Andrzej Celiński – ur. w 1961 r. w Krakowie. Aktor, reżyser
teatralny i filmowy, producent i scenarzysta, autor scenografii do
większości zrealizowanych przez siebie sztuk teatralnych. Jest absolwentem
Wydziału Aktorskiego i Wydziału Reżyserii Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły
Teatralnej w Krakowie, związany z teatrami Katowic, Wrocławia i czeskiej
Ostrawy. Występował na deskach teatrów w Gdyni (Święto Winkelrida, Brytan
Bryś) oraz Chorzowa (Huśtawka). W sezonie 1997/1998 w tarnowskim Teatrze im.
L. Solskiego wyreżyserował sztukę K. Jaworskiego Szeherezada, czyli disco
polo live. W Ostrawie wyreżyserował Usta Micka Jaggera D. Nowakowskiego
(2002/2003) i Merlina T. Słobodzianka (2004), a w Teatrze Zagłębia w
Sosnowcu Kolację dla głupca F. Vebera (2004). Sztukę własnego autorstwa
Homlet wystawił w katowickim Teatrze Korez, tam też zrealizował Sztukę
Yasminy Rezy. W Teatrze Polskim w Bielsku-Białej zrealizował Misery wg S.
Kinga. We wrześniu 2006 r. W Teatrze Śląskim im. S. Wyspiańskiego
wyreżyserował Szwaczki P. Sali (premiera we wrześniu 2006).
Dokument Dworcowa ballada (2003) otrzymał w Biarritz (Międzynarodowy
Festiwal Programów Audiowizualnych) statuetkę FIPA w kategorii „dokument –
sprawy bieżące” oraz nagrodę Jury Europejskiego, a na Ogólnopolskim
Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie – Nagrodę Bronisława Chromego
dla najlepszego producenta polskich filmów krótkometrażowych i
dokumentalnych wyraz uznania wielkiej i twórczej pracy.
Dokument Dzieci z Leningradzkiego (2004) zrealizowany wspólnie z Hanną Polak
otrzymał w 2005 r. m.in. nominację do Oscara w kategorii krótki dokument
oraz nagrodę International Documentary Association. W 2006 r. film dostał
dwie nominacje do nagrody Emmy Award w kategorii najlepszy dokument i
nieprzeciętne indywidualne osiągnięcie w sztuce montażu.
Jest autorem krótkometrażowych dokumentów: Szary (2003), Zakręcony świat,
Kaegi i Czas na teatr (wszystkie 2004).
– Wspominał Pan, kiedy umawialiśmy się na wywiad, że będzie w kraju tylko do
końca miesiąca. Czy wyjazd łączy się z nowym projektem twórczym?
– Przygotowuję dla Telewizji Polskiej cykl dokumentów zatytułowany Z innej
strony. Prezentuje on różne kraje na świecie w sposób wolny od stereotypów.
Właśnie skończyliśmy pracę nad odcinkiem o Turcji. Zbieraliśmy materiały na
granicy z Iranem, w Kurdystanie i w Turcji południowej. Powstaną dwa filmy:
jeden dotyczący spraw społecznych i polityki, opowiadający o problemie
kurdyjskim i ormiańskim, drugi będzie traktował o religii. Wydaje mi się, że
warto pokazać islam w sposób nieschematyczny. Dotarliśmy do bractwa alewitów,
stanowiącego 20 procent ludności tureckiej. Alewici są nastawieni pokojowo,
wielką rolę w trakcie modlitwy gra u nich poezja mistyków islamskich. W
planach są kolejne części, m.in. o Gruzji, Algierii, być może dotrzemy także
do Albanii.
– Do reżyserii trafił Pan poprzez aktorstwo. Czy doświadczenie aktorskie
okazało się przydatne w późniejszej pracy reżyserskiej?
– Spędziłem trzy sezony w Teatrze Rozrywki w Chorzowie i jeden w Teatrze
Dramatycznym w Gdyni. Od początku myślałem poważnie o reżyserii, wówczas
jednak, w początkach lat 80., nie można było studiować reżyserii od razu po
maturze. Zdając na wydział aktorski myślałem o sobie jako o przyszłym
reżyserze. Chyba wyszło mi to na dobre, bo w kontakcie z aktorem moje
aktorskie wykształcenie okazuje się cenne. Znam od podszewki mechanizmy,
które aktor musi uruchomić, żeby zagrać rolę. Wydaje mi się, że dzięki temu
potrafię prowadzić aktora dość precyzyjnie, by osiągnąć efekt, o który mi
chodzi. Obserwuję zresztą tendencję, że coraz więcej aktorów zaczyna
reżyserować, często z dobrym rezultatem.
– Spełnia się Pan w teatrze i filmie, jest Pan autorem dramatu, ale także
scenografem i autorem opracowań muzycznych...
– Pracuję interdyscyplinarnie. Reżyseria łączy wszystkie elementy.
Zaczynałem jako reżyser teatralny, film pojawił się później. Teatr to
laboratorium pracy z aktorem. Tu wyobraźnia musi podporządkować się pewnym
rygorom z powodu ograniczenia przestrzennego. Metafora w teatrze działa o
wiele silniej niż w filmie. Żywa obecność aktora, daje jej magiczną moc.
Tworzę dość intuicyjnie, myślę obrazami. Stąd wzięła się moja skłonność do
tworzenia scenografii do własnych spektakli. Znajduję przyjemność w
budowaniu przestrzeni dla miejsca akcji, zawsze zanim przystąpię do
realizacji teatralnej zadaję sobie pytanie – w jakim świecie toczy się
akcja? Dla mnie ten świat jest szalenie ważny, bo tworzy środowisko dla
postaci. Znak plastyczny, który otrzymuje widz, jest rzeczą dość istotną,
stąd też jeśli reżyser sam projektuje tę przestrzeń, to świat ów okazuje się
bardziej spójny, a przedstawienie bardziej autorskie.
– Jakie wobec tego są Pana plany teatralne?
– Zaczynam niebawem próby w Czechach, w Ołomuńcu. Realizuję sztukę
współczesną słowackiego autora, później będę reżyserował w Krakowie czeską
sztukę Petra Zelenki, według której powstał film Opowieści o zwyczajnym
szaleństwie. Jestem także zaproszony do Teatru Narodowego w Ostrawie, gdzie
będę |
|

|
|
Z reżyserem
Andrzejem
Celińskim
rozmawia
Bożena Perska
|
„Pracuję
interdyscyplinarnie”
Coraz więcej narzędzi
Wystawiałem
tam sztukę Martina McDonagha Pillowman, to jest kontynuacja tej współpracy i
bardzo cieszę się na tę realizację. Próby zaczynają się 23 listopada.
Najważniejszą postacią w Niebezpiecznych związkach jest demoniczna osoba
markizy de Merteuil, która swoje przekonania o tym, że świat jest
immanentnie zły próbuje w aktywny sposób narzucać rzeczywistości. Pojawia
się okazja, by przy pomocy tej sztuki przyjrzeć się dramatowi zła. Ten temat
fascynuje mnie od dawna. Wszystko toczy się w złudnie pięknej scenerii
późnego rokoko, tuż przed rewolucją, gdzie wszystko jest wyrafinowane –
kostiumy i architektura. I to jest argument za tym, żeby to zagrać w
kostiumach klasycznych, a nie współczesnych, wydobywając dramatyczny
kontrast piękna i łajdactwa...
– Nie mogę nie zapytać o Dzieci z Leningradzkiego, najbardziej uhonorowany
nagrodami film, zrealizowany wspólnie z Hanną Polak. Czy nominacje do Oscara
i Emmy Awards pomogły poprawić sytuację dzieci?
– Osobiście bardzo zaangażowaliśmy się w tę produkcję. Ja od strony
filmowej, Hance chodziło o fundację pomocy dzieciom. Prace nad powstaniem
ośrodka dla dzieci są dość zaawansowane. Hanna kończy wydział operatorski w
moskiewskiej szkole filmowej, dostała w Moskwie prestiżową nagrodę dla
działaczy społecznych. Na pewno nagrody pomogły. Reportaży o tych dzieciach
w telewizji rosyjskiej zawsze było bardzo dużo. Nagle problem pojawił się w
świetle jupiterów, nominacji oscarowej i do Emmy. To mocniej podziałało na
władzę. Film zyskał rozgłos, na pewno pomogło to Hance w tworzeniu ośrodka,
prace trwają, pieniądze płyną i dzieciom można pomóc.
Na początku film nie powstawał z myślą o tym, że będzie gdzieś pokazywany.
Miał być dodatkiem do prośby o pieniądze, materiałem promującym organizację
charytatywną, która pomaga dzieciom. Po kilku dniach kręcenia wiedziałem, że
z tego jednak będzie film dokumentalny, bo problem na to zasługuje.
Zaangażowanie rosło w miarę zbierania materiałów, pojawiały się coraz
bardziej poruszające sceny, które mnie samego zaskakiwały. Ograniczenia
finansowe zmusiły nas do większego wysiłku i sprawiły, że spędziliśmy w
Moskwie więcej czasu. Te okoliczności zadziałały na korzyść filmu. Mogłem
przeniknąć głębiej w środowisko dzieciaków, lepiej je poznać, zdobyć ich
zaufanie. Nie ma w tym filmie żadnych inscenizowanych scen, a nakręciliśmy
140 godzin materiału! Z napisanego wcześniej scenariusza została może
połowa: zaczyna się od przybycia dziecka na dworzec, pokazujemy stopniowo
proces społecznej degradacji. Przewidziane sceny zabaw też zostały, ale
wymowa całości bardzo się zmieniła. Nikt nie mógł przewidzieć, że w trakcie
kręcenia filmu umrze dziecko. Takich rzeczy nie da się przewidzieć.
– Sam Pan montował ten film i jedna z nominacji do Emmy Award właśnie to
doceniła...
– Musiałem nauczyć się montażu i teraz sam montuję, zresztą z wielkim
upodobaniem, bo mnie to bawi. Uważam, że po scenariuszu, to właśnie montaż
jest decydującym elementem artystycznego wymiaru filmu. Ważne jest ułożenie
nakręconego materiału w sposób mniej lub bardziej rytmiczny. To praca
przypominająca pisanie partytury przez kompozytora – rozkładanie akcentów,
budowanie napięcia. Mam wykształcenie muzyczne, więc są mi także bliskie
kwestie związane z dobieraniem muzyki do spektakli i filmów.
Amerykanie wiele razy pytali mnie, dlaczego wszystko w moich filmach robię
sam. Uważają to za dziwne, bo w amerykańskim systemie produkcji panuje
odwrotny trend – praca zespołowa, każdy ma swoją działkę, w której jest
absolutnym perfekcjonistą. Tłumaczyłem, że częściowo wynika to z
konieczności. Uważam jednak – może sam dorobiłem do tego ideologię – że
dobrze, aby reżyser miał pełną kontrolę nad wszystkimi etapami powstawania
filmu i trochę się na wszystkim znał. Nominacja do Emmy za montaż świadczy o
tym, że nie trzeba być bardzo wąsko wyspecjalizowanym, żeby być nominowanym
do najbardziej prestiżowych nagród. |
|
– Pochodzi Pan z Krakowa, a od wielu lat mieszka na Śląsku.
Jak Pan ten Śląsk postrzega?
– Bardzo lubię Śląsk i aglomerację śląską. Pod wieloma względami wolę ją od
Krakowa, lubię ludzi, którzy tutaj żyją, mam tu przyjaciół, w sensie
towarzyskim dobrze się zaaklimatyzowałem. Mój przyjaciel Paweł Bogocz uważa,
że Śląsk to najlepsze miejsce do kręcenia filmów w Polsce, bo można tu
znaleźć wszystkie potrzebne plenery. I ma sporo racji, bo faktycznie Śląsk
jest bardzo malowniczy, co można dostrzec np. oglądając zdjęcia Rafała
Milacha, o którym zrobiłem krótki dokument Szary, czy prace innych
fotografów. Podróżując po Śląsku widać, że jest to miejsce fascynujące i
inspirujące. To bardzo płodna ziemia, dzieje się tu dużo ciekawych rzeczy w
kulturze. Śląsk jest silnym ośrodkiem kultury muzycznej, i to zarówno muzyki
poważnej jak i rozrywkowej; to tu przecież znajduje się jedyny wydział jazzu
w Polsce.
Dla mnie Śląsk to otwartość i bezpretensjonalność ludzi tu żyjących. Jest to
warte artystycznej penetracji. Pochodzę z Krakowa, miejsca, gdzie jest dużo
snobizmu. Dla mnie odkryciem było, że Ślązacy są ludźmi bardzo
bezpośrednimi, mówią to, co myślą. Lubię też śląski humor, rubaszny, przez
niektórych uważany za wulgarny i prymitywny. Lubię śląską gwarę, jedną z
niewielu zachowanych w Polsce. Tu w sposób żywy mówi się gwarą i to jest
piękne.
Pytano mnie, dlaczego nie robię filmów o Śląsku. Miałem swego czasu
zrealizować film o górniku na pomostowej emeryturze, którego pasją jest
jeżdżenie na wrotkach. Ma pod pięćdziesiątkę, a jego znajomi to chłopcy w
wieku 16–18 lat. On pełni funkcję guru w grupie wrotkarzy, jest ich
autorytetem, umie doradzić, pomaga... Śląsk to kopalnia tematów dla
dokumentalisty. Akurat teraz nosi mnie po świecie, ale może wrócę kiedyś do
tego pomysłu.
– Czy nie jest tak, że dokument przestaje Panu wystarczać?
– Chciałbym zrealizować fabularną produkcję, ale tak się składa, że nie mam
czasu nad tym porządnie przysiąść, bez przerwy coś się dzieje, co temu
przeszkadza. Żałuję, że w Polsce nie powstał film o Solidarności, o tym, co
zdarzyło się w latach 80. i w stanie wojennym. Warto byłoby pokazać los
ludzi, którzy dorastali w okresie, kiedy wybuchła Solidarność i co stało się
potem. To wielki temat, który gdzieś umknął i poza paroma próbami, nie
uzyskał pełnego obrazu.
Obecnie rozpoczynam nowy projekt – film o narkomanach. Film będzie pokazywał
młodym ludziom, że wkraczają w niebezpieczny świat, kiedy próbują
eksperymentować z narkotykami. Jadę właśnie z producentem (Agencja Reklamowa
Wizual) do Monaru w Gdańsku w tej sprawie, aby zebrać dokumentację. Będzie
to krótka fabuła albo film dokumentalny, zależy od zebranych materiałów.
Ideą filmu jest pokazanie kłamstwa, wiążącego się z narkotykami. Narkoman to
człowiek, który cały czas racjonalizuje to, że bierze, wymyślając rozmaite
teorie. Chciałbym skupić się na pokazaniu kłamliwości różnych
usprawiedliwień. Wydaje mi się, że do młodego człowieka najlepiej dotrzeć
pokazując mu, że coś jest fałszem. Młodzi mają naturalną wrażliwość na
kłamstwo i tzw. ściemę. Jeśli ktoś opowiada, że narkotyki dają mu dostęp do
wyższych stanów świadomości, to chcę pokazać, że jest to dyskusyjne.
– Gdyby nie ograniczały Pana finanse na produkcję, co chciałby Pan nakręcić?
– Gdybym miał stuprocentową swobodę produkcyjną, to realizuję Cesarza według
Ryszarda Kapuścińskiego, bo to jest genialny materiał na film, którego nikt
nie wykorzystał. Był projekt dokumentalny, planowany w związku z jego
książką Lapidarium, ale nie doszedł do skutku. Postać Kapuścińskiego bardzo
mnie inspirowała swego czasu. Szkoda, że nie powstały filmy według jego
książek.
– Wśród swoich mistrzów wymienia Pan dość odległe od siebie osobowości:
Andrieja Tarkowskiego, Stevena Spelberga, Petera Weira i Stanley Kubricka.
Jakie są Pana twórcze inspiracje?
– Interesuje mnie wiele zagadnień. Próbuję różnych dziedzin sztuki. Moje
inspiracje pochodzą z różnych miejsc, ciekawi mnie działanie w teatrze, ale
i w filmie, chętnie zrobię teatr telewizji, ale realizuję także reklamy
filmowe... Rozglądam się czujnie wokół siebie, jeśli widzę jakiś temat, to
się za niego biorę, ale też słucham ludzi, którzy przychodzą do mnie z tym,
co ich zafascynowało – tak było z tematem o narkotykach. Wydaje mi się, że
tematy ograne są prawdziwym wyzwaniem dla artysty. Sztuką jest pokazać coś,
co było wiele razy pokazywane, ale w taki sposób, aby zrobić to inaczej, z
nieoczekiwanej strony. Z innej strony – tak jak zatytułowany jest cykl
filmowy, nad którym właśnie pracuję
Wydaje mi się, że jestem człowiekiem współczesności – rozstrzelonym pomiędzy
różne gatunki, tak jak ludzka wrażliwość jest rozstrzelona pomiędzy różne
media. Nie skupiamy się na jednym, świat stał się taki multi... Ta obfitość
daje różnorodne narzędzia do wyrażania myśli, pojawia się określenie
postmodernizm. Mam swoją definicję postmodernizmu – to dopasowywanie
narzędzi do tematu. Jeśli tym narzędziem jest surrealistyczny styl narracji,
to dlaczego nie wykorzystać go do danego tematu, a jednocześnie pokazać
problem z groteskowej strony, odsłaniając inny aspekt. Według mnie to
dobrze, jeśli ktoś robi różne rzeczy, bo ma wtedy więcej narzędzi, żeby
tworzyć.
– Dziękuję za rozmowę. |