– Jest Pan pierwszym architektem na stanowisku
Marszałka Województwa Śląskiego...
– Tak się złożyło... Studia architektoniczne to jeden z tych kierunków,
który jest bardzo użyteczny w samorządowej pracy. Architektura to
inżynierska dyscyplina i artystyczna fantazja. Zadania samorządu obejmują
m.in. planowanie przestrzenne, inwestycje i gospodarkę nieruchomościami,
ochronę środowiska, a to wszystko daje architektura.
– Z Pańskiego oświadczenia majątkowego wynika, że ma Pan dom. Został przez
Pana zaprojektowany osobiście?
– Poniekąd. Wytyczne przestrzenne robiliśmy z żoną, która jest technikiem
architektem, natomiast resztę wykonał już ktoś za nas.
– Zapytałem o dom żeby płynnie przejść do kwestii oświadczeń majątkowych,
budzących ostatnio sporo emocji. W niektórych gminach grożą nam ponowne
wybory.
– Przejrzystość finansowa osób pełniących ważne funkcje publiczne jest w
dzisiejszych czasach koniecznością. Niedobrze jest jednak, jeżeli dyskusja
wokół oświadczeń majątkowych toczy się pod hasłem: „łap złodzieja”. To
uwłacza tym, którzy te oświadczenia w dobrej wierze składają. Oświadczenia
majątkowe są też dobrym źródłem informacji dla złodziei, ale...
– ... ale Pan swoje oświadczenie pomimo wszystko złożył w ter-
minie.
– Złożyłem, ponieważ prawo należy respektować. Dlatego z mieszanymi
uczuciami przysłuchuję się dyskusji, że jeżeli ktoś nie dotrzymał terminu, o
dwa, trzy dni się spóźnił, to nie należy go za to karać. Nie jest natomiast
dobrym pomysłem, aby kara polegała na nowych wyborach, które będą kosztowały
podatników miliony złotych. Bardziej sensowna wydaje mi się sankcja
finansowa, na przykład pozbawienie wynagrodzenia za trzy miesiące.
Oczywiście, jeśli ktoś uporczywie odmawia złożenia oświadczenia, wówczas
należy go odwołać z funkcji.
– Już w pierwszym swym wystąpieniu powiedział Pan, że należy zintegrować
województwo śląskie. Dla wielu było to zaskoczeniem, gdyż reforma
administracyjna była jakiś czas temu...
– Integrację można rozumieć na wiele sposobów. Skupmy się na tym, co ja
nazywam integracją mentalną. Kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej,
Polacy czuli się już od dawna Europejczykami. Akcesja Polski do wspólnoty
europejskiej była więc jedynie usankcjonowaniem stanu mentalnego. I dlatego
w tej chwili około siedemdziesięciu procent Polaków w pełni akceptuje to, że
jesteśmy w Unii. Znacznie większy problem mają politycy, kontestacja
członkostwa odzywa się w klasie politycznej szczególnie wtedy, kiedy ktoś
szuka jakiejś niszy dla siebie i jeśli nie ma innego pomysłu na zaistnienie.
W przypadku województwa śląskiego w jednym organizmie administracyjnym
znalazły się ziemie o różnego rodzaju tradycjach, czasami bardzo od siebie
odmiennych. Pomimo tego wspólne bytowanie nie stanowi poważniejszego
problemu dla mieszkańców.
Nie sądzę, żeby w Zagłębiu, na Podbeskidziu, czy
Częstochowie były jakieś większe grupy ludzi, którym zasnąć nie daje myśl,
że są teraz w województwie śląskim. Problem wyobcowania, czy „obcego”
województwa, bardzo chętnie podchwytują media. Ale nie tylko. Żyją tym także
lokalne elity polityczne. Dla nich ta integracja nie nastąpiła. Mało tego,
odzywają się co rusz resentymenty, pojawiają się wezwania, apele: „Powalczmy
o niepodległość!”.
– Pojawiają się też głosy z Częstochowy, że w Zarządzie Województwa nie ma
żadnej osoby, która reprezentuje ten subregion...
– Kiedy byłem w Częstochowie, zaproszony przez środowiska gospodarcze,
namawiałem tych, którym chodzi po głowie ponowne utworzenie województwa
częstochowskiego, żeby porozmawiali z ludźmi z Opola. Właśnie tam
Obywatelski Komitet Obrony Opolszczyzny walczył heroicznie o
„niepodległość”, odniósł sukces, a teraz – oczywiście zastrzegając sobie
anonimowość – niemal wszyscy przyznają, że był to poważny błąd.
– Powiedzmy jednak, że Opolszczyzna trafiła w ubiegłym roku na krótką listę
najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej. Niektórzy sądzą, że na tym
można coś wygrać...
– Nie, na tym nie da się wygrać. Można dostać trochę więcej pieniędzy z Unii
Europejskiej, ale tylko trochę. To jest w ogóle jakiś kompletny mit, czy
złudzenie, że środki z Unii Europejskiej odmienią losy jakiegoś regionu i z
najbiedniejszego zrobią najbogatszy. Tak nie będzie. Jeżeli ktoś chce zrobić
referendum, niech w Częstochowie zada pytanie: czy chcecie się oddzielić?
Natomiast w pozostałej części województwa zadajmy pytanie: czy chcecie, żeby
odłączyła się od województwa ta jego część, która wnosi najmniejszy wkład
per capita do budżetu i ma najwyższe bezrobocie? Zdecydowana większość
odpowie – „tak”. Tylko tak naprawdę nie o to chodzi. Obowiązkiem samorządu
województwa jest dbałość o równomierny rozwój całego regionu. Jeżeli wiemy,
że najwyższe bezrobocie jest w subregionie częstochowskim, to znaczy, że
należy się przyjrzeć projektom stamtąd zgłaszanym pod kątem walki z tym
zjawiskiem.
– ... a pytanie o reprezentację Częstochowy w Zarządzie...
– To jest kompletnie chore postawienie sprawy. Zarząd Województwa liczy
pięciu ludzi, reprezentujących trzy ugrupowania polityczne. Województwo
śląskie składa się z ponad trzydziestu powiatów i ponad stu osiemdziesięciu
gmin. Ilu musiałoby być wicemarszałków gdyby założyć, że każdy z nich
przychodzi po to, żeby wyrwać coś dla swojego grajdołka? Takiego sposobu
myślenia nie akceptuję, a na taki sposób pracy nigdy nie pozwolę. Kolegom z
Zarządu powiedziałem jasno: „legitymacje partyjne i dowody osobiste
zostawiamy w szatni.” Legitymacje partyjne po to, żeby nie kierować się
partyjnymi preferencjami, a dowody osobiste po to, żeby nie patrzeć, skąd
przyjeżdżamy do pracy. Naszym celem jest rozwój całego województwa. A poza
tym, jeśli członek Zarządu Województwa nadzoruje np. Wydział Zdrowia czy
Wydział Edukacji, to w jaki sposób ma zabiegać o interesy jakiegoś
konkretnego subregionu? Ksiądz |
|

|
|
Z marszałkiem województwa śląskiego
JANUSZEM MOSZYŃSKIM
rozmawia
JÓZEF WYCISK
|
Dowody
osobiste zostawiamy
w szatni
arcybiskup Damian Zimoń, kiedy rozmawialiśmy o tym, że przedstawiciel
każdego subregionu miałby swoje miejsce we władzach, bo to – ich zdaniem –
dawałoby gwarancję odpowiedniego zadbania o ich interesy, powiedział, że są
to pozostałości komunistycznego myślenia i przekonania, że pieniądze są tam,
gdzie jest władza. Naprawdę sądzę, że problem ma tutaj część lokalnej klasy
politycznej, a nie mieszkańcy danego subregionu.
– Ale czy na pewno pieniądze są tam, gdzie władza? Jak Pan ocenia aktualny
stopień zdecentralizowania władzy w Polsce? Czy autonomia regionów powinna
być większa?
– Najpierw krótkie przypomnienie. Jedyną ekipą, która rzeczywiście wykonała
krok w kierunku prawdziwej decentralizacji państwa, był rząd Jerzego Buzka.
Bardzo żałuję, że nie poprzestano wówczas na pierwotnym rządowym projekcie i
nie utworzono tylko dwunastu województw. W wyniku politycznych kalkulacji
powstało ich szesnaście. Kolejne dwa rządy, poprzedni i obecny, cechują
silnie centralistyczne tendencje. Począwszy od 2001 r. obserwujemy ciąg
działań, które można nazwać brzydkim określeniem – recentralizacja państwa.
Użył Pan słowa „autonomia”. To jest coś, co użyte w stosunku do Śląska
wywołuje niezdrowe emocje u mieszkańców innych regionów. Różnej maści
nacjonalistom daje asumpt do podnoszenia – jak by to Sienkiewicz napisał –
„larum”, że oto budzą się separatyzmy. Że ktoś chce od Rzeczypospolitej
oderwać „perłę w koronie”. Oczywiście jest to kompletną bzdurą, ale do
takiej demagogicznej, rozgorączkowanej dyskusji, pasuje jak ulał. Nie ma
powodów żeby województwo śląskie doczekało się jakichś szczególnych
regulacji, szczególnych praw. Nawet gdyby ktoś tych przyczyn się doszukiwał,
nie ma na to żadnych szans. Choćby dlatego, że jak jeden z szesnastu będzie
chciał przywilejów, to jedynie uzyska... zgodną niechęć pozostałych.
– ... ale nie mówmy o przywilejach dla jednego, dla naszego. Mówmy o
wszystkich.
– Na kopertach zegarków czasami jest napis shock resistant, czyli
„wstrząsoodporne”. Państwo zdecentralizowane jest znacznie bardziej odporne
na wstrząsy. Kiedy funkcjonowała Śląska Regionalna Kasa Chorych, całe
zarządzanie służbą zdrowia było na poziomie województwa. Gdy w takim modelu
dochodzi do sporu między pracodawcą a pracobiorcą, czyli między kasą chorych
a szpitalami, to spór ograniczy się do jednego województwa, może dwóch.
Nigdy do 16 naraz. Takie spory nie wstrząsają posadami całego państwa.
Jeżeli ktoś uważa, że taka decentralizacja osłabia państwo, to zwracam
uwagę, że Niemcy i Stany Zjednoczone są dwoma silnie zdecentralizowanymi
państwami, z bardzo dużymi uprawnieniami rządów landowych i stanowych.
Regionalizacja nie osłabia siły tych państw. Oczywiście, państwu pozostają
takie funkcje, jak np. obrona, polityka zagraniczna, koordynacja polityki
energetycznej, główne podatki i tak dalej.
– Decentralizacja, z którą mamy do czynienia doprowadziła do tego, że budżet
województwa jest mniejszy od budżetu Katowic...
– ... w tym roku prawie równy...
– ... i jeżeli teraz powstanie Aglomeracja Śląska, pozycja finansowa tego
związku będzie dużo większa niż pozycja województwa. Powstanie konkurent,
który – jeśli mierzyć pieniędzmi jego siłę – będzie miał więcej do
powiedzenia w regionie niż Zarząd Województwa.
– Broń Boże nie konkurent! Dla mnie jest to wielka szansa na to, że będę
miał może trochę mniej pracy.
– Jednak pojawi się pewien twór, za którym stanie olbrzymi budżet.
– Aglomeracja Śląska jest w tej chwili bytem, który jeszcze nie powstał, a
już wywołuje sporo emocji. Tymczasem diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.
Dzisiaj media zajmują się granicami aglomeracji, tym, kto będzie rządził
etc. Dużo rzadziej pada pytanie, kto za to zapłaci? Czy państwo odda część
swoich pieniędzy? Bardzo wątpię... Czy mieszkańcy tych miast zgodzą się na
wprowadzenie dodatkowego podatku? Również mało prawdopodobne. Pozostaje więc
składka miast z ich własnych dotychczasowych budżetów. Ta wiadomość może
ostudzić miłość do aglomeracji u niejednego prezydenta, burmistrza, czy
wójta. Aglomeracja może mieć duży budżet, ale jako sumę budżetów
poszczególnych miast. Zadajmy jednak pytanie, po co ona powstaje?
Uczestniczyłem w pracach nad tworzeniem tego pomysłu, kiedy jeszcze mówiło
się o dobrowolnym związku gmin. Przypomnę, że praprzyczyną tworzenia takiego
związku była chęć sprawniejszego rozwiązywania problemów, które są wspólne:
komunikacja, koordynacja planowania przestrzennego, zarządzanie
infrastrukturą, drogami itd. Drugim powodem powołania związku była chęć
zbilansowania |
|
potencjału tych miast. Chodziło o to, aby np. inwestorom zewnętrznym powiedzieć: słuchajcie
państwo, to nie jest tak, że wy do blisko milionowego Krakowa, czy
milionowej Łodzi, porównujecie trzystutysięczne Katowice, czy
dwustutysięczne Gliwice. Porównajcie związek aglomeracyjny, który ma dwa i
pół miliona mieszkańców i jest największym bytem miejskim w Polsce. Nie
porównujcie liczby teatrów w Krakowie, Wrocławiu czy w Poznaniu z liczbą
teatrów w Katowicach czy w Rudzie Śląskiej, tylko porównajcie z liczbą
teatrów w aglomeracji. Okaże się, że tam są cztery, czy pięć, a tu jest
piętnaście. Popatrzcie na ludzi z wyższym wykształceniem, na rynek pracy, na
infrastrukturę, na ilość sklepów, na liczbę sal kinowych itd. Jeżeli zsumuje
się ten potencjał to stajemy się bardzo poważnym konkurentem w pozyskiwaniu
inwestorów – konkurentem, który jest w stanie i Warszawie pola dotrzymać.
Prezydenci miast dojrzeli do tego, żeby dla osiągnięcia wspólnego celu
poświęcić cześć własnej władzy. I jeszcze jedno na temat aglomeracji. Kiedy
zostałem marszałkiem, zaczęły do mnie dochodzić opinie, które mnie
zaskoczyły. W niektórych ośrodkach, które do aglomeracji z racji geografii
nie będą należały, pojawia się obawa, że związek ten wyssie, czy też
wydrenuje wszystkie pieniądze unijne z województwa. Argument ten zaczął żyć
własnym życiem i zaczął być używany przeciwko idei powołania aglomeracji. To
jest kompletne nieporozumienie! Przede wszystkim wygrywają najlepsze
projekty, bez względu na to skąd pochodzą. Ponadto, zanim aglomeracja zdąży
powstać, to środki z okresu programowania 2007-13 będą już rozdzielone.
– Skoro jesteśmy przy projektach i konkursach. Są dwie szkoły, jedna promuje
konkursy, bo wygrywa najlepszy projekt. Druga promuje negocjacje, ponieważ
obejmują one większą liczbę zainteresowanych i nie powoduje ponoszenia
kosztów przez tych, którzy w konkursach przegrywają. Czy negocjacje nie są
lepsze od konkursów?
– Stosujemy jedno i drugie.! Część środków idzie na tak zwaną listę
projektów kluczowych. To jest czternaście projektów, które są efektem
osiągnięcia pewnego consensusu na poziomie wojewódzkim. Dalej, znaczący
procent pieniędzy idzie na cztery subregiony, gdzie listy projektów muszą
być wynegocjowane i zaakceptowane przez minimum trzy czwarte jednostek
samorządu z danego subregionu. Dopiero reszta, a to jest około czterdziestu
procent, to otwarte konkursy. Mamy więc system mieszany.
Jednak prawdziwym problemem są niewielkie miasta. Są priorytety, które
dotyczą polityki miejskiej, czyli dużych miast, są programy wsparcia dla
terenów wiejskich, a gdzieś między jednym i drugim powstaje luka, w której
znalazły się małe miasta. I tu Zarząd Województwa będzie musiał zadbać o to,
żeby wyrównać ich szanse w otwartych konkursach.
– Województwo nasze nie przoduje na liście tych, którzy najszybciej wydają
unijne pieniądze. Najlepiej robi to województwo lubuskie, które ma ich
mniej.
Ma jednak stosunkowo więcej urzędników w przeliczeniu na jeden milion
euro. Śląskie musiałoby zwiększyć liczbę urzędników, ale przecież mówimy o
„tanim państwie”...
– Ktoś kiedyś powiedział, że „tanie mięso psi włóczą”. Oczywiście, że tanie
państwo jest dobrym pomysłem, ale jeśli jest rozumnie realizowane, tj.
administracja nie marnuje pieniędzy. Natomiast jeżeli tanie państwo ma
oznaczać, że policji kupi się najtańsze samochody, po to żeby łapała
złodziei uciekających najnowszymi mercedesami, no to wtedy zaprzeczamy
sensowi funkcjonowania tej służby. Ja się z taką taniością państwa nie
identyfikuję.
Receptą na poprawę wykorzystania środków unijnych nie jest wyłącznie
zwiększenie zatrudnienia. Ważne jest także usprawnienie zarządzania. Takie
też wnioski wyciągnęliśmy z analizy pracy wydziału zajmującego się
wykorzystaniem funduszy unijnych.
– Odnoszę takie wrażenie, że w sprawie budowy nowego gmachu Muzeum Śląskiego
doszło do jakiegoś spowolnienia.
– Z przekazu medialnego, który do mnie docierał przed wyborem na funkcję
marszałka województwa, nabrałem przekonania, że przyjęcie przez Zarząd
Województwa wartego ponad 50 mln euro projektu kluczowego „Budowa nowej
siedziby Muzeum Śląskiego” równoznaczne jest z pełnym sfinansowaniem tego
przedsięwzięcia. Okazało się jednak, że ogłoszony konkurs obejmuje niewielką
część dużego terenu w centrum Katowic, z którego większość pozostanie
niezagospodarowana. Kiedy zacząłem zadawać proste pytania dotyczące na
przykład tego, ile ma kosztować „ta reszta” okazało się, że nikt tego nie
policzył, a szacunki mówią, że może to być drugie 50 mln euro lub jeszcze
więcej. Będziemy więc mieli Muzeum Śląskie na ponad siedmiu hektarach, w
nowym obiekcie, który trzeba będzie z użyciem unijnych pieniędzy wybudować,
a z innych – czytaj: już własnych środków województwa śląskiego,
wyremontować istniejące, zabytkowe obiekty ze świadomością tego, iż łączny
koszt całego przedsięwzięcia może wyraźnie przekroczyć pół miliarda złotych.
Mam poważne wątpliwości, czy stać nas na taki wydatek.
Nie dostałem również
odpowiedzi na pytanie, czy dyrekcja muzeum policzyła, jakie będą koszty
zatrudnienia, utrzymania tych siedmiu hektarów i tych tysięcy metrów
kwadratowych budynków. Okazało się, że nie. Nie, ponieważ najpierw trzeba
zrobić koncepcję. A koncepcji nie ma. Wygląda na to, że po poprzednikach
odziedziczyliśmy źle przygotowany i rozdmuchany do granic niemożliwości
egzemplarz gigantomanii. Może to są mocne słowa, ale naprawdę byłem
zaszokowany tym, co zobaczyłem i tym, czego się dowiedziałem, a właściwie
nie dowiedziałem.
– Na początku stycznia mieliśmy się natomiast dowiedzieć, kto zostaje w
budynku województwa, a kto się wyprowadza na ulicę Dąbrowskiego: Wojewoda
czy Marszałek?
– Wszystko wskazuje na to, że obaj zostajemy i obaj się wyprowadzamy.
Szukamy więc takiego rozwiązania, w którym część wydziałów jednego i
drugiego urzędu znajdzie się przy ul. Dąbrowskiego. Szukamy go wspólnie i
nie kłócimy się o to, kto gdzie ma siedzieć. I nikt tu nikomu eksmisji nie
urządza. |