Chmury nad Boraczą. Deszcz siecze ostatnie stadko w
tych górach. Owieczki tulą się do siebie. Jagnię wciska się pod maminy
brzuch. Otaczają nas fladry przeciw wilkom. Pies patrzy spokojnie. W pustym
pasterskim domku za oknem – „Bojki starego bacy”. Czarna owca podchodzi do
mnie na dystans dwóch metrów i w bek! Potrząsa moknącym dzwonkiem.
Owce są dziwne,
a owczarstwo to hobby
To dziwne zwierzęta. Idziemy przez las, pierwsza poszła bokiem, reszta za
nią. Kiedy wychodzimy z powrotem na drogę, ta pierwsza widzi tył ostatniej,
więc idzie za nią. Stanąłem sobie z boku i patrzyłem, jak chodzą w kółko.
Jan Żyrek mieszka w Ciścu. W pokojach tykają zegary. Na stole leży kupon
totolotka i książeczka z Medżugorje. Podaje kawę, a do kawy kiełbasę
wieprzowo-baranią.
Sam robię. Dam panu więcej, dla rodziny – obiecuje. – Ach, zapomniałem! –
idzie do kuchni i przynosi keczup. – Trzeci raz jadę do Medżugorje – mówi.
Mnie tu przysłali – tłumaczę, krojąc sobie kiełbasę i popijając kawkę –
żebym napisał o odradzaniu się owczarstwa w Beskidach.
Pięciu nas tu zostało w Ciścu, hodowców – mówi. – Ja mam 25 owieczek. Pasą
się na Boraczej, a kilka jest przy domu, bo się okociły. Pieniędzy z tego
nie ma żadnych. Wełnę trzymam w piwnicy, bo nikt jej nie chce. Mięso skupują
w Nowym Targu. Więcej wydam na przejazd niż na tym zarobię.
Owczarstwo dziś w Beskidach to hobby, nic więcej – mówi Ewa Foik z
żywieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. – Pan Kohut jest wyjątkiem.
Nowoczesny baca
Piotr Kohut mieszka w Koniakowie, przy ulicy. Postawił przy drodze duży
napis: „Bacówka”. Przy bacówce – sklep góralski. Auta się zatrzymują, ludzie
kupują pamiątki, sery. Idzie z tego wyżyć. Czekam na bacę przy drewnianym
stole, przewijam kasety. Jedzie dobrym, szybkim autem z Cieszyna, z jakiegoś
spotkania. Nosi okulary, nie ma na sobie góralskiego stroju, nie mówi gwarą.
Jest grzeczny i chętnie wszystko tłumaczy.
To nie może być folklor dla turystów. Trzeba być nowoczesnym, ale ta
nowoczesność wyrasta z tradycji – opowiada Piotr Kohut, kiedy stoimy w jego
drewnianej bacówce – ślicznej, nowiutkiej, pachnącej świeżym serem. Ser
owczy w plastrach z gorącej patelni, redykołka, zgodny z unijnymi normami
oscypek, bundz, bryndza – jest wszystko.
Strój nakładam, kiedy chcę, a nie na pokaz – mówi baca Kohut. – Dla mnie to
nie jest cepelia. Pochodzi z jednego z najznamienitszych koniakowskich rodów
góralskich. Jakiś czas pracował w Bielsku, handlował samochodami. Pięć lat
temu, pod wpływem przemyśleń, wspólnie z Józefem Michałkiem (założycielem
strony internetowej www.goraleslascy.pl) podjęli decyzję, że wracają do
tego, czym zajmowali się ich przodkowie. Pojechali na Podhale kupić owce.
Ludzie się z nich śmiali, że to głupota, nic więcej.
Piotr Kohut zbudował bacówkę. Dziś 100 jego owiec pasie się na zboczu nad
Koniakowem. Józef Michałek zajmuje się papierami, całą tą biurokracją. Żeby
go spotkać, jedziemy przez ciemny las do schroniska PTTK w Istebnej. Czeka
na nas w recepcji. Kawa.
Dno
Wie pan, na Słowacji mają kilkutysięczne stada. Nie ma porównania – mówi Ewa
Foik. Ja z tego żyję. Na tym zarabiam – mówi Piotr Kohut, ale przyznaje: –
Owczarstwo w Polsce jest na dnie. To jest dno!
Dlaczego Słowacy mogą, a my nie? Przecież to te same góry, te same tradycje!
– wypytuję panią Ewę Foik w jej cichym i spokojnym biurze, oglądając
starannie kaligrafowaną Kronikę Stowarzyszenia Hodowców Owiec i Kóz i
Producentów Zdrowej Żywności w Węgierskiej Górce.
U nich zostały spółdzielnie, u nas nie. Dlatego – twierdzi Ewa Foik.
Na całym świecie państwo dopłaca do tego. U nas nie – mówi Piotr Kohut.
Ci, co produkują runo, sprowadzają wełnę z Nowej Zelandii, bo jest tańsza.
Mięsa nie idzie sprzedać. Nawet regionalne restauracje nie są zainteresowane
– mówi Jan Żyrek.
Nie tylko z Nowej Zelandii, ale i z Peru, z lam sprowadzają wełnę, bo im się
bardziej opłaca, niż od nas wziąść – dodaje Piotr Kohut.
Upadek owczarstwa zaczął się w połowie XIX wieku, przez Habsburgów – mówi
Józef Michałek.
– Habsburgowie kazali zalesiać góry. Likwidowano pastwiska i sadzono drzewa.
Do tego czasu, górale byli majętnymi ludźmi. Mówiono „Kto ma owce, ten ma co
chce”.
W XIX wieku zaczął się nieporównywalny z niczym wcześniej w światowej
gospodarce boom na bawełnę. Pewnie i to miało wpływ na spadek
zainteresowania wełną.
Potem coraz trudniej się było z owiec utrzymać. Zakopane poradziło sobie
lepiej dzięki temu, że nauczyło się żyć z turystów. Sery, swetry, skarpety
wełniane szły jak woda – jako pamiątki z Zakopanego.
W Istebnej – opowiada Michałek – jeszcze w latach 60. jak przyjechał turysta
ze Śląska, to się go gościło!
Górale śląscy i żywieccy szli do pracy w kopalniach, do fabryk. Na żywieckie
i śląskie pastwiska przyprowadzano stada z Podhala – kilkanaście stad po
kilkaset owiec. Jeszcze w latach 80. na Żywiecczyźnie gospodarze dodawali do
tych stad po kilkadziesiąt swoich owiec na wypas. Dziś dodają po kilka do
kilku podhalańskich stad.
Pan wie, ile kosztuje dziś skóra owcy? – pyta Ewa Foik. – Pięć złotych za
sztukę. A żeby ją sprzedać, trzeba pojechać do Nowego Targu, bo tu nie ma
punktów skupu. Moda na kożuchy minęła.
Na mięso też nie ma chętnych. Nawet regionalne restauracje nie chcą tego
brać, mimo promocji i degustacji, jakie organizują hodowcy. Owszem, na sery,
bryndzę, bundz. Z tym nie ma problemu.
Józef Michałek twierdzi, że złą sławę baraninie zrobiono w latach 80., kiedy
w Polskę szło rzeczywiście niedobre mięso.
W polskiej jagnięcinie gustują Włosi. Tony żywych jagniąt jadą do Włoch z
Podhala.
Włosi dopiero je ubijają.
Owce czy wilki
Jan Żyrek pracował w fabryce maszyn „Befama”. Jego ojciec był stelmachem
(kołodziejem) w Ciścu. Ale coraz mniej kół było do roboty, coraz mniej koni.
Dlatego syn stelmacha zamiast, jak ojciec, robić koła, wstawał rano i jechał
z Ciśca do Bielska do fabryki, gdzie z czasem dochrapał się stanowiska
mistrza. 25 lat temu kupił dwie owce. Po 25 latach ma 25 owiec – wszystkie z
tych dwóch. Dopóki pracował, zajmował się nimi po powrocie ze zmiany w
fabryce. Na początku maja szły na wypas. Ćwierć wieku temu w Ciścu owiec
było pół tysiąca. Od ćwierć wieku Jan Żyrek na początku maja wspólnie z
innymi owczarzami prowadzi owieczki na wypas i z roku na rok jest ich mniej.
Teraz z Ciśca idzie ich czterech, a owiec jest niewiele ponad 100. Nie
wszystkie dochodzą: Grzegórzek, Zawada, Michalski i ja z Ciśca. Bednarz spod |
|

Ocalić
owce
w Beskidach!


Piotr Kohut (z prawej) z partnerem
Baraniej Góry. Z Żabnicy – Wojtyła, Strzałka, Gruszka z
Cięciny – Stefko, pani Biegun – Jan Żyrek na palcach obu rąk liczy
gospodarzy, którzy zachowali owce.
W tamtym roku, kiedy byliśmy w połowie drogi, spadł śnieg. Dwie owce padły –
opowiada Jan Żyrek. – A raz zaatakowały wilki. Trzy owce mi zagryzły!
Pasterz poszedł akurat się napić herbaty. Pies nawet nie zaszczekał. To było
między ósmą i dziesiątą wieczorem. Całe stado poszło w las, rozpierzchło się
na półtora kilometra. Jedną owieczkę znaleźliśmy na Małym Ciścu, gdzie
kiedyś nocowała. Zapłacili mi odszkodowanie po 200 złotych za zagryzioną
owcę. A to ładne, kotne owce były.
Innym razem najładniejsza owieczka w stadzie, matka, zaczęła gwałtownie
puchnąć i dostała drgawek. Żmija ją ugryzła. Pozbawione mleka matki jagnię
padło niedługo później.
Jaka to była owca! – wzrusza się Jan Żyrek. – Jak od innej jagnię miało 14
kilo, to od tej 30! Wilki, mówi, podchodzą już bardzo blisko, pod domy.
Opowiada, jak widział w biały dzień, wilka rozszarpującego sarnę za torami,
koło których mieszka.
Cztery takie sarny rozszarpane znalazłem – mówi.
Wilk jest pod ścisłą ochroną. Pasterze dostali fladry (czerwone kawałki
płótna na sznurkach), których wilki się boją, a niektórzy – psy pasterskie.
Ale strzelać do wilka nie wolno.
Tak będzie dopóki jakieś dziecko nie zginie – mówi Ewa Foik. – Przecież
przez te lasy z gór schodzą dzieci do szkoły.
Pojawia się pytanie, którego nigdy wcześniej tu sobie nie zadawano. Po co w
ogóle są owce? Po co się bawić w ich zachowywanie, w próby odtwarzania
owczarstwa w Beskidach? Może lepiej zająć się wilkami? Może lepiej by było,
gdyby owczarze przerzucili się na opiekę nad wilkiem? Ponieważ argument
ekonomiczny nie jest już oczywisty, a z reguły (z wyjątkami) w ogóle nie
istnieje, więc szuka się racji gdzie indziej. Stąd wątek żmij.
Owce czy żmije
Pasterze boją się też żmij. Nie pamiętają tylu żmij w lasach.
To klęska – mówi Jan Żyrek. – Żmije podchodzą pod domy, można je znaleźć na
drogach, nad rzeką. Ludzie się boją iść do lasu. Chodzą w wysokich, gumowych
butach.
Na tych zarośniętych polanach, w tych chaszczach żmije mają doskonałe
warunki – mówi Ewa Foik. Ostatnio żmija ugryzła leśniczego.
„Kany się podziały nase
downe casy,
kiedy to łowiecki na holak się pasły
Zarosły gronicki samą ferecyną,
pójdę z łowieckami, sycko
powycinom”
mówi piosenka zacytowana w kronice Stowarzyszenia.
Gdyby były owce, nie byłoby żmij – twierdzi Józef Michałek. Bez owiec, żmij
będzie coraz więcej.
Owce to naturalne kosiarki. Wyjadają trawę. Na łąkach nie zgryzionych przez
owce żmije dorastają w spokoju. Albo owce, albo plaga żmij.
Brokeback Mouintain
Góry Skaliste na Dzikim Zachodzie. Stan Wyoming. Dwaj młodzi kowboje
wypasają owce. Jeden musi przy nich czuwać całą noc, bo na owieczki czyhają
szakale. Przez kilka miesięcy są tylko oni, góry i owce.
Do Wyoming w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku masowo emigrowali górale
z Trójwsi. Gdy Habsburgowie i austriacka administracja walczyli z beskidzkim
owczarstwem, zabraniając wypasania i odbierając góralom serwituty, nad
halami zawisło widmo głodu. Nie było rodziny, z której ktoś nie wyjechałby
za chlebem. Sprzedawali ziemię, żeby mieć na bilet. Czasem pieszo szli przez
cały kraj do portu morskiego. Stamtąd pod pokładem płynęli do Nowego Jorku,
skąd, nie wiadomo dlaczego (może ktoś agitował, może wiedzieli, że swoi już
tam są) wędrowali jeszcze 3000 kilometrów na dawne tereny Apaczów i
Czejenów. Przysyłali do Trójwsi pocztówki.
Kochana moja małżonko, jestem z łaski Pana Boga zdrowy. Mięso tu każdy dzień
jem, a tam bym musiał jeść kapusznicę. Żebyś widziała ile oni mają krów,
koni, świń! A słomy, a siana! Pół wsi tyle nie ma! Nie ma u nas takiego
bogatego gazdy. Gut baj babulko moja – pisał w 1921 niejaki Tom Michałek do
pozostawionej w Istebnej żony.
A Antoni Marekwica dostał od przyjaciela pocztówkę z bizonami. Przesyłam ci
bawoły. Som dziwoki. Frank Bucznik – przeczytał na odwrocie.
Te chłopaki pasące owce w Brokeback Mouintain, podobnie jak podpatrujący ich
właściciel stada, to potomkowie istebniańsko-koniakowskich górali. Do dziś
interesują się Trójwsią. Mają swoje strony w internecie, gdzie pielęgnują
zainteresowania ziemią swoich ojców. Pewnie wciąż mają owce.
Widzi pan, myślałem, że będzie problem, znaleźć pasterzy. A okazało się, że
nie, że są chętni – mówi Piotr Kohut. Akurat z góry zszedł Mirek – w
kamizelce na gołym, opalonym torsie, w góralskim kapeluszu. Od kwietnia nie
schodził. Cały czas z owcami. Dojenie o świcie i czuwanie w nocy.
Z owcami powinna być stale jedna osoba, którą one rozpoznają i
przyzwyczajają się do niej – tłumaczy baca. Mirek zszedł dziś wyjątkowo. Ma
coś do załatwienia w domu. Do owiec poszedł zmiennik.
Owcą chronią góry
Jan Żyrek prowadzi mnie do kilku owiec, które pasą się za domem. Na wypas do
bacy Adama Gruszki na Halę Boraczę ich nie daje, bo karmią jeszcze młode. Z
takiej matki karmiącej baca nic nie ma, tyle że ją musi pilnować. Więc każe
sobie płacić za jej wypas. Jak owca jest dojna i nie karmi, zapłatą jest
mleko, z którego baca robi sery.
Poza tym owieczki na działce przy |
|
domu to darmowy nawóz. Gdyby nie to, trzeba by było płacić
100 zł za obornik. Trzeba tylko pilnować owiec przed chłopakami z
sąsiedztwa. Straszą je, płoszą, gotowi wypuścić, przegonić.
Tam, tam widziałem, jak wilk sarnę zabił – pokazuje mi Jan Żyrek. Owce
przestraszone przechodzą na drugi koniec działki. W trawie – pełno owczych
kupek.
Hale cisieckie pozarastane, nikt nie kosi, owiec nie ma. A przecież hale w
górach muszą być. W razie pożaru jeden las od drugiego oddzielają – martwi
się Żyrek.
Gminy żywieckie żyją z turystyki, więc krajobraz jest ważny – mówi Ewa Foik.
– Jest faktem, że roślinności na halach i polanach owce bardzo służą.
Na Hali Lipowskiej owieczek nie ma już od kilku lat. Krokusy bledną. Nawozu
brakuje...
Żyjemy z mleka
Paradoksalnie oscypki są dziś wszędzie. W hipermarketach, w przejściach
podziemnych na kramarskich stolikach, na dworcach, przy stacji kolejki na
Szyndzielnię i w sklepie spożywczym na rogu.
To nie są prawdziwe oscypki – tłumaczą Piotr Kohut i Józef Michałek.
Baca Kohut pokazuje prawdziwy oscypek – duży (20-30 cm długości) w kształcie
wrzeciona, zdobiony we wzory. Każdy baca ma swój wzór, swoją formę. Po tym
się rozpoznaje, od kogo oscypek pochodzi.
Te malutkie serki, które potocznie nazywa się oscypkami, to czasami są
redykołki, ale częściej, jak twierdzi Józef Michałek, ordynarne podroby z
pasteryzowanego mleka krowiego z Wielkopolski.
Oscypek, taki jaki ma być zgodnie z normami unijnymi, musi być z mleka owiec
wypasanych powyżej 500 metrów n.p.m. w czystym środowisku, jedzących zioła –
wymienia Michałek.
Dzięki niemu Trójwieś ma prawo do wyrobu i sprzedaży prawdziwego oscypka.
Wisła nie ma, Szczyrk nie ma, Żywiec nie ma. Dlaczego? Dlatego że Michałek i
Kohut – dwaj owczarze z Trójwsi w ostatniej chwili dołączyli wniosek, żeby
oprócz Podhala dopisać rejon Trójwsi do miejsc, w których można robić
oscypki.
I to jest szansa.
Dziś nie żyjemy ze skór, ani z wełny, ani z mięsa. Żyjemy z mleka –
konstatuje Piotr Kohut.
Dlatego Michałek z Kohutem pojechali do Zakładu Doświadczalnego w Grodźcu
Śląskim, gdzie prosili o wskazówki, jak odtworzyć pierwotną rasę owcy
górskiej – cakiel. Przez stulecia górale w Polsce wypasali cakle. Po
pierwsze, cakiel jest bardziej mleczna, po drugie – byłaby szansa na dopłaty
z funduszy Unii Europejskiej, bo UE wspiera stare rasy zagrożone
wyginięciem.
Dokąd idziesz baranku?
No więc co? Co z tym odradzaniem się owczarstwa? Te imprezy z udziałem dużej
liczby dziennikarzy – redyki (prowadzenie owiec na halę), łossody (zejście
owiec z hal) beskidzkie.
To imprezy dla turystów – rozwiewa wszelkie złudzenia Ewa Foik. Imprezy
organizuje Ośrodek Doradztwa Rolniczego, Urząd Gminy i Gminny Ośrodek
Kultury. Liczenie owiec na świętego Michała (23 września) i rozliczanie się
bacy z hodowcami na oczach publiczności cieszy się coraz większym
powodzeniem. Jako impreza promocyjna to strzał w dziesiątkę.
W nadziei na odradzanie się owczarstwa założono w 2000 r. Stowarzyszenie
Hodowców Owiec i Kóz z siedzibą w Węgierskiej Górce. Dzięki stowarzyszeniu
owce należących doń hodowców pasą się razem na Boraczej, gdzie bacować
zgodził się Adam Gruszka. Jednym z celów jest zapobieganie zarastaniu Hali
Boraczej.
Fakt, że na Żywiecczyźnie znów pojawił się baca i stado, wzbudził tak
ogromne zainteresowanie mediów, że baca Gruszka ma już dosyć wywiadów, dosyć
dziennikarzy i stanowczo odmawia, twierdząc, że to i tak nic nie daje.
Głoszą, że się ma odradzać, ale nie ma widoków. Z Katowic nowinę dają, plany
piękne, spotkania, a my nic nie odczuwamy – mówi Jan Żyrek, pakując mi
kiełbasę wieprzowo-baranią do reklamówki – dla rodziny. – Jak nie będzie
zbytu, nic się nie odrodzi – stwierdza. Mam zjeść kiełbasę i zachwalać.
Dla ratowania owczarstwa, mam napisać, że jak ktoś chce mięso z baranka, z
jagniątka, niech dzwoni do Jana Żyrka, tel. 033-864-27-30. Dziewięć złotych
za kilo żywej wagi. Dobrze odchowany baranek waży 30 kilo. Po odjęciu
wnętrzności i skóry zostaje 15 kilo mięsa z kością. A może ktoś chce wełnę z
owcy górskiej? 1,5 tony czeka u Żyrków na chętnych. 2 zł 50 gr za kilogram
wełny. Nie ma lepszych działań na rzecz odrodzenia owczarstwa, zdaniem Jana
Żyrka, niż podawanie takich informacji.
Spośród tych, którzy zakładali stowarzyszenie w 2000 r. do dziś nikt nie
zrezygnował i to coś znaczy – mówi Ewa Foik. – Ale dla nich to wyłącznie
hobby. Z wyjątkiem pana Kohuta i Michałka, to jest wyłącznie starsze
pokolenie. Z wyjątkiem pana Kohuta, nie ma gospodarstw specjalizujących się
w owczarstwie.
Na pewno, gdyby ruszyły dotacje do każdej owcy, to mogłoby się to powoli
rozwijać. W tej chwili nie ma żadnych dotacji, jedynie do ginących ras.
Co poradzić?
Józef Michałek jest przekonany, że może się udać. Warunki to: dobra
organizacja, właściwa reklama. Planują stworzenie spółdzielni, nowego typu
spółdzielni.
Kiedyś spółdzielnia to było 30 pracowników i 500 owiec, a dziś musi być 5
pracowników i 20 000 owiec – mówi Michałek.
Prowadzą rozmowy z zainteresowanymi. A zainteresowania nie brakuje.
Ostatnio byliśmy w Warszawie na zaproszenie Muzeum Historii Polski, gdzie
prezentowaliśmy dziedzictwo górali polskich. Spotkaliśmy się z dziesiątkami
pytań, gdzie nasze produkty można kupić. Jest ogromne zapotrzebowanie. Nie
jesteśmy w stanie nawet części tego zapotrzebowania sprostać – przekonuje
Józef Michałek. – Jeśli nawet „Śląsk” chce o tym pisać...
Baca Kohut przysypia. Wstaje codziennie o piątej do dojenia owiec, a już
późna noc. Pora wracać.
Mały owczarek, Dunaj, zasypia przy owcach. Pije żętycę, od urodzenia jest
wciąż z owieczkami, tuli się do piersi bacy. Kogo będzie pilnował? Jakie
stada na niego czekają?
W deszczu
Szukam na Boraczej owiec. Szukam tego stada, tej dumy Beskidu Żywieckiego.
Tego przetrwalnika. Koło schroniska bacówka. Drogowskaz – oscypki, bryndza,
bundz. Pytam o Adama Gruszkę.
W pracy jest.
A owce?
O czwartej przyjdą na dojenie. Teraz są po drugiej stronie góry.
Ze szczytu widać w dole, na zboczu małe, skulone stadko, skoszarowane,
chronione fladrami. Pusto. Nikogo nie ma. Tylko owce, brzęcznie dzwonków,
spokojny pies i deszcz. Owieczki patrzą na mnie bez strachu, nie odchodzą.
Ciekawe, wtulone w siebie, chronią się przed coraz mocniej je sieczącym
deszczem. Uciekając, widzę za sobą malejące stadko. |