Bembenista miał w Płocku dom i pewny fach ślusarza. W
styczniu 1982 roku, w pierwszym miesiącu stanu wojennego, stojący w
pradolinie Wisły dom zalała powódź, w pokojach było metr wody. Potem
wszystko zamarzło. Bembenista odnawiał dom, ale czynił to bez przekonania.
Bo przecież za lat pięć, siedem, dziesięć albo dwadzieścia znów przyjdzie
woda i przywróci dzieło zniszczenia. Tak więc miał Bembenista dom, fach i 31
lat. W uszach dźwięczały mu słowa wuja: „Póki jesteś młody, szukaj swego
miejsca na ziemi”. Rzucił wszystko i pojechał do ziemi nieznanej. Na Śląsk.
Zamieszkał w kamienicy bez wygód, z oknami na Hutę Batory. Magia czy
przypadek? Bembenista wspomina, że w szkole podstawowej, w podręczniku do
geografii zobaczył zdjęcie pieca martenowskiego w Hucie Batory. Ta
fotografia utkwiła mu w pamięci do dziś. Czy już wtedy Bóg przeznaczył
Janowi Bembeniście Śląsk? W każdym razie ten artysta-samouk, naturszczyk
czystej krwi, stał się chyba najbardziej utalentowanym i konsekwentnym
portrecistą Śląska przełomu XX i XXI wieku.
– Interesuje mnie Śląsk odchodzący, dzielnice familoków, nieczynne kopalnie
i huty. Szukam śladów przeszłości na zapomnianych podwórkach, w rzędach
chlewików z wyłamanymi drzwiami. Pasjonuje mnie utrwalenie na płótnach
detali takich jak: stare okno z metalową kratą, hydrant, na którym można
odczytać niemieckie słowa i datę 1923, kostka brukowa, którą układał mistrz
kamieniarski, brama, która już tylko w połowie zdobi wejście do okazałego
niegdyś podwórka. Pragnę zatrzymać w moich obrazach nostalgię odchodzącego
czasu, urodę pamiątek przeszłości i zawartą w nich TAJEMNICĘ – zadeklarował
Jan Bembenista.
Początki nie były łatwe. Wystarczy przytoczyć taką historię: Żył – i tak
jest do dzisiaj – tylko z pracy rąk. A w takiej sytuacji trzeba być
przygotowanym na wszelkie ewentualności. Zdarzyło się więc, że „Energetyka”
odcięła prąd, zdjęto mu licznik. Przy świeczce i bez kalki pisał ręcznie
ogłoszenia: „Maluję obrazy na zamówienie. Adres...” Napisał takich karteczek
setki, rozklejał je w Chorzowie i Katowicach, zwłaszcza na osiedlu
Tysiąclecia. Kombinował, że tam mieszka wielu ludzi, więc może jakoś znajdą
się klienci. Pointa pierwsza: Katowicka straż miejska wlepiła mu mandat w
wysokości 10 złotych za nalepianie ogłoszeń w miejscach niedozwolonych.
Zapłacił. Pointa druga: Zgłosił się jeden chętny, poprosił o wykonanie
reprodukcji Nenufarów Moneta. Dał 100 złotych zaliczki, jako wzór zostawił
pocztówkę. Po kilku dniach przyszedł – chyba sprawdzić, czy malarz pracuje,
czy zaliczki nie przepił. Bembenista, od dłuższego czasu chorujący na wrzody
dwunastnicy, poskarżył się, że tak go boli, iż nawet nie ma ochoty malować.
Okazało się, że klient zamówił obraz dla córki, która jest mieszkającą w
Niemczech |
|

Śląsk
Bembenisty


lekarką.
Odbierając płótno przyniósł woreczek z przesłanymi z Niemiec lekarstwami i
zaleceniami jak je stosować. Kuracja dała skutek – do tej pory wrzody nie
odnowiły się. Pointa trzecia: Jedno z takich ogłoszeń ma Bembenista wśród
pamiątek. Po jakimś roku, niemal zupełnie wyblakłe, zerwał je z latarni, na
której sam karteczkę powiesił.
Na kilka długich lat Śląsk stał się dla niego tematem numer jeden. Malował
podwórka i bramy, mury i detale kamienic, a nawet fragmenty bruku. Ale także
pejzaże. Wieże ciśnień, kościoły i kapliczki. Zdobywał kolejne nagrody,
zaliczał nowe wystawy. Także w tak prestiżowych miejscach jak Polskie
Centrum Kultury w Monachium. Organizatorem tego przedsięwzięcia był Dom
Współpracy Polsko-Niemieckiej. Jego obraz zatytułowany 59 zaczął „chodzić”
po Polsce za pośrednictwem Internetu. Na nim z |
|
fotograficzną dokładnością odwzorował Bembenista
fragment muru śląskiej kamienicy z tabliczką adresową „Armii Czerwonej 59”. Słowo
„Czerwonej” zamazano, a na nim koślawymi literami napisano wyraz „Krajowej”.
Historia, rzeczywistość, sztuka i metafora spotkały się na jednym płótnie. W
podobny sposób – to już bardziej malarska historia – z ulicy Rewolucji
Październikowej stworzona została ulica Teofila Ociepki.
Malował detale śląskich podwórek. Oprawiał je w przyniesione z tych miejsc
okienne ramy, bo przecież na taki zabieg nie uzyskał wyłączności ani
Duda-Gracz, ani profesor Rykała. Katowicki Nikiszowiec spenetrował
dokładnie, poświęcił mu prawie 30 płócien. Ale ilustrował nie tylko obraz
tego świata. Na wielki magnetofon (innego nie miał) nagrał dźwięki
dzielnicy: dzwony kościoła św. Anny, dzwonek w szybie kopalni, odgłosy
pociągu odjeżdżającego z węglem, a nawet szum w kolektorze oczyszczalni
ścieków, która powstawała wraz z familokami. Zmiksowane i zmontowane dźwięki
posłużyły jako ścieżka dźwiękowa podczas jego wernisaży.
Jan Bembenista to kronikarz i piewca odchodzącego Śląska, jego krajobrazów,
zakątków, klimatów. Ale jako artysta – także Cygan, utrzymujący się tylko z
pędzla, ze sprzedaży obrazów. Pamięta Wigilię, kiedy zjadł barszcz z torebki
i szybko zaczął malować przy świeczce (ten odcięty licznik!), byle tylko
zapomnieć, że właśnie jest Wigilia, Święta. Został na Śląsku, bo spodobali
mu się tutaj ludzie, których spotykał w autobusach i tramwajach: ciepli,
życzliwi, inni od tych, jakich znał z Warszawy, w której był kilka razy.
Wystarczy mu pokój z kuchnią i ubikacja na półpiętrze. Pokój, w którym śpi,
jest równocześnie jego pracownią – łóżko, stół, szafa i sztalugi, to
wszystkie niezbędne sprzęty. I poutykane wszędzie obrazy. Część z tych,
które się nie sprzedały – przemalowuje, bo wciąż szuka czegoś lepszego.
Zaczął malować naprawdę dużo, kiedy pojechał do Gliwic na zaproszenie
malarzy z tamtejszej grupy plastyków-amatorów „Faun”. Pojechał na gliwicki
Rynek z torbą obrazów za pożyczone 5 złotych, z perspektywą powrotu na gapę.
Ale zaraz w pierwszym dniu sprzedał portret Żyda za 150 złotych. W następnym
dniu nabywcę znalazł drugi Żyd pędzla Bembenisty. Zaczął coraz więcej
wystawiać – jego obrazy można było oglądać m.in. w foyer Teatru Rozrywki,
bytomskiej galerii „Stalowe Anioły”, w wielu domach i ośrodkach kultury.
Lista liczy już prawie 30 ekspozycji indywidualnych i udział w około 60
wystawach zbiorowych.
Śląsk adoptował Jana Bembenistę, a ten odwdzięczył mu się najpiękniej jak
umiał – miłością i talentem. Zatrzymuje na płótnach odchodzącą przeszłość.
Czasem zobaczy w krajobrazie z kominami w tle Anioła. Bo dobre duchy muszą
docierać wszędzie. Także na Śląsk, także do pracowni tutejszych malarzy. |