Dwadzieścia jeden tysięcy – małe miasteczko – tyle
właśnie dzieci przebywa aktualnie w polskich domach dziecka. Trafiają tam
nie dlatego, że na skutek smutnego zrządzenia losu zostały same na świecie.
Trafiają tam, bo są nikomu niepotrzebne. Trochę tak, jak zabawki, które się
szybko znudziły.
Adrianek skończył niedawno roczek. Jest śliczny, buźkę ma jak aniołek, wciąż
się uśmiecha. Na jego urodzinach nie było jednak tortu z jedną świeczką,
mama go nie przytulała i nie przytuli, nie kupi też autka albo pluszowego
misia. Prędzej przyniosą mu go do łóżeczka opiekunki z Domu Dziecka, do
którego trafił. Jego mama najpewniej znowu jest na „gazie”, choć siedząc w
policyjnej izbie zatrzymań zarzekała się, rzewnie wylewając łzy, że to już
więcej się nie powtórzy. Nikt jednak w to nie wierzył. Adrian, tak jak i
dwójka jego rodzeństwa, nie zaznał matczynego ciepła. I tak jak oni
wylądował w domu dziecka.
Dajcie mi spokój
Matkę Adriana, 37-letnią Barbarę K. sąsiedzi znają dobrze. Nie jeden raz z
jej powodu dzwonili na policję.
– Jak zobaczy wódkę małpiego rozumu dostaje. Dziećmi się nie zajmuje.
Chodziły głodne, świątek, piątek czy niedziela – mówią o niej. – Przychodzą
do niej tacy różni, piją.
Tak było i wtedy kiedy Adrian o mało co nie zginął. Imprezka zaczęła się na
mieście. Potem przeniosła do mieszkania Barbary K. Znajomych tego dnia było
tylu, że zdążyła się w tym wszystkim pogubić. Dziecko płakało, ale jej to
nie wzruszało.
– Ucisz tego bachora – radzili pijani goście. Po zmroku, postanowiła wyjść
po jeszcze jedną flaszkę. Zabrała Adriana ze sobą. Na klatce schodowej
potknęła się, narobiła rumoru, ale synek cudem nie wypadł jej z rąk.
Sąsiedzi zadzwonili na policję.
W wydychanym powietrzu Barbara K. miała prawie 3 promile. Policjanci
zawieźli ją do izby wytrzeźwień, by nazajutrz przywieźć z powrotem do
komendy. Siedząc w policyjnym „dołku” łkała żałośnie, obiecywała poprawę,
powołując się na Trójcę Świętą. Zasłaniała się przed błyskiem fleszy
skierowanych w nią aparatów fotograficznych. Widząc dziennikarzy odwracała
się tyłem.
– Dajcie mi spokój, już więcej nie będę – mówiła.
Policjanci wiedzą jednak swoje.
– Trzecie dziecko jej zabierają z tego samego powodu. To wystarczy, żeby w
tym konkretnym przypadku nie wierzyć w resocjalizację – mówią. Po 48
godzinach kobieta wyszła z aresztu. Będzie miała policyjny dozór. Za to, co
zrobiła grozi jej 15 lat więzienia. Sąd nie powinien mieć wątpliwości, bo
Barbara K. to już recydywa.
– Naraziła dziecko na utratę życia i zdrowia.
Odrobina bezpieczeństwa
– Adrianek był odparzony, niedożywiony i bardzo słaby. Zmieniliśmy mu dietę,
bo miał oznaki skazy białkowej – mówi Krystyna Wolwiak, dyrektor Domu
Dziecka im. Ojca Pio, w Mysłowicach, gdzie chłopca przywieziono.
Brzdąc z niego słodki, ale nieporadny.
W Domu Dziecka im. Ojca Pio jest 50 małych wychowanków. Kiedyś była tu także
siostra Adrianka.
– To było w połowie lat 90. Gdy usłyszałam od policjantów nazwisko, |
|
Niechciane
dzieci
od razu skojarzyłam to dziecko. I nie pomyliłam się – dodaje
dyrektor Wolwiak. – Ale Adrianek nie jest jedyny.
Ośmioletni dziś Denis do mysłowickiego Domu Dziecka trafiał cztery razy,
matka miesięcznej Karoliny, zanim dziecko tutaj odwieziono, spiła się tak,
że nie potrafiła stać na nogach. W wydychanym powietrzu miała ponad 4
promile. Prawie tyle, ile tata półtorarocznego Grzesia, którego do Domu
Dziecka przywieźli policjanci.
– I tak moglibyśmy wymieniać w nieskończoność. Zdecydowana większość dzieci,
które do nas trafiają, znajduje się tu przez pijaństwo i nieodpowiedzialność
swych rodziców. To nie są przypadki losowe, gdzie matka i ojciec giną w
tragicznych okolicznościach. Ich obecność tutaj, to efekt patologii.
Niektóre z tych maleństw, gdy już zostaną do nas przywiezione, przypominają
jątrzącą się ranę. Ktoś, kto tego nie widział, nie uwierzyłby w skalę
zaniedbań. A zdarza się, że te dzieci mają jeszcze wujków, ciotki, babcie,
dziadków.
Tak się jednak składa, że na ich nieszczęście zwykle tylko
sąsiedzi reagują wzywając policję – dodaje Krystyna Wolwiak.
Żaden Dom Dziecka nie zastąpi im prawdziwego domu, ale tu mają przynajmniej
odrobinę spokoju, normalności, bezpieczeństwa. I choć nie ma tu mamy można
się przytulić do cioci...
Niepotrzebny kłopot
Skąd się biorą dzieci? Średnio wykształcony człowiek powinien wiedzieć.
Powinien, ale nie wie. A raczej może wie, ale ciążę traktuje jak chorobową
przypadłość i na zasadzie – mnie to się nie przytrafi. I, jakkolwiek
kontrowersyjny jest pomysł ministra Giertycha dotyczący spisu małoletnich
matek, o tyle wynika z niego jedno – dzieci rodzą dzieci. I nie zawsze mogą
liczyć na przychylność środowiska. Przypadki dzieci znajdowanych w
śmietnikach, na wysypiskach, podrzucanych pod cudze drzwi przestają być
rzadkością. Dobrze, jeśli uda im się przeżyć. W ostatnich dniach w Łodzi, w
jednym ze szpitali otwarto „okno nadziei”. Matki, które nie będą chciały
swoich nowo narodzonych dzieci, będą je mogły anonimowo oddać. To trzecie
takie przedsięwzięcie w kraju po Warszawie i Krakowie. Sęk w tym, że zanim
taki maluch trafi do adopcji sąd będzie musiał nadać mu imię, nazwisko itd.
Dobrze jeśli znajdą się zdeterminowani rodzice i zechcą taką sierotkę
adoptować. Zdeterminowani bo „przysposobienie” dziecka to dla nich często
sprawdzian cierpliwości przede wszystkim względem prawa, przepisów, sądów,
biurokracji, zakazów, nakazów, ton świstków i zaświadczeń. Może dlatego
liczba dzieci, które mogłyby być adoptowane wciąż znacznie przewyższa ilość
osób, które byłyby skłonne przyjąć je pod swój dach.
Jeszcze gorzej jeśli dziecko jest chore |
|
albo po prostu starsze. Specjaliści twierdzą, że
potencjalny siedmiolatek z domu dziecka ma zdecydowanie mniejsze szanse na
znalezienie domu niż niemowlak. I mimo iż ostatnio mówi się wiele o
rodzinach zastępczych oraz możliwości adopcji, sam proces jak trwał tak
trwa. Jednak nie wszystkie niechciane dzieci trafiają po urodzeniu do domów
dziecka. Wiele matek zgłasza się już w czasie ciąży do ośrodków adopcyjnych,
pośredniczących w wyszukiwaniu nowych rodzin.
Zgłaszają się młodziutkie dziewczęta i doświadczone kobiety, matki kilkorga
dzieci, które twierdzą, że nie są w stanie przyjąć kolejnego. Zgodnie z
prawem mogą oddać swoje maleństwa po sześciu tygodniach od urodzenia.
Pracownicy ośrodków namawiają je do zmiany decyzji, a kiedy to nie daje
efektu zawiadamiają oczekujące rodziny... Jedni chcą, inni nie. Niby to
takie proste, a jednak...
Zamknięte koło
Patrycja trafiła do domu dziecka po tym, jak jej mama zostawiła ją malutką,
samą, głodną w domu i... przepadła bez wieści. Sąsiedzi zaalarmowali
policję. Po tygodniu skruszona mamusia pojawiła się w domu dziecka.
Pojawiała się systematycznie przez jakieś pół roku. Potem zaczęła
przychodzić z nowym „tatusiem”. Sąd uznał, że dziewczynka może wrócić do
domu rodzinnego. Wróciła. Edukację skończyła na piątej klasie podstawówki.
Kiedy miała 16 lat urodziła pierwsze dziecko. Kiedy miała lat 25 miała
czwórkę. Wszystkie trafiły do domu dziecka.
To nie reguła mówią specjaliści, ale tak często bywa. To trochę tak jak z
patologią biedy: dzieci nauczone korzystać z opieki społecznej często nie
próbują nawet wyrwać się ze środowiska. Wyrastają nikomu niepotrzebne, bez
miłości. Więc miłości nie potrafią dawać. Zaniedbane, często upośledzone
psychicznie. Ich historie zataczają krąg.
Dorośli tłumaczą dorosłych
Kilka dni temu sąd skazał mężczyznę, który zatłukł kilkuletnie dziecko. Jego
matka nie przeszkodziła. Patrzyła, jak jej mały synek powoli umiera. To nie
jedyny przypadek tego typu. Media bombardują takimi informacjami. Bo
normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że można zabić bezbronne
dziecko tylko dlatego, że płacze. A jednak. Niechciane dzieci rodzą się
niestety coraz częściej. Coraz częściej, nawet jeśli nie trafiają do domów
dziecka, traktowane są jak zło. Niepotrzebny balast. Dlaczego? Może dlatego,
że do tej pory „mały” człowiek miał mniejsze prawa niż „duży”? W Polsce
sierotami społecznymi zajmują się trzy ministerstwa: zdrowia, oświaty i
sprawiedliwości. Żadne chyba jednak tak naprawdę nie reprezentuje interesów
dzieci. Zwłaszcza tych niechcianych. I nie ma tu co zwalać winy na sytuację
gospodarczą i patologię dotykającą rodziny. Ot, dorośli tłumaczą dorosłych.
A może powoli zbliżamy się do szczytu hipokryzji – aborcja nie! – na
śmietnik – tak!
Niewielki ogródek przy Domu Dziecka im. Ojca Pio. Chwilowo porzucony
plastikowy konik na biegunach smętnie się buja. Każdy dzieciak, który tu
trafia – to historia. Bardziej lub mniej dramatyczna. Niektóre kończą się
happy-endem. Ale tylko niektóre. |