W „Świecie książki” przy ul. 3 Maja w Katowicach ramię
w ramię stoją licznie przybyli na spotkanie autorskie Władysława
Bartoszewskiego. Takiego tłumu w księgarni nie widziałem od lat. Pomyślałem,
że ta rzesza czytelników jest najlepszym potwierdzeniem słuszności
przyznania profesorowi Diamentowego Lauru Regionalnej Izby Gospodarczej.
Uroczystość wręczenia tego wyróżnienia odbyła się niemal w przededniu 85.
urodzin Władysława Bartoszewskiego. 19 lutego jubileuszowe obchody
zorganizowano na Zamku Królewskim w Warszawie.
– Od razu na początku chciałem poprosić pana profesora o ocenę naszej
obecnej polityki zagranicznej.
– Jestem jednym z już niewielu czynnych publicznie reprezentantów
najstarszego pokolenia, jakie jeszcze gdziekolwiek działa, bo należę do
generacji naszego zmarłego Papieża (on zdawał maturę w 1938, ja w 1939) i to
tłumaczy pewne elementy mojego wychowania. Należało do nich szczególne
uszanowanie dla kobiet. Więc wobec tego, że minister spraw zagranicznych
jest kobietą, jedyną postacią odniesienia się do rzeczy, których chwalić nie
mogę, pozostaje milczenie.
– No cóż, to także jest jakaś odpowiedź. Ministrem spraw zagranicznych był
pan dwukrotnie.
– Zaznaczam przy tym wyraźnie, że byłem i jestem bezpartyjny, jestem
sympatykiem orientacji centrowej, chrześcijańskiej, ale jako wyborca,
obywatel. Mam przyjaciół, którzy należeli do różnych formacji. To wszystko
się przecież zmieniało – była AWS, już jej nie ma, nie było PO, teraz
jest... A więc mam przyjaciół, którzy byli czynni w różnych ugrupowaniach
jako działacze, posłowie, senatorowie. Stefan Niesiołowski należał na
przykład do ZChN, po drodze była AWS, zakładał później PO. To nie ma w ogóle
wpływu na naszą przyjaźń, bo ja się nie kieruję żadnymi dyrektywami
partyjnymi, które mi każą kogoś popierać, a kogoś innego nie. Chcę
powiedzieć, że moje przyjaźnie się nie zmieniają, bez względu na to, gdzie
ci moi przyjaciele są. Czuję się bardzo sympatycznie związany, jeżeli chodzi
o Śląsk, zarówno z moim byłym szefem, premierem profesorem Jerzym Buzkiem, z
którym się widuję dość regularnie (na ile nam czas pozwala), jak i z jednym
z jego najważniejszych ministrów, Januszem Steinhoffem. Do dzisiejszego dnia
utrzymujemy kontakty, przy czym on jest człowiekiem gospodarki, ja jestem
historykiem. Ale wtedy zajmowałem się polityką zagraniczną. Niby niewielki
styk z gospodarką, ale w pewnych obszarach dość ściśle współpracowaliśmy. Na
przykład w sprawie zabezpieczenia energetycznego Polski i koncepcji
skandynawskiej, norweskiej. Co do związanych z tym kwestii gospodarczych –
ufałem ekspertom. Natomiast ja, dyplomatycznie i politycznie, musiałem
szukać formy przekonywania Norwegów (Norwegia nie jest krajem UE, jest
natomiast w NATO) do tego, że takie współdziałanie obu stronom się opłaca.
(Niestety, wszystko potem upadło za rządów Leszka Millera.)
– Przyjaciele z różnych ugrupowań politycznych, dyplomacja – to świadczy o
umiejętności porozumiewania się...
– Przeżyłem II wojnę światową, podobnie jak wielu Polaków. Przeżyłem
świadomie – mając lat 18, 19 byłem więźniem Auschwitz, więc można
powiedzieć, że poznałem Niemców od razu od najgorszej strony, dużo gorszej
od tych dzisiejszych polityków, którzy na ich temat wykrzykują różne hasła.
A mimo to stoję na stanowisku, że jeśli ten naród, po swoim upodleniu, które
zasłużenie uczyniło z niego „trędowatego” Europy i pozbawiło na 4 lata
wszelkich form państwowości, potrafił się z tego podnieść, trzeba to uznać.
Jeżeli znalazł drogę do porozumienia z Francją, Anglią, Ameryką, jeżeli stał
się współtwórcą wielu organizacji międzynarodowych – należy to docenić.
Niemcy przeżyli kolosalną ewolucję w pierwszym dwudziestoleciu powojennym,
zaczęło się to jeszcze za Adenauera. Można patrzeć na to ironicznie, można
się śmiać, że zostali demokratami, bo im kazano. No dobrze, ale zostali. I
tak wychowali swoje dzieci. A trzeba pamiętać, że dominuje tam w tej chwili
w życiu publicznym pokolenie wnuków, już nawet nie dzieci sprawców wojennych
zbrodni. I ten fakt powinien stanowić punkt wyjścia do naszych kontaktów.
Pamiętajmy, że nie jesteśmy imperium, tylko szóstym, czy siódmym co do
wielkości krajem Unii Europejskiej. Na dialog z pozycji imperium może sobie
pozwolić Putin. Z takiej pozycji nie będzie przemawiać Holender, Szwed,
Włoch, a nawet Francuz... Bądźmy realistami. To nie znaczy, że mamy
czemukolwiek ulegać. Jeżeli jednak jesteśmy krajem średniej wielkości, to
powinniśmy znajdować rozmaite formy jednania sobie sojuszy.
– Regionalna Izba Gospodarcza przyznała panu w tym roku swoje najwyższe
wyróżnienie – Diamentowy Laur. Taka nagroda, można powiedzieć, „za
całokształt” działalności politycznej. – Ale nie partyjnej. Byłem kiedyś,
przed laty mniej więcej trzydziestu, starszym wykładowcą na KUL, mam
wspaniałych wychowanków, należą do nich między innymi Bogdan |
|

|
|
Z profesorem
WŁADYSŁAWEM BARTOSZEWSKIM
rozmawia
BOGDAN WIDERA
|
Polska
musi być
sympatyczna
Borusewicz, poseł PiS Marian Piłka,
różni ludzie o różnych poglądach, ale o orientacji niepodległościowej,
narodowej, chadeckiej, może ludowej. Sam przez krótki czas w roku 1946 byłem
działaczem stronnictwa Witosa i Mikołajczyka, później siedziałem w
więzieniu, a potem już nic wspólnego z żadną partią nie miałem. I tego
akurat nie żałuję. Moja orientacja była od początku jednakowa: żołnierz AK,
oficer AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, działacz jedynej
niekomunistycznej, masowej partii, którą popierał Kościół, dziennikarz przez
lat kilkadziesiąt (do dziś w stopce "Tygodnika Powszechnego") związany z
kurią krakowską, z arcybiskupami Baziakiem, Wojtyłą...
– Dziś także stały felietonista wychodzącego w Katowicach tygodnika
katolickiego „Gość Niedzielny”.
– Zdecydowałem się na to w ostatnich latach, na prośbę ś.p. księdza prałata
Stanisława Tkocza. A także dla zaakcentowania mojej więzi i z tą prasą i z
bardzo szanowanym przeze mnie arcybiskupem katowickim Damianem Zimoniem.
– Można więc mówić o jakichś pańskich związkach ze Śląskiem.
– Spotykałem na mojej drodze wojennej, więziennej (i także powojennej,
więziennej, bo siedziałem sześć i pół roku w komunistycznych więzieniach)
wielu ludzi aktywnych, patriotów ze Śląska. Dla mnie, człowieka z Warszawy,
poruszające były już te pierwsze spotkania w Oświęcimiu w roku 1940 i 1941.
Poprzez tych ludzi poznawałem ducha i historię tej ziemi, pisaną na przykład
przez powstania śląskie. Tak się złożyło, że później byłem jeszcze przez dwa
lata czymś w rodzaju sekretarza ukrywającej się wówczas, a związanej ze
Śląskiem cieszyńskim, Zofii Kossak, poszukiwanej przez gestapo autorki
książki Nieznany kraj. Bardzo dużo się od niej dowiedziałem także o ludziach
ze Śląska. Przy czym ja zawsze uważałem, że Polska to całość. Ta Polska,
która budowała Gdynię i ta, która trwała na Śląsku. Polska wielu regionów,
wielu kultur, ale jednocześnie jakaś całość, jedność duchowa.
– Cieszę się, że pan wspomniał o powstaniach śląskich, dlatego że w Polsce
utrzymuje się mniemanie, iż właściwie jedynym powstaniem, które się udało,
jest powstanie wielkopolskie.
– Śląskie zakończyły się sukcesem niepełnym, bo w sposób nie do końca
satysfakcjonujący. Dla nikogo zresztą. Wiem, jak to było złożone, mnie
opowiadało o tym wielu ludzi w Polsce i za granicą, rozmawiałem na przykład
ze Ślązakami żyjącymi w Londynie. Ale mnie o powstaniach śląskich i o ich
roli uczono już wcześniej, jeszcze w katolickim gimnazjum prywatnym w
Warszawie. Dlatego nie miałem żadnych wątpliwości co do tego, w jakich
okolicznościach Polska budowała swoje granice, które w 1923 roku Rada
Ambasadorów zaakceptowała. Jak się myśli o Polsce odpowiedzialnie, jako o
państwie, jako o formie organizacji i działania narodu, jako o
odpowiedzialności za przeszłość, ale i za przyszłość, to można się nauczyć
trochę ponadpartyjności. Proszę wziąć pod uwagę, że ja sobie nie wybierałem
wszystkiego w życiu. Często wybór za mnie był dokonywany przez Opatrzność,
bieg wydarzeń, historię Polski. Spędziłem w wyniku tego wyboru 8 lat w
obozach i więzieniach. A siedziałem za Hitlera, za Stalina, nie za Gierka.
To nie była zabawa. To była kwestia przeżycia. Odsyłam tu do ostatniej
książki naszego wielkiego rodaka, Jana Pawła II, Pamięć i tożsamość. Jeden z
rozdziałów poświęcił źródłom zła w historii współczesnej ludzkości. I on je
nazywa po imieniu: Niemcy hitlerowskie i komunizm stalinowski. Trzeba
pamiętać, że niemal cały wiek XX został wepchnięty poprzez ludzkie działania
w cień zła. Zła – dla człowieka wierzącego to nie ulega wątpliwości –
pochodzącego od szatana.
– Kiedy był pan ministrem spraw zagranicznych, wielką wagę przywiązywał pan
do budowania kontaktów z Niemcami.
– Nie tylko. Doświadczenie życiowe pchnęło mnie do takich form
współdziałania z ludźmi, że byłem chyba jednym z nielicznych Polaków, którym
udało się równocześnie |
|
wpłynąć na ogromne zmiany w stosunkach polsko-żydowskich i polsko-niemieckich.
Jestem obywatelem honorowym państwa Izrael, mam order Orła Białego, ale mam
również Gross Kreutz od rządu Republiki Federalnej Niemiec. To taki bardzo
dziwny trókąt... W rządzie polskim byłem jedynym byłym więźniem Oświęcimia,
jedynym byłym żołnierzem AK. I ja to wykorzystywałem. Wykorzystywałem w
rozmowach i wystąpieniach we wszystkich krajach świata. Bo moi rozmówcy byli
właściwie bezradni wobec życiorysu szefa polskiej dyplomacji. Jako dwukrotny
minister spraw zagranicznych zostawiłem Polskę w dobrych stosunkach z
Niemcami, w dobrych stosunkach z Federacją Rosyjską, w bardzo dobrych
stosunkach z Ameryką, w znakomitych stosunkach z diasporą żydowską na
świecie. (Proszę zauważyć, że ustały roszczenia wobec Polski z tej strony.)
Mało tego, po pomysłach pana Rudiego Pavelki, pojawiły się solidarne z
Polską wypowiedzi światowych organizacji żydowskich. Tego nie osiągnęliśmy
dziś, to wynik naszej cierpliwej, długotrwałej działalności. Trzeba było
wykonać trochę gestów dyplomatycznych, gestów dobrej woli i życzliwości.
Stało się na przykład możliwe wydanie kilku tysięcy paszportów rodzinom
polskich Żydów mieszkających w Izraelu.
– Była też pamiętna pielgrzymka Jana Pawła II do Ziemi Świętej...
– To też Polak. Dzięki temu państwo Izrael uważa w tej chwili Polskę za
najpewniejszego sojusznika w Unii Europejskiej. I – obok Turcji – za
najpewniejszego sojusznika Ameryki w NATO. To jest nasz obraz w tym
momencie. Jest dzisiaj bardzo wiele spraw w polityce zagranicznej, o których
można myśleć, mówić, dyskutować. Znajdować jakieś rozwiązania, propozycje,
alternatywy... Obserwuję przede wszystkim szczególnie uważnie wydarzenia
polsko-niemieckie, dlatego że Niemcy od 1 stycznia mają przewodnictwo w Unii
Europejskiej. Nie trzeba być politykiem, aby zrozumieć, iż następne państwo,
które będzie mieć prezydencję w Unii, czyli Portugalia, nie będzie miało w
ciągu następnego półrocza żadnego zrozumienia, czy stosunku do rozwijania
jakichś bilateralnych relacji z nami i działania w naszym interesie. Dlatego
właśnie teraz trzeba słuchać uważnie tego, co Niemcy mówią, bo to jedyna
okazja na wiele lat. Może się nam nie wszystko podobać, ale powinniśmy być
realistami. Pomyślmy, jaką mamy siłę. Putin może szantażować świat. Podobnie
Chiny. Ale nie my. Odwołam się do starego, anegdotycznego porównania – co
zrobić, żeby wydać za mąż pannę niezbyt ładną i biedną? No, ona musi być
bardzo sympatyczna. Trzeba być sympatycznym. Budować sympatyczne a nie
aroganckie stosunki z ludźmi. Na przykład w Polsce bardzo lubimy Węgrów. Na
Węgrzech jest to samo. Jesteśmy dla siebie sympatyczni. I jeżeli pojawia się
jakaś sprawa – raczej się wzajemnie popieramy. A dlaczego my, do diabła, nie
mamy tego samego osiągnąć w relacjach z Niemcami, które od czasów Helmuta
Kohla chęć życzliwego współdziałania nieustannie deklarują? No dobrze,
Schröder „zawisł na wargach” Putina, ale go już nie ma. Dostał tę swoją
międzynarodową posadę za setki tysięcy euro rocznie, co jest skandalem
niesłychanym. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, co by u nas mówiono,
gdyby któryś z naszych byłych premierów dostał od prezydenta Rosji posadę za
pół miliona euro rocznie!
– Uprzedzenia antyniemieckie pojawiają się jeszcze dość często w
wypowiedziach polityków, natomiast zwykli obywatele coraz częściej odchodzą
od historycznych, negatywnych stereotypów.
– 250 milionów, to jest ćwierć miliarda przejść rocznie granicy na Odrze i
Nysie (nie liczę samolotów). Powiększająca się liczba miast partnerskich.
Partnerstwa parafii, instytucji, szkół, stowarzyszeń sportowych,
turystycznych, naukowych, kulturalnych, religijnych. Tysiące, tysiące
przykładów. Ludzie się odwiedzają, wysyłają do „sąsiada” swoje dzieci... To
jest w tej chwili rzeczywistość, to jest życie. W tym momencie taki
burmistrz Słubic nie myśli o imponderabiliach, ale jak dostać pieniądze z
Niemiec na remont targu. I dostanie je. Nie od Portugalii, nie od Unii
Europejskiej, ale od Niemców. I to nie dlatego, że burmistrz Frankfurtu nad
Odrą jakoś szczególnie kocha jakąś tam miłością czystą Polaków. Nie. Po
prostu on w tym widzi wspólny interes. Korzyść dla obu stron. Polityka
wymaga patrzenia realistycznego, co nie znaczy uległego, bo nikt uległości
od nas nie oczekuje. Zakończmy (trochę żartem) w ten sposób. Wolna Polska
miała do tej pory ośmiu mnistrów spraw zagranicznych. W tej chwili jest
dziewiąty. Spośród tych ośmiu tylko jeden jedyny dostał wysokie odznaczenie
Federacji Rosyjskiej – Złoty Medal Dwóchsetlecia Służby Zagranicznej Rosji
1802-2002. Był to zawsze bezpartyjny, żołnierz Armii Krajowej, Bartoszewski.
Nie Rosati, nie Olechowski, nie Cimoszewicz... Ja. Ponieważ Rosjanie też
wolą rozmawiać na siedząco niż na stojąco, a ja nie zwykłem rozmawiać z
nikim na klęcząco.
– Dziękuję za rozmowę. |