Tadeusza Różewicza niewielu kojarzy z twórczością
satyryczną. Tymczasem satyryczne są już Echa leśne, czyli „prawdziwy debiut
Różewicza” (posługuję się tutaj sformułowaniem Mariana Kisiela, choć należy
pamiętać – jak podkreśla autor – że „dopiero Niepokój docierał do szerszego
czytelnika”). Echa leśne to niemal wzorcowy przykład dodawania otuchy za
pomocą uzdrawiającego humoru. Śmiech pozwalał złagodzić lęk, był jedną z
potężniejszych broni w walce z okupantem. Ale obok śmiechu, obok optymizmu
mimo wszystko, istniał jeszcze drugi, nie mniej ważny czynnik – ocalenie
dzięki pamięci. Setki, tysiące białych krzyży nie pamiętały, kto pod nimi
śpi. Strach przed zapomnieniem, perspektywa zostania Żołnierzem Nieznanym
wbrew temu, co pisał Wittlin (choćby w wierszu Żołnierz znany: „O ty
Żołnierzu Znany, cóż mnie twe życie obchodzi [...] Skoro, gdy giniesz na
wojnie, twój sen wieczysty mnie wzrusza?”, czy w powieści Sól ziemi:
„Nieznany jest człowiek, który w tej wojnie pierwszy dał życie. / Nieznany
jest człowiek, który go zabił. / Nieznany jest ostatni człowiek, który
poległ w tej wojnie [...] Nieznany jest Żołnierz Nieznany”), musiały wciąż
towarzyszyć walczącym, musiały spędzać im sen z powiek.
Dlatego w wojnie ze strachem na polu bitwy używało się dwóch czynników:
humoru i obietnicy utrwalającej pamięci. Zresztą mówi o tym sam Tadeusz
Różewicz:
Jak w żołnierskim życiu śmierć i wesele chodzą z sobą pod rękę, tak stronice
tej książeczki zawierają w sobie obok wspomnień bolesnych, opowiadania i
wierszyki, które zrodziły się z potrzeby wesela i śmiechu. [EL, 10]
I Różewicz w Echach leśnych z pełną znajomością skrywanych i jawnych lęków
żołnierskich szuka pocieszenia dla towarzyszy broni. Czyni to w trojaki
sposób. Po pierwsze – konstruuje wspomnienia o kompanach, poległych
chłopcach z lasu. Dzięki temu utrwala ich, wpisuje do świadomości zbiorowej.
Lżej umierać, kiedy wiadomo, że trafi się do czyjejś wdzięcznej pamięci. Co
więcej – że trafi się do znacznie trwalszej od pamięci – literatury. Drugim
rodzajem pocieszenia jest wykorzystywanie humoru. Trzecim – próby tworzenia
reportaży, relacji, notatek z codziennego życia.
Te trzy sposoby z grubsza odpowiadają podziałowi tomiku Echa leśne na trzy
części – Kamienie na szaniec, Pod sosną i Kartki z pamiętnika (celowo
odwracam tu kolejność – humor przenikał także Kartki z pamiętnika, nie
ograniczał się tylko do fragmentów gazetki obozowej „Głos z krzaka”).
Odłóżmy na bok kronikarskie próby zatrzymania chwil w Kartkach z pamiętnika.
Chciałabym się skupić na dwóch elementach tomiku, nierozłącznych, jak
zauważa Marian Kisiel. Na humorze i patosie prawie zawsze towarzyszącym
opowieściom o zgonach żołnierskich.
Śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Na spotkanie z żołnierzami,
partyzantami, walczącymi – wychodzi jeszcze szybciej. Nie pozostaje nic
innego, jak tylko oswoić ją, pogodzić się z myślą o niej. Różewicz w
pierwszej części Ech leśnych skupił się na zgonach czterech wojskowych,
czterech towarzyszy broni: podchorążego Korda, kaprala Smukłego, kaprala
Dęba i sierżanta Grzmota. Każde ze wspomnień, bo opowiadania z Ech leśnych
to na pół nekrologi, na pół wspomnienia, jest utrzymane w innej tonacji i w
innej poetyce. Przegląd tych stylistyk pozwala choć trochę poznać metody
oddalania grozy śmierci – tak ważne, jeśli weźmie się pod uwagę
przeznaczenie tomiku.
Tadeusz Kłak zaznaczał w Spojrzeniach, że
Echa leśne nie w pełni należały do poezji czy choćby literatury „czystej”.
Wyrosły one z przeżyć i doświadczeń zwykłego leśnego oddziału i dla jego
żołnierzy były przeznaczone.
Ale w kierunku literatury czystej zmierzają próby wykorzystania różnych
stylów i konwencji. Dzięki temu Różewicz unika nudy, dzięki temu też może
przetworzyć Echa leśne z wojskowego raportu w literaturę. A poza tym
dostosowując styl narracji do charakteru opisywanych żołnierzy pokazuje, jak
można ocalić pamięć o nich – nie tylko w słowach czy wspomnieniach, ale też
w nieuchwytnej międzywersowej atmosferze.
Wspomnienie o podchorążym Kordzie rozpoczyna się poetyckimi, lirycznymi
opisami prawdopodobnej reinkarnacji żołnierza. Odrodzeniu w ciele motylka.
Sam Różewicz dystansuje się nieco od tego pomysłu, ale nie rezygnuje z
niego. Jednak podjęta początkowo poetyka opisu nie zapowiada późniejszych
wydarzeń i charakterystyki – Zdzich to młody, wesoły, uśmiechnięty towarzysz
broni, trochę lekkomyślny, budzący sympatię, przypominający Alka z Kamieni
na szaniec. Wspomnienie natomiast jego śmierci nosi znamiona martyrologii i
patriotyzmu:
Rozebrany, ze skrępowanymi rękoma wysłuchał wyroku... przebity kulami, przez
falę krwi wykrzyczał ostatnie słowa na ziemi, ostatnie wyznanie wiary,
pożegnanie dla matki, rozkaz dla nas, kolegów... NIECH ŻYJE POLSKA! [EL, 20]
Tak wygląda kontrastująca z resztą opowiadania relacja ze śmierci
podchorążego Korda.
Kapral Smukły sportretowany w króciutkiej tyrtejskiej historii to bohater
narodowy. Ginie w natarciu, w walce. Taka śmierć to zaszczyt dla żołnierza.
Tym bardziej – dla żołnierza dwudziestoletniego. Ale jego zgon przedstawia
Różewicz zupełnie inaczej:
Przytuliła ziemia młode, smukłe chłopięce ciało do swego łona, roztrzaskana
niemiecką kulą głowa ułożyła się na grudzie twardej na sen nieprzespany. [EL
22]
Znowu połączenie dwóch poetyk, dwóch stylistyk. We wspomnieniu o podchorążym
Kordzie, gawędziarska, wesoła opowieść zakończona została akcentem
tragicznym, acz krzepiącym serca. Kapral Smukły bił się bohatersko – po
opisie śmierci narracja zmienia się z konwencji tyrtejskiej w erotyk. W
dodatku – wciąż z nawiązaniami i aluzjami literackimi.
Po tych dwóch scenach śmierci warto uczynić krótką przerwę. Przedstawione tu
relacje i wspomnienia miały na celu nie tylko ocalenie pamięci o zmarłych.
Równie ważne było dodawanie otuchy kolegom, chłopcom z lasu – którzy,
niezależnie od rozwoju wypadków, będą bohaterami. Istotne było też
krzepienie serc czytających. Wiadomo, jak ogromną cenę miało pisane polskie
słowo, polska literatura. U Różewicza – obok kawałka literacko dobrego
tekstu odżywają też tradycje, aluzje do Żeromskiego, Wyspiańskiego,
Słowackiego, Norwida, Kochanowskiego. Nie zawsze udawało się skazanym na
śmierć wykrzyczeć „niech żyje Polska”, często kule wroga przerywały takie
manifestacje wolności i odwagi wcześniej. Nie zawsze pociski trafiały tylko
w tych, którzy dzielnie atakowali. Ale bohaterstwo podchorążego Korda i
kaprala Smukłego ma podnosić na duchu.
Różewicz, co zauważył w Walce o oddech Tadeusz Drewnowski, zerwał z zasadą
niemówienia źle o zmarłych. Udowodnią to dwa kolejne wspomnienia – spotkanie
z kapralem Dębem i prośba o modlitwę za duszę sierżanta Grzmota.
Kapral Dąb był człowiekiem skromnym, cichym, pracowitym. |
|

Tadeusz Różewicz i starszy strzelec „Wiktor” (w rogatywce)
w obozie leśnym koło wsi Garnek, zimą 1943/44
Otuchy
leśne
Pierwsza książka
Tadeusza Różewicza

Dokument Armii Krajowej, potwierdzający walkę zbrojną Tadeusza Różewicza.
Pochodził ze wsi, wszystko brał na chłopski rozum – i w takiej właśnie
odrobinę ludowej tonacji utrzymane są reminiscencje o nim. Ale w historii
kaprala Dęba ważna jest nie tyle postać żołnierza, nie tyle jego śmierć
nawet – co świadomość posiadania w partyzantce prawdziwych przyjaciół.
Przedostatni akapit wspomnienia zawiera tę najważniejszą informację:
Koło ogniska spotkałem Adiutanta, rękawy płaszcza miał do łokci splamione
krwią. Podpierał i niósł rannego, a później robił mu opatrunek... Adiutant
był dowódcą patrolu ubezpieczającego, do którego należał kapral Dąb. [EL,
25]
To nie była śmierć samotna – jakby na przekór zwykłym ludzkim obawom. Kapral
Dąb mógł liczyć na swojego dowódcę – przyjaciele nie opuścili go w
najtrudniejszych chwilach. Kilkanaście lat później podobne rozwiązanie
zastosował Jeremi Przybora: „Mówi przysłowie, że prawdziwych przyjaciół
poznaje się w nieszczęściu. Ale czyż śmierć mego męża była nieszczęściem,
skoro dzięki niej poznał on prawdziwego przyjaciela?”. U Różewicza mamy do
czynienia z podobnym odwróceniem hierarchii ważności: jeśli przyjaźń jest
silniejsza niż śmierć, to śmierć przestaje być groźna. To szczęśliwe
zakończenie, dodające wiary w sens żołnierskiego życia. Napawające nadzieją.
Nie wiadomo, czy kapral Dąb walczył bohatersko, czy może został trafiony
przypadkowo. To nie ma znaczenia. Za to na pewno bohaterem nie był sierżant
Grzmot, o którym Różewicz mówił:
Sierżant był mały i zły. Ale nie to jest istotne, był przecież nałogowym
pijakiem, człowiekiem zniszczonym, zwiędłym przedwcześnie, upadłym. W
czerwonej twarzy miał małe siwe oczka i duży nos, kulfon fioletowy od wódki.
Ach, tak, był przykry w pożyciu i niekoleżeński, zły i zamknięty w sobie.
[EL, 26]
Różewicz wspomina celowo najciemniejsze strony charakteru sierżanta,
najgorsze jego zachowania. Odmawia mu wręcz prawa do człowieczeństwa –
niczym refren powtarza się fraza o tym, że sierżant Grzmot nie był
człowiekiem, był cieniem. Dziwne to wspomnienie. Przyzwyczajeni jesteśmy
przecież do tego, że o zmarłym mówi się dobrze.
Ale jak w każdym poprzednim opowiadaniu, tak i tutaj łączą się dwa
przeciwstawne skojarzenia, dwa kontrasty, różne migawki z partyzanckiego
życia. Bo sierżant Grzmot, pijus, bydlę i świnia, wyznał kiedyś kolegom:
1914, wojna... zaciąg do Legionów, ucieczka z budy, z 7 klasy gimnazjum, na
drogę przekleństwo ojca... już nigdy potem nie było domu, rodziny... 1915
wojna... 1916 wojna... 1917 wojna... 1918 wojna... okopy, zasieki, okopy,
wódka i wódka... i tu teraz las, partyzantka... jeszcze, jeszcze walczyć!
[EL, 28]
A potem, obcym i ostrym głosem oznajmił, że szczęście nie istnieje. I w
zasadzie ten krótki fragment to najlepsze wytłumaczenie nagannego zachowania
Grzmota. Był to człowiek nieszczęśliwy, pokrzywdzony przez los – a nie zły.
Pocieszenie zaś stanowi fakt, że i tak trafił do pamięci ludzkiej, i tak
został ocalony. Zmarł – i chociaż ginęło wielu lepszych od niego – sierżant
też zasłużył na miejsce w literaturze. A to oznacza, że każdemu człowiekowi
należy się choć odrobina uwagi. Nie musi być bohaterem, w pierwszym szeregu
walczących ginąć w obronie ojczyzny. Nie musi reżyserować swojej śmierci ani
żyć według scenariusza, kreując się na herosa. I tak przetrwa. Śmierć nie
powinna przerażać. Jest przyjaciółką żołnierza, nieodłączną towarzyszką
wojennych zmagań. Jeśli wiadomo, że zgon nie będzie równoznaczny z
zapomnieniem – przestaje być straszny. Dodawanie otuchy za pomocą pisania o
śmierci to dosyć ryzykowna metoda. Ale skuteczna.
Różewicz na tym nie poprzestaje. Obok pamięci jednostkowej, która, jak
podkreśla Marian Kisiel, chociaż niszczy, to jednak przede wszystkim ocala,
pojawia się humor. Tadeusz Kłak stwierdzał, że w Echach:
Obok tekstów ukazujących tragiczne sytuacje i wydarzenia, w jakich
uczestniczyli żołnierze armii podziemnej, znajdowały się utwory żartobliwe i
humorystyczne, prezentujące „jaśniejszą” stronę partyzanckiego życia.
Marian Kisiel dodawał:
W Echach leśnych patos i humor sąsiadują ze sobą na równych prawach. (podkr.IM)
Warto zatem prześledzić rozwiązania humorystyczne, jakie posłużyły
Różewiczowi do tworzenia obozowej leśnej gazetki – „Głosu z krzaka”. Pisma,
którego redaktor – jak sam wspomina – musiał kryć się przed zemstą opisanych
kolegów. Wśród fraszek i humoresek mieszczą się teksty, które śmieszą do
dziś i z pewnością wpływały na poprawę humoru chłopców z lasu. Kazimierz
Wyka krytykował wczesną twórczość Różewicza, wyrażając przekonanie, iż:
Krótkie i lapidarne frazy, zwięzłe i ostro urwane obserwacje przydają u
niego gestom jakiś wygląd kanciasty i oparty na automatycznych poruszeniach.
Humor Różewicza wyłącznie na tym się opiera, ale nie tylko humor.
Rzecz jasna humor Różewicza nie polegał tylko i wyłącznie na
dezautomatyzacjach – były tu i dosłowności i przenośnie, parodia i ironia,
zamiany ról i przeciwieństwa, chwyty opisywane zresztą choćby przez
Bergsona. Wyka deprecjonował osiągnięcia poety, nie znając jego prawdziwego
debiutu. |
|
A Różewicz z przymrużeniem oka patrzył na żołnierzy, wyłapywał
wszelkie trudności i powody do narzekań i odwracał je, przejaskrawiał i
ośmieszał. Po wyjątkowo trudnej, deszczowej listopadowej nocy, Różewicz
wyśmiewał malkontentów – tych, którzy chcieli wracać do domu z powodu złej
pogody i tych, którzy porównywali deszcz do walki na froncie. Przytoczył
poeta mało ambitny, choć ocenzurowany wierszyk „Pada deszczyk pada, pada
sobie równo, raz padnie na chłopa, drugi raz na g.” I podsumował:
Jak padnie na chłopa fest, to chłop zadrze nos do góry, a jak padnie na g.,
to się rozmaże. Tak to lepiej się nie mazać i nie stękać, jak pada.
[EL, 26]
Wykorzystana homonimia, fonetyczne skojarzenie i rubaszny humor pozwalają
wysnuwać zupełnie nieoczekiwane wnioski, działać przez zaskoczenie. Czy ktoś
po takim obwieszczeniu zdecydowałby się kontynuować narzekanie na pogodę?
Szczerze wątpię. Wyolbrzymienie problemu to również czynnik śmiechotwórczy.
Obozowa gazetka AK-owców miała według Tadeusza Kłaka
udręki życia partyzanckiego rozjaśniać słowami żołnierskiego humoru i
uśmiechu, Różewicz zaś ostrzył i tutaj swoje pióro satyryka.
A siłę satyrycznego pióra dzisiaj najpełniej oddaje tekst Uwaga! Tylko dla
chłopców z lasu. To rzekome wyobrażenia zwyczajnych ludzi na temat leśnej,
partyzanckiej służby. Wyobrażenia, dodajmy, przejaskrawione, czerpiące – pod
względem warsztatowym – z wielu technik wywoływania śmiechu.
Różewicz naśmiewa się z pojęcia partyzantów, ukształtowanego w różnych
grupach społeczeństwa. Panienki wiedzą, że chłopiec z lasu jest niebywale
przystojny, wzbudza strach wroga i miłość kobiet.
Jest wysoki, szeroki w ramionach, wcięty w talii, nosi wspaniały mundur,
błyszczące buty z cholewami, u pasa nosi pistolet, na ramieniu rozpylacz, w
kieszeni bombę zegarową, zegarek, dwa azymuty (...) [EL, 59]
Wieczorem patrzy w gwiazdy i tęskni za ukochaną. Kobiety należą do
ignorantek w dziedzinie terminologii wojskowej. Azymuty w kieszeni to
jeszcze nic. Starsza pani z przejęciem relacjonuje zasłyszaną o chłopcach z
lasu historię:
Pani, była ich cała chmara, podobno dwie roty z armatami. Mieli takie czarne
rury, co strach było patrzeć. Jakieś gazki mazowe, a wszystko to świeci się
i brzęczy. [EL, 59]
Mężczyźni są pewni, że pobyt w lesie to niekończące się święto, zabawy i
awanse, a na urlopie, zgodnie zapewne z powiedzeniem „za mundurem panny
sznurem” – niezliczone podboje miłosne.
Wszyscy podkreślają bohaterstwo żołnierzy i nie kwestionują ich odwagi czy
waleczności.
Jednak rzeczywistość nie wyglądała tak kolorowo. Wyobrażenia rażąco
odbiegały od realiów – ta rozbieżność musiała bawić samych wojskowych.
Różewiczowi to nie wystarcza – przytacza niby liścik od troskliwej ciotki,
która chce posłać leśnemu kołdrę i pierzynkę. Poczciwej kobieciny, która
radzi:
jeśli będziesz spał na warcie, a zrobi ci się zimno, to idź i powiedz panu
komendantowi, żeby cię zwolnił (...). Żadnej broni z sobą nie noś, może
przecież wystrzelić. Gdybyś się czuł źle, było ci smutno, to powiedz
dowódcy, żeby cię wypisał (...) Jeśli jesteś zgrzany, nie pij zimnej wody.
[EL, 60]
Partyzant musi przebierać się na noc, żeby nie wygniótł mu się kołnierzyk od
koszuli. Jeśli będzie głodny (bo leśne powietrze zaostrza apetyt) powinien
poprosić kucharza o dodatkową porcję – przecież w domu jadł na śniadanie
tylko kilo chleba. Ironizuje tu Różewicz, pokazuje, jak leśne oddziały są
postrzegane. I bardzo dobrze. Już Molier zauważył, że umiejętność śmiania
się z siebie to najlepszy dowód posiadania poczucia humoru. Nawet jeśli ktoś
pod wpływem tekstu zatęskniłby do dawnych, sielskich czasów, musiał się też
uśmiechnąć na myśl o tym, jak daleko odbiegały od rzeczywistości pomysły
rozmaitych cioć. Ten kontrast między pobytem w oddziałach leśnych a ułudą,
światem wykreowanym przez krewnych, paradoksalnie dodawał sił – każdy mógł
poczuć się bohaterem.
Drewnowski o humorze Różewicza wyrażał się tak:
często rubaszny, „gruby a sprośny” (...) humor gminny, ludowy, humor,
zaprawiający nawet najpoważniejsze sprawy.
To humor sowizdrzalski, niższy, bliski Bachtinowskim wyobrażeniom genezy
śmiechu średniowiecznego. Nie mógł być jednak ów humor inny, skoro krąg nie
zawsze sławetnych bohaterów „Głosu z krzaka” stanowili przede wszystkim
ludzie prości. Drewnowski zauważa, że
ich sprawy porusza autor we właściwym im, nie przebierającym w słowach,
grubym języku i z największą powagą, często zresztą równoznaczną z humorem.
Różewicz także często ironizuje i miesza style. Przeplata niskie tematy –
wątki alkoholizmu, wszy, chorób wenerycznych czy nieprzestrzegania higieny –
z językiem literackim, wyższym. W Encyklopedii obozowej znalazła się na
przykład taka satyryczna definicja nogi:
Żołnierz posiada zasadniczo dwie nogi. Nogi wyrastają z kręgosłupa i ciągną
się aż do ziemi. Są strzelcy, którzy posiadają nogi koloru czarnego, nogi te
wydają w nocy odurzającą woń fiołków i konwalii oraz sera szwajcarskiego. U
ludzi normalnych nogi mają zapach i kolor naturalny. [EL, 56]
Nie jedyny to przykład na cięte pióro i umiejętność sarkastycznego notowania
obserwacji. Dowcipne uwagi przenikają też do Kartek z pamiętnika. Z całą
pewnością ten humor, uśmiech, nawet docinki – pomagały przezwyciężać strach.
Pozwalały zapomnieć o smutnej codzienności, o ciężkich warunkach, o wojnie.
Pozwalały też z pewnością scalić grupę partyzantów, stworzyć wspólną
płaszczyznę porozumienia. Nie miał racji Wyka – Różewiczowski humor był
humorem wysokiej próby, mienił się różnymi odcieniami żartu i dowcipu – od
subtelnych aluzji, ukrytej ironii i wyrafinowanych spostrzeżeń, przez
prozaiczną i żartobliwą groteskę po rubaszne, cięte, błyskotliwe uwagi.
Poeta prezentował liryzm pogodny – już w tym wczesnym tomiku, napisanym na
rozkaz. Jego humor ubarwiał życie chłopców z lasu.
Echa leśne to połączenie dwóch, wydawałoby się sprzecznych, elementów –
humoru i patosu. Porady dziadka Pafnucego bawią. Proza poetycka Mój dom
wzrusza i przypomina o celu udręki, o patriotyzmie i Norwidowskim pojęciu
ojczyzny jako wielkiego i zbiorowego obowiązku. Twórczość Różewicza na pewno
spełniała dwie funkcje – dodawała otuchy w trudnych chwilach i wywoływała
uśmiech, bawiła. Przypominała o ocaleniu i dawała wytchnienie.
Przekształcała umysły i serca czytających, ucząc ich miłości do ojczyzny, a
jednocześnie przynosiła odprężenie.
Ważny to tomik, ważne świadectwo minionych czasów. |