,
Spisu cudzołożnic czy Z biegiem lat, z biegiem dni.
Odkryła jednak w sobie jeszcze jedną pasję.
– Zacznijmy od początku. Kiedy narodził się pomysł powołania szkoły
aktorskiej i kiedy zaczęła ona działać?
– Nie wiem, kiedy narodził się pomysł, natomiast szkoła ruszyła w roku 1992.
Wiedziałyśmy, ja i moja siostra Danuta Owczarzak, a ona też była aktorką, że
ludziom, którzy zdają do szkół aktorskich, stawia się coraz większe
wymagania. Młodzi dostają zadania aktorskie: „A teraz proszę być krzesłem
albo lustrem, proszę być białym kolorem bądź butelką z kefirem, ale nie
takim luźnym i nie przeźroczystym”. No jeszcze wściekły zając jakoś się
człowiekowi z czymś kojarzył, ale jak być lustrem? I bardzo często ludzie
utalentowani, ale speszeni takimi nazwiskami w komisji egzaminacyjnej jak np.
Anna Dymna, Krzysztof Globisz, Jan Peszek czy Jan Englert, nie zdawali
egzaminu. Można było w tym w tłumie, bo tłum jest zawsze nieziemski, po
prostu przepaść.
– Postanowiłyście Panie, że nauczycie młodzież jak być lustrem albo białym
kolorem. A Pani, aktorka tak zapracowana i w Krakowie, i w Warszawie,
postanowiła wziąć sobie na głowę dodatkowy kłopot.
– Wcale nie wzięłam sobie dodatkowego kłopotu na głowę, bo praca z młodzieżą
to czysta przyjemność. To są cudni ludzie. Bardzo piękni, bardzo czyści,
bardzo prawdziwi. Nie zakłamani. Myślę, że warto poświęcić im cząstkę
swojego życia.
Urodziłam się w Bytomiu i chciałam pomóc młodzieży ze Śląska. W Krakowie
można było spotkać swego czasu Jurka Bińczyckiego czy teraz Annę Dymną,
którzy dawali zawsze jakieś wskazówki. Można było otrzeć się o znanych
aktorów. Poczekać na nich pod teatrem, poprosić, aby przesłuchali. Było to
możliwe. Tutaj nie było takich szans.
– Przed laty robiłem z Anną Sekudewicz reportaż i nazwaliśmy go Pustynia
kulturalna.
– Właśnie. To jest fakt nie obrażający nikogo, ale bardzo smutny. Tak się
działo. Od jakiegoś czasu, to się zmienia. Coraz więcej inicjatyw
kulturalnych się tutaj pojawia.
– Aktorka zmieniła się w nauczycielkę. Chciała Pani uczyć młodych ludzi
swojego zawodu?
– Po pierwsze nigdy nie chciałam być aktorką, ale taki był chyba zapis na
mnie gdzieś w niebiosach, na moją drogę tu, na ziemi, na ten krótki czas.
Zawsze interesowała mnie psychologia. Wszystko, co jest kontaktem z drugim
człowiekiem, a nie popisywaniem się aktorstwem. O, patrzcie, jaki mam nowy
makijaż, jaki wspaniały kostium i ile to mnie gazet sfotografowało. To mnie
absolutnie nie obchodziło nigdy. Chodzi o drugiego człowieka i o pomoc
młodym ludziom.
Pisałam pamiętniki jak chyba każda młoda dziewczyna i teraz jak je czytam,
to widzę, że ta współczesna młodzież jest szalenie do nas podobna. Tak samo
marzą o miłości, tak samo czują się samotni, tak samo wstydzą się ze swoimi
problemami zwrócić do rodziców. Tym bardziej, że ci rodzice jeszcze mniej
mają czasu dla nich, niż mieli nasi rodzice dla nas.
– Czyli postanowiła się Pani podzielić z nimi swoją wiedzą o aktorstwie?
– Tym co umiem najlepiej. Swoimi doświadczeniami i tym wszystkim, co z sobą
niosę i w aktorstwie, i w życiu. Ale, broń Boże, nie chciałam im narzucać
czegokolwiek i pouczać. Bo nikt tego nie lubi. Nazywam to dzieleniem się
bądź wymianą myśli czy spostrzeżeń. Oni mnie zresztą śledzą na każdym kroku.
Ich się nie da oszukać. I to też jest trochę podniecające. I inspirujące.
Dorosłych można oszukać patrząc prosto w oczy czy też nie patrząc. Można
skłamać stosując różne sztuczki. Z młodzieżą to nie przejdzie. Można ich
rozśmieszać na 10 sposobów, ale jeżeli nie jest się śmiesznym, to oni nie
będą się śmiać. Będą na człowieka patrzeć i myśleć: „Ale błazen”.
– Zaczęło się zatem w Bytomiu spotykać grono młodych, zdolnych, przyszłych
aktorów.
– Pomyślałyśmy, że winne coś jesteśmy temu miastu, skoro stąd nasze
korzenie. I Studio zaczęło funkcjonować w bytomskim MDK, przy dworcu.
Ukazały się ogłoszenia, w których pisałyśmy, że jeżeli macie zamiłowania do
śpiewania, grania, recytowania, to nie wstydźcie się, tylko przyjdźcie do
nas. Za każdym razem są egzaminy, bo ilość miejsc jest ograniczona.
– Z Bytomia bardzo szybko przeniosłyście się do Katowic.
– Władze Katowic dowiedziały się, że taka szkoła istnieje i chciały, abyśmy
działały w tym mieście. Szkołę nazwałyśmy „Art Play – Policealna Szkoła
Aktorska” Otworzyłyśmy też Studio Aktorskie. Najpierw pracowałyśmy w
Górnośląskim Centrum Kultury, a od jakiegoś czasu prowadzimy zajęcia w
Pałacu Młodzieży.
Przyszła kiedyś dziennikarka na wywiad i powiedziała, że miejscowa Kuria
jest zadowolona, bo młodzież nie stoi po bramach w soboty i w niedziele,
tylko coś porządnego robi. Tak mi się miło na sercu zrobiło, bo ja robiłam
swoją robotę i Danusia, i zaproszeni przeze mnie koledzy, ale nie
wiedzieliśmy, że to takie skutki może odnieść
– Coraz więcej było chętnych?
– Tak. Przyjeżdżali do nas z całej Polski. Najdalej ze Szczecina.
Przyjeżdżali też z Warszawy. I z Piotrkowa, i Kalisza. To jest taki maraton
2-dniowy. Zajęcia zaczynają się w sobotę o jedenastej, a kończą o
siedemnastej dziesięć. Podobnie w niedziele. Cały czas trenują, trenują,
trenują. To są ludzie z klas maturalnych, a jak jest zima... Spory wysiłek,
prawda?
– Zaczynałyście z garstką zapaleńców?
– Na początku były trzy grupy. Do dziś pracujemy w grupach, ale liczą
one maksimum po15 osób. W tłumie nie ma opieki, a my jesteśmy |
|

|
Z
Dorotą Pomykałą
rozmawia
Marek Mierzwiak
|
Nie
chciałam
być aktorką
nastawieni na
indywidualne podejście do każdego. W szkole teatralnej najbardziej mi było
żal tego, że się nami nie zajmowano, mimo że w grupie było nas raptem
pięcioro. Ile ja miałam lat – 18? Nic nie wiedziałam o życiu i tak bardzo
chciałam, żeby wykładowcy, moi nauczyciele, dotarli do mnie, pomogli się
określić i powiedzieć kim jestem. My staramy się indywidualnie dotrzeć do
każdego i mu pomóc.
– Wśród wykładowców same tuzy: Magdalena Cielecka, Jan Englert, Jan Frycz,
Anna Seniuk, Beata Tyszkiewicz, Jerzy Trela, Andrzej Domagalik i wielu
innych.
– Nam nie chodziło o tuzy, ale o przyzwoitość. Koledzy mieli być
doświadczeni. Czasami młodzi prosili nas o bardzo znane nazwisko. I to
nazwisko przyjeżdżało, i rozczarowywało, bo nie za wiele potrafiło
powiedzieć. Tymczasem przyjeżdża ktoś nieznany, który potrafi ich nauczyć
wiele. Bywa zatem różnie...
– Jakimi metodami uczycie aktorstwa?
– Lubię robić takie ćwiczenia, które mają szanse otworzyć drugiego
człowieka. Przez te lata wypracowałam sobie pewien system. Aktorstwo nie
jest matematyką i 2 dodać 2 to nigdy nie jest 4. Nie można nauczyć się pisać
literkę A, później B, a później C i już jesteśmy tak dobrzy jak Dustin
Hoffman. Każdy aktor to inna szkoła. Aktorstwo Holoubka różni się bardzo od
aktorstwa Globisza, a Żebrowskiego od Danusi Stenki. Jedne są techniczne,
drugie bardziej emocjonalne. Sama jestem bardzo emocjonalną aktorką i spalam
się niemiłosiernie. Kiedy muszę płakać, to płaczę i nigdy nie używam do tego
gliceryny. I zauważyłam, że język ludzki często kłamie. Może pan tego
doświadczył jak trudno porozumieć się słowami z własną żoną.
– Oj, trudno, i to czasami bardzo.
– Słowa kłamią i ranią. I trudno je wymazać, bo w naszej podświadomości –
zostają. Niby wybaczamy, ale one zostają. Natomiast wszystko, co jest
gestem, co jest dotknięciem, jest... No, widzi pan, dotknęłam teraz pana
ręki i najpierw się pan uśmiechnął, może pomyślał: „Ale to miłe. Dlaczego to
zrobiła?”. A gdyby pan mnie chciał dotknąć, to ja bym może pana uderzyła.
Pomyślałby pan: „Co jest!?”. I to jest język ciała… Dlatego adepci często
jęczą, tarzają się po podłodze, klęczą, dotykają siebie… To właściwie trudno
opowiedzieć słowami jak ćwiczymy. Trzeba tego doświadczyć. Czasem dodajemy
muzykę. Pracują w grupie, mając zasłonięte bądź zamknięte oczy, żeby się
siebie wzajemnie nie wstydzić. Bo my ciągle musimy w oczach ludzi jakoś
„wypadać”. A aktor tego nie musi. On musi być wolny i nie może się
denerwować, że ktoś go opluje, czy ktoś go zgani, da mu zły stopień. On musi
być ciągle przygotowany na krytykę.
– W jakim wieku przychodzi do was młodzież?
– Od 16 roku życia. Raz mama pewnej 12-latki prosiła, abyśmy się nią zajęli,
ale po miesiącu okazało się, że to jest jednak za młody wiek. A od kilku lat
mamy szkołę dyplomową. Mamy papier Komisji Edukacji Narodowej, że możemy
taką działalność prowadzić. Młodzi dostają dyplom i z nim ruszają w świat.
Ten papier świadczy o człowieku. Nie jest już się anonimowym, ale nie jest
on też równoważny z dyplomem ukończenia wyższej szkoły teatralnej.
– Ale jest pomocny?
– Dziewczyna, która dwa lata temu dostała taki dyplom, zgłosiła się do
agencji aktorskiej we Wrocławiu. Kiedy go pokazała, została zapytana o
nazwiska wykładowców. „A, to dobre nazwiska” – odpowiedziano i została
przyjęta. W środowisku znamy się, wiemy na co kogo stać.
– No i macie też znanych absolwentów, takich jak Agata Buzek, Arkadiusz
Janiczek, Magdalena Kumorek, Sonia Bohosiewicz czy Magdalena Piekorz.
– To miłe, ale trzeba pamiętać, że prowadzimy twardą szkołę życia. Nikogo
nie zagłaskujemy i nie mówimy: „O, jaką masz ładną sukieneczkę”.
Przygotowujemy do tego, że nie będzie łatwo. Nie oszukujemy. Jesteśmy
nastawione na mówienie prawdy, choćby była gorzka. A Magda Piekorz
startowała trzy razy do szkoły teatralnej i nie dostała się, i pomimo tego
nie załamała się. Rozmawiałam o niej już po Pręgach, jak dostała te
wszystkie nagrody, dlaczego tak było, a Jerzy Stuhr odpowiedział, że gdyby
została aktorką, to nie mielibyśmy teraz tak wspaniałej pani reżyser. Tak
się wykręcił.
Wtedy z Magdą na roku był również Wojciech Kuczok, ale jego nie pamiętam. A
Magda mi mówi: „Jak możesz go pamiętać, skoro on nigdy nie chciał mówić
tekstów, tylko tak siedział i wszystko obserwował” |
|
. Może już w jego głowie
powstawały jakieś scenariusze?
Tu trafiają różni ludzie, ale nie ma tutaj gwałtu, nie ma nacisku. Chodziła
dziewczyna, która była chora, miała depresję i lekarze jej wręcz zalecili,
aby tu przychodziła. Zauważyli, że to jej pomaga, czasami bardziej niż
tabletki. Właśnie te ćwiczenia, które otwierają, ośmielają. W czasie ćwiczeń
uczestniczy się w takich sytuacjach, których nie mamy szansy na co dzień
przeżyć. I wówczas może siebie trochę bardziej poznajemy. Na Zachodzie są
metody przygotowujące nas na trudne sytuacje, stresujące. Uodparniamy się na
nie. Fakt, że coś przeżywamy drugi raz czy trzeci, daje nam poczucie
bezpieczeństwa. Już to znamy, potrafimy to rozwiązać, poradzić sobie. Nie
zabiło, a wzmocniło – więc będzie dobrze.
– Ale czy oni zawsze mówią prawdę?
– Nie wiem. Obserwuję ich ja i grupa 13-osobowa. I albo nas ta osoba
przekona do swoich reakcji, albo mówimy, nie on coś skłamał, był nieszczery,
ściemnia. Analizujemy, bo musimy nauczyć się świadomości. Dlaczego skłamała,
dlaczego używa sztucznych gestów, gdzie ona jest prawdziwa. Trzeba się
pozbyć wstydu. Człowiek w swojej bidzie, jak się do niej przyzna, jest
najsilniejszy i najpiękniejszy U mnie nie ma wstydu. Bo życie nie polega na
tym, byśmy się w nim puszyli. Jeżeli ktoś nie wie, to musi powiedzieć: „Nie
wiem, ale proszę mi powiedzieć, bo chcę się nauczyć”.
– I trzeba się uczyć.
– No jasne, ale po co ludzi stresować? Człowiek jest mądry, nie lubi jak mu
się coś każe, jak się go zapędza w kozi róg, jak się go przypiera do ściany,
jak się go zawstydza i mówi: „Jesteś głupi”. To są niepotrzebne stresy. Oni
poprzez przykłady, poprzez mądrą rozmowę mają szansę wybrać właściwą drogę.
– Pani chyba matkuje tym młodym ludziom?
– Przychodzą oszołomy, cudownie nawiedzeni ludzie, bardzo wrażliwi. Ktoś,
kto by wszedł z ulicy, to by się chyba przeraził. Oni potrafią robić takie
rzeczy, tak wchodzić w postać, tak wylewać łzy, bez gliceryny oczywiście,
czy tak ich potrafią niektóre rzeczy cieszyć, że czasami moich kolegów,
dojrzałych aktorów, nie stać już na takie stany, bo im się po prostu nie
chce. Wolą tak technicznie przykłamać, a te dzieciaki robią wszystko
prawdziwie, bo tak chcą, bo im zależy. Nikt ich przecież tutaj nie trzyma.
Studio płatne jest każdego miesiąca i nie ma żadnych kaucji, które radzono
nam w kuratorium wziąć, aby mieć zabezpieczenie finansowe i pewność. Ale nas
to nie interesuje. Ktoś przyjdzie albo i nie. Ale skoro się tak garną, to
znaczy, że chcą, czują, że to coś im daje. Nie mogą się czasami doczekać
końca tygodnia, aby przyjść do nas i wyzwolić się z tej szarej
rzeczywistości. Bo za oknem bzdurna polityka, znikąd nadziei, autorytetów, a
oni tego bardzo potrzebują. Widocznie wśród nas dogrzebują się dobrych
wzorców i chcą się nimi karmić. Bo naprawdę nikt im tego nie każe.
– Jest Pani nimi zafascynowana?
– Oczywiście. Czasami wśród młodszych roczników zdarzało mi się rozwiązywać
jakieś konflikty rodzinne. W tej chwili zatrudniamy psychologa, bo bałam się
tego i przerastało mnie to, co się działo w ich sercach. A potrzebowali
takiej pomocy, bo się zwierzali. Czasami ktoś się dla mnie uczył, bo tata mu
powiedział, że jak się nie będzie uczyć, to go do nas nie puści, więc
mówiłam: „Ucz się dla mnie, a tatę przytul, bądź dla niego miły, bo on chce
twojego dobra a nie zła, nawet jak czasami dziwnie się zachowuje”.
– Co ważniejsze jest dla Pani – praca czy szkoła?
– To jest istotne, bo przez rozmowy z nimi i wspólne ćwiczenia uświadamiam
sobie, kim ja jestem tak naprawdę. Czasami mówimy sobie o przebaczaniu i to
niekoniecznie w kontekście religii, bo nikt nikomu żadnej religii na siłę
nie będzie wciskał, ale na przykład mówimy o przebaczaniu w kontekście
jakiejś roli czy jakiegoś tekstu. Na przykładzie Jana Pawła II, który
poszedł do Ali Agcy, do więzienia i przebaczył. Na zajęciach jest cisza. Nic
nie można na to odpowiedzieć. Ojciec Święty mieszkał w Watykanie, ale Eleni
w każdej chwili, mówię im, może przyjechać do szkoły. Miałam z nią kiedyś
koncert. Tłumy stały, żeby tylko ją dotknąć, żeby na nią popatrzeć. Bo każdy
z nas rodzi się dobry. Późniejsze sytuacje nas stwarzają. I wówczas czasami
jesteśmy bandytami, niedobrymi ludźmi. Ale z gruntu jesteśmy dobrzy.
A czasem było tak, że i w mojej rodzinie zdarzało się coś trudnego i wówczas
mówiłam sobie: „Byłaś taka mądra, mówiłaś, podejdź, przeproś, mimo że ktoś
ci wyrządził krzywdę, więc spróbuj teraz ty i zobacz, jak to jest”. I tak
udawało się.
– Śledzi Pani ich kariery? Jest Pani z nich dumna?
– Ogromnie się cieszę jak im się udaje. Widziałam jak startują. W serialach
– Janiczek, Magda Kumorek, później w filmie Agata Buzek czy Agnieszka
Warcholska. Było to cudne, że już ich widzę, że zaistnieli, że już są. Ale
potem chciałam jeszcze z nimi wystąpić. Żebym się z nimi mogła spotkać na
planie filmowym albo na deskach teatru. No i udało się. Z Kamilą Baar
zagrałam w Teatrze Telewizji. Magda Piekorz już zaprosiła mnie do swojego
filmu, który zaczyna reżyserować. Udało mi się czytać tutaj, w bytomskim
salonie, poezje z moimi absolwentkami. To jest niesamowita radość, kiedy
staję się ich koleżanką, przechodzę z nimi na „ty”. Oni dostają zaproszenia,
aby przyjeżdżali do szkoły i dzielili się swoimi doświadczeniami.
Zauważyłam, że niektórzy z nich, tak jak Michał Majnicz z Opola, który
znakomicie zagrał Makbeta u Majki Kleczewskiej, zaczyna kontynuować moją
linię, i tak mi się bardzo przyjemnie zrobiło. Bo to nie jest tak, że ja
chcę „przejść do historii”, tylko widocznie jemu coś dałam, on z tego
skorzystał i teraz te moje nauki wciela w życie i idzie z nimi przez świat. |