Historycy raczej tego nie lubią. Być może dlatego, iż gdybanie ujmuje powagi ich nauce. Zapewne mają rację. Ale cóż to szkodzi nam, skromnym dyletantom, którzy czasem czytając to lub owo natrafiają na ślad katastrofy, która nie wydarzyła się, choć mogła, lub na ślad szansy, którą dostrzeżono dopiero we wstecznym lusterku wehikułu czasu, jak autostopowiczkę, która miała zgrabne nogi, ale my byliśmy akurat zasłuchani w historię naszego pasażera o jego kłopotach z hydraulikiem w ubiegły weekend.
Tak więc nasze gdybanie dotyczyć będzie głównie wydarzeń, które miały miejsce rzeczywiście, ale nie miały dalszego ciągu. A naszym zdaniem mieć mogły, a nawet w niektórych przypadkach powinny. – Jaka może być korzyść z takich rozmyślań? – zapyta poirytowany historyk. – Choćby taka – pospieszmy z odpowiedzią – że takie niedokończone wątki pozwalają czasem rzucić nowe światło, na te, które Pan Historii pociągnął dalej, a my z różnych przyczyn nie jesteśmy z nich zadowoleni.
Bo czyż można powiedzieć, że satysfakcjonują nas nasze stosunki z Rosją lub z Anglią na przestrzeni dziejów? Zapewne większość z nas odpowie przecząco, a ten i ów doda, że nie może być inaczej. Rosja jest zbyt blisko, a Anglia zbyt daleko. To prawda, ale przed wiekami los podsunął nam szansę i my z niej nie skorzystaliśmy. To są fakty. Natomiast związane z nimi pytania brzmią: czy w ogóle mogliśmy z tej szansy skorzystać i co by nam ona dała?
Polska w początkach XVI wieku jest jedną z największych europejskich potęg – terytorialnie, gospodarczo i militarnie możemy się równać z pierwszymi ówczesnymi graczami – Francją, Austrią i Hiszpanią. Mamy nieco mniej skuteczny PR, bo boją się nas bardziej na Wschodzie, niż na Zachodzie, ale polski obywatel, szlachcic rzecz jasna, może rozpocząć podróż bez paszportu w Gdańsku, a zakończyć ją nad Morzem Czarnym. Królewskie miasto Kraków, ówczesna stolica, znajduje się gdzieś na zachodnich krańcach tych ziem. W centrum położony jest Kijów, dawna stolica Rusi, której ośrodki polityczne przesunęły się na Wschód i gdzie rządy przejęli dalsi krewni kijowskich kniaziów, o psyche mocno skażonej niewolą tatarską, z której dopiero zdołali się uwolnić politycznie, natomiast mentalnie chyba jeszcze niekoniecznie. Ale Kijów i inne ruskie ziemie, w sumie ogromne przestrzenie, trafiły pod berło Jagiellonów bynajmniej nie w wyniku ich imperialnej polityki. Stanowią wiano wniesione przez prowadzącą ekspansywną politykę w XIII i XIV wieku Litwę do unii zawartej z Polską.
Właśnie przestrzeń była tym, co fascynowało patrzących wtedy na Polskę. Mało kto patrzył na Rosję, ale ten kto patrzył, widział jeszcze większą przestrzeń. Jeśli ktoś miał jeszcze pojęcie o ówczesnej geografii, widział drogę do różnych na wpół i całkiem legendarnych krain. Drogę tym ważniejszą, że od ostatecznego fiaska wypraw krzyżowych Azja Mniejsza była dla Europejczyków praktycznie niedostępna, a odkrycie Kolumba znane było stosunkowo nielicznym i ówczesny świat nie bardzo wiedział, co z nim począć.
Tymczasem na przeciwległym krańcu, a właściwie już poza nim, bo na wyspach, rodził się kształt państwa, które w przyszłości miało decydować o rozwoju wydarzeń w miejscach tak odległych, że jego mieszkańcy nie mieli jeszcze pojęcia o ich istnieniu. Jednakże jako wyspiarze i potomkowie wikingów, mieli morze we krwi. Budząc się rano, spoglądali w niebo i wróżyli z obłoków. Czynią to także dziś. Tym krajem była Anglia, która wyszła z wojny stuletniej osłabiona na lądzie, jako że utraciła swoje posiadłości we Francji. Jej polityka wewnętrzna w wyniku rozpoczętej niemal natychmiast po zakończeniu wojny stuletniej wojny dwóch róż czyli domu Lancasterskiego z domem Yorków była niespójna, koncyliacyjna i pozbawiona długofalowego celu. Z jednym wyjątkiem. Jej priorytetem było morze i handel z krajami za nim położonymi, z wyłączeniem na pewien czas Francji. Ten sektor polityki realizowany był na ogół z powodzeniem. Z jednym wyjątkiem. Na Atlantyku i na Morzu Śródziemnym było OK. Za to na Bałtyku Anglikom się nie bardzo wiodło. Miasta stowarzyszone w Hanzie preferowały Niemców, Duńczyków, Holendrów, być może Szkotów, natomiast Anglikom pływało się po tym śródlądowym i niewielkim morzu raczej ciężko. Jednakże w pewnym momencie na dworze angielskim uświadomiono


Portret Henryka VIII namalowany przez H. Holbeina
 


Witold Turant
 

 Henryk
spogląda
na Wschód

  sobie, iż nie sam Bałtyk jest tutaj celem i główną stawką. To morze było jedynie bramą do... Polski, która z kolei stanowiła wrota do Niziny Rosyjskiej. Dalej był już upragniony Wschód, cokolwiek pod tym pojęciem wtedy rozumiano. I Polska miała w polityce brytyjskiej swoje pięć minut. Było to za panowania prześwietnych królów Henryka VII na tronie angielskim i Aleksandra Jagiellończyka na tronie polskim.

Henryk VII pod pewnymi względami nie dorównywał swojemu synowi, także Henrykowi. Nie miał tylu żon, nie prowadził tak wystawnego trybu życia i chyba nie posłał tylu poddanych na szafot. Komponował natomiast piękniejsze melodie, jak choćby madrygał „O, My Heart Is So Sore”, ale to jego ogromnych rozmiarów syn uchodzi za autora pierwszego na Wyspach Brytyjskich przeboju wszech czasów „Green Sleeves”. Tak jak uchodzi z autora doktryny politycznej na fundamentach której zbudowano później imperium, nad którym nie zachodziło słońce. Tymczasem wiele wskazuje na to, że ten walijski wielmoża na angielskim tronie, prowadzący życie o wiele skromniejsze niż jego następca, pozornie skupiony na polityce wewnętrznej, której celem było porządkowanie państwa, nazwany nawet przez wybitnego historyka G.M. Travelyana królem-policjantem, myślami wybiegał daleko do przodu. I zapewne to spowodowało, że na przełomie 1502 i 1503 roku zwrócił się Henryk do Aleksandra z propozycją zawarcia traktatu sojuszniczego. Zrobił coś, co jeszcze niecałe sto lat temu żadnemu monarsze z Wysp nie przyszłoby do głowy. W czasach bitwy grunwaldzkiej Polska była dla wyspiarzy Nibylandią, o której coś tam starzy ludzie bajali, ale jeśli już trzeba było brać czyjąś stronę, to raczej ogólnie znanych i szanowanych „Teutonic Knights”. Tak też Anglików, Szkotów i Walijczyków jeśli spotykamy pod Grunwaldem, to po krzyżackiej stronie. A zatem henrykowe posłanie świadczy o tym, że w ciągu tych lat zmienił się w Europie układ sił i zmieniło się postrzeganie Polski.
W sytuacji, w jakiej była Polska w owym czasie – potęga, ale wciąż skłócona z Krzyżakami, kawalerami mieczowymi, zagrożona przez Turcję i coraz silniej czująca rosnące gdzieś od strony Tweru, a z czasem Moskwy niebezpieczeństwo – wydawało się, iż z radością powinna powitać nieoczekiwanego sojusznika i jego propozycję. Ale gdzie tam. – Nie dla nas takie egzotyczne sojusze – zawyrokował król, a szlachta mu przyklasnęła, jak zwykle, gdy szykowało się coś wyjątkowo głupiego i groźnego. A król? Jeśli wierzyć Bernardowi Wapowskiemu i jego „Kronice”, Aleksander był mocnej budowy, za to „... zdolnością nie bardzo celował, w naradach uważany był za tępego. Między wszystkimi braćmi królami Aleksander był najhojniejszy, tak że nic dlań nie było milsze jak przyjaciołom i dworzanom dogadzać....” Jak milusio, można by rzec.
Współcześni także nie byli zachwyceni monarchą, ale czy sami byli lepsi? „... Obwinia się śp. króla” – wspominał po jego śmierci Jan Łaski, kanclerz koronny – ale milczy o tym, jak nieposłusznie każdy się sprawiał i swoją swawolę pełnił i własnej szukał korzyści”.
Możliwy traktat z królem angielskim postrzegano jedynie jako dążenie

Anglii do ekspansji handlowej na ziemie polskie. Taki też zapewne był ziemie polskie. Taki też zapewne był jeden z celów królewskiej inicjatywy. Nikt jednak nie wpadł na to, iż Anglicy mają zwyczaj zbrojnie chronić swoje szlaki handlowe. Nie myślano o Anglii jako o potencjalnym sojuszniku w przyszłych sporach. Nie dostrzegano możliwości rozwojowych tego wówczas niewielkiego wyspiarskiego kraju. Przyszłość w tej części Europy była dla Polski zakrytą księgą, co będzie miało, jak wiemy, smutne następstwa.
Czepiam się? Pewnie, że się czepiam. To chyba wynik mojej przypadłości zwanej przez niektórych anglofilią. Być może nawet kilkakrotnie inteligentniejszy monarcha postąpiłby tak samo jak Aleksander. Nie byliśmy nacją morską i trudno nam było (i zapewne nadal jest) zrozumieć dążenia Anglików. Nie znaliśmy wszak przykładu podobnych działań, a stara szkoła polityczna, by sojuszników szukać pod bokiem, a wrogów mieć daleko, wciąż wydaje się niektórym jedynie słuszna, a co dopiero wtedy. Czy nie przeoczyliśmy czegoś wtedy i czy nie przegapiamy i dziś? Była przecież Wenecja, państwo morskie, malutkie, wówczas u szczytu potęgi i w rozkwicie swej myśli politycznej. Manipulująca papiestwami i narodami, walcząca za morzami i zdobywająca posiadłości i wpływy przy użyciu pieniędzy i obcych wojsk. O etyce Wenecjan porozmawiamy przy innej okazji, bo teraz mowa jest o skuteczności. Przypomnijmy, że ekonomiczny kręgosłup Wenecji przetrącił, nie bez naszej pomocy, dopiero niejaki Napoleone, też wyspiarz z urodzenia. Druga sprawa: posiadając imperium, nie mogliśmy się odżegnywać od prowadzenia imperialnej polityki, a coś mi się zdaje, że tak długo, jak je posiadaliśmy, właśnie to czyniliśmy, ograniczając się do obrony jego granic w miejscach, gdzie one się znajdowały. Imperialna polityka byłaby wtedy, gdybyśmy w epoce przedrozbiorowej byli w stanie zagrozić Rosji nie na Podolu, a na przełęczy Khyber, używając do tego naszych brytyjskich sojuszników, których od stuleci łączyłyby z nami interesy, a nie ma przecież mocniejszych fundamentów przyjaźni. Wystarczy spojrzeć na Stany Zjednoczone i Zjednoczone Królestwo dziś. Pozornie nic ich nie łączy: jedni piją lurowatą kawę, a drudzy herbatę, która w przeszłości strasznie ich drogo kosztowała, a kochają się jak... no, mniejsza o to. Zanim skończę tę fantasmagorię jeszcze słowo o wspomnianej teorii dotyczącej przyjaciół i wrogów. Otóż w dobie globalnych środków przenoszenia (broni, oczywiście, nie ptasiej grypy), maksyma zachęcająca nas do starannego szukania sobie przyjaciół, jako że wrogowie znajdą nas sami, robi się bardzo aktualna, ale położenie geograficzne staje się z całą pewnością kryterium trzeciorzędnym.
To jednak dzisiejszy punkt widzenia. Zapewne niezbyt lotny, jako się rzekło, król Aleksander nie miał przesłanek ani wiedzy, jak mawiają dziś politycy, by postąpić inaczej. Dziś stosunki polsko-brytyjskie są całkiem niezłe. Problem jednak leży w tym, że są ludzie, być może jacyś potomkowie Aleksandra, którzy uważają, że lepsze być nie muszą, bo i tak są za dobre, a skandalem jest to, że Brytyjczycy odnoszą z nich jakieś korzyści (czyżby nas to nie dotyczyło?). Mają potomkowie Aleksandra za złe kolejnym rządom, że Polska uczestniczy w globalnej grze, wstępuje do NATO, Unii i zawiera sojusze odległe od swych granic. Aleksander mógł wielu rzeczy nie wiedzieć, nie rozumieć, nie przewidywać, ale my mamy swoje doświadczenia, swoje narzędzia poznawania rzeczywistości politycznej, zanim stanie się ona historyczną, no i, last but not least, mamy swoje dążenia. Nie wymagają one od nas prowadzenie polityki imperialnej. Tym bardziej, że nie mamy imperium. Nic jednak, jak się poważnie obawiam, nie zwolni nas z udziału w globalnych szachach. Pewnie, że królem na tej szachownicy, to my już raczej nie będziemy. Ale nie chciałbym, byśmy byli na niej pionem, którego królowie, hetmani i inne ważne figury poświęcają, gdy mają jakieś swoje sprawy do załatwienia.
Wniosek taki, ani, zapewne, odkrywczy, ani teorioburczy, niech będzie usprawiedliwieniem, wystarczającym, mam nadzieję, by uchronić nas od gniewu historyków i, co znacznie gorsze, od poczucia zmarnowanego czasu przeznaczonego przez Czytelnika na lekturę tego tekstu, a przeze mnie na jego napisanie.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA