Bohaterowie książki Bruce'a Chatwina to ludzie żywi. Jednak żywi nie tylko w sensie literackim, jak to określamy, gdy autorowi udało się stworzyć postać pulsującą emocjami i pełną wyrazistych cech, choć to także. „Co ja tutaj robię” opowiada o ludziach rzeczywistych, z krwi, kości, a także przekonań, uprzedzeń i słabości. Najbardziej właściwe dla istoty dzieła Chatwina byłoby określenie „notatki z podróży”. Ale istnieje w języku angielskim określenie „travelogue” – i oznacza to coś znacznie więcej niż notatki z podróży: mamy do czynienia z fabułą, z obserwacjami, z oceną wyrażoną najczęściej nie wprost (inaczej cóżby pozostało czytelnikowi?), z subiektywnym spojrzeniem autora, wreszcie z elementami czystej fikcji. Travelogue może oznaczać nieco mniej niż powieść, albowiem fabuła nie rozgałęzia się na wiele wątków. Dużymi formami travelogues, że pozostanę przy tym angielskim określeniu, były m.in. takie pozycje jak „Waugh in Abisynia” Evelyna Waugh czy „Goodbye to Berlin” Christophera Isherwooda.
Książka Chatwina to zbiór miniatur z podróży w różne miejsca świata, które przed 1989 rokiem nawet Brytyjczykowi musiały się wydawać egzotyczne i odległe, bądź w ogóle nie z tej ziemi, jak np. mieszkanie Nadieżdy Mandelsztam w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Innym miejscem, tak odległym, że niektórzy w ogóle stamtąd nie wracają, był mur, pod którym rozstrzeliwano skazańców podczas jednego z afrykańskich przewrotów. Mówiąc jednak prawdę, plan filmów kręconych w afrykańskiej lub południowoamerykańskiej dżungli przez Wernera Herzoga nie był wiele bezpieczniejszy.

Chiny po rewolucji kulturalnej, Związek Sowiecki niszczący w mniej programowy sposób swoje dziedzictwo kulturowe, dzielnica arabskiej nędzy i występku w Marsylii, zmyślenia i fascynacje Indii, paryski salon wiekowej projektantki mody – co łączy wszystkie te światy? Może nic zgoła albo doprawdy niewiele – takie jest pierwsze wrażenie. Ale już po kilku linijkach dostrzegamy drobinę materii ożywionej, rzucanej po wszelkich zakamarkach bytu. Jeśli przyjrzymy się tej materii dokładniej, spostrzegamy ze zdziwieniem, że ona nie jest bierna. Stara się ze wszystkich sił mieć coś do powiedzenia w sprawie swego przeznaczenia. Domaga się sprawiedliwości, miłości i szacunku


Bruce Chatwin: Co ja tutaj robię? Przekł. Paweł Lipszyc. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.


 WITOLD TURANT
 

Co on tutaj robił

 dla swej wiary i nadziei. Na tysiące sposobów walczy. Kiedy przestaje, umiera.
Przypomina się tu proza Ryszarda Kapuścińskiego, który w swych wiedeńskich wykładach „Ten Inny”) zalicza Chatwina do kanonu swych lektur. To nie przypadek. Kapuściński postrzega inność jako wielość w jedności (rodzaju ludzkiego). Chatwin widzi świat tak samo. Takie widzenie ma swoje konsekwencje. Tak jak konsekwencje ma sposób przekazywania – w postaci krótkich migawek pozostawiających coś na kształt powidoku ludzkiej sylwetki pod naszymi powiekami. Nasz kontakt z większością ludzi trwa tyle, co mgnienie oka.

Wojny, rewolucje, przewroty, katastrofy – dzięki mediom dostępne i dotykalne w dowolnym zakątku świata. To one nadają tempo naszemu życiu. Przez ostatnie trzydzieści lat, dzięki przekazowi satelitarnemu i elektronice tempo zmian w tym często niezbyt jasno zabarwionym kalejdoskopie jeszcze bardziej się wzmogło. Bruce Chatwin zmarł u progu tego jednomocarstwowego świata, w 1989

roku, przed rozpoczęciem wojny z globalnym terroryzmem. Jednak książka Chatwina to nadal świetna lektura. Otrzymaliśmy ją od Państwowego Instytutu Wydawniczego jako jedną z lektur jubileuszowych na 60-lecie wydawnictwa w bardzo dobrym przekładzie Pawła Lipszyca. To okazja, której nie można zmarnować, albowiem z cała pewnością Chatwin trafi do kanonu prozaików opisujących minione stulecie; nie ma jednak żadnej pewności, czy stanie się autorem często wznawianym.
Urodzony w 1940 roku, nie był oksfordczykiem, ani absolwentem Cambridge, na co mogłaby wskazywać jego nieukrywana biseksualność. Ukończył bez stopnia uniwersytet w Edynburgu i rozpoczął błyskotliwą karierę rzeczoznawcy legendarnego domu aukcyjnego Sotheby's w Londynie. W tym czasie objawiła się u niego bardzo dokuczliwa krótkowzroczność. Okulista nie dopatrzył się niczego szczególnego. – Po prostu proszę mniej przyglądać się przedmiotom z bliska. Niech pan częściej skupia wzrok na horyzoncie. – Doktor z Harley Street okazał się Deus ex machina. Po miesiącu widzimy już Chatwina w Sudanie. Po powrocie zaczyna interesować się archeologią, co oznacza kolejne podróże, a jego pierwsze próby literackie związane były ze zleceniami redakcji The Sunday Times. Wydana w 1977 roku książka „In Patagonia” gruntuje jego literacką reputację. „Co ja tutaj robię?” jest ostatnią książką Chatwina, jaka ukazała się za jego życia.
O ile większość jego czytelników była oczarowana czy wręcz uwiedziona jego lapidarnym i pełnym metafizycznych niedopowiedzeń stylem, o tyle bohaterowie jego travelogues czy esejów często odnosili się do swych literackich podobizn z nader umiarkowanym entuzjazmem. Te głosy krytyczne odpiera jego biograf Nicolas Shakespeare, podsumowując jego twórczość: – Bruce Chatwin nie pisał półprawd. On pisał półtorej prawdy.
Sądzę więc, iż te kilka słów relacji z lektury, niezwykle obiecującej i ekscytującej, przekona polskiego czytelnika do sięgnięcia po twórczość tego szerzej jeszcze nie znanego u nas pisarza. Sądzę, że gdy w latach 2007 i 2008 ukażą się kolejne pozycje, jak to zapowiada tłumacz, ich autor dołączy do grona tych pisarzy brytyjskich, którzy są wymieniani jednym tchem z takimi nazwiskami jak Graham Greene, Evelyn Waugh czy Lawrenece Durrell.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA