Swoje podróże po świecie rozpocząłem blisko pół wieku temu. Spędziłem w nich, wędrując przez wszystkie kontynenty, ponad dwadzieścia lat. Prawie cały ten czas upłynął mi w tzw. Trzecim Świecie, w krajach Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Dlaczego sprawy i losy tego właśnie świata stały się moim głównym tematem? Dwa były co najmniej tego powody: jeden – emocjonalny, drugi – merytoryczny.
Pochodzę z Polesia, które było najbiedniejszą częścią Polski i być może – Europy. Wcześnie utraciłem „kraj lat dziecinnych”, do którego nie wolno mi było wrócić przez czterdzieści lat. Myślę, że tęsknota za tą prostą i – dziś powiedzielibyśmy – słabo rozwiniętą krainą kształtowała mój stosunek do świata: chętnie przebywałem w krajach ubogich, bo było w nich coś z Polesia. Jako reporter nie miałem wahań, czy wybrać Szwajcarię, czy Kongo, Paryż, czy Mogadiszu. Wybierałem Kongo i Mogadiszu – tam było moje miejsce, bo tam był mój temat. A oto drugi powód. Kiedy kończyłem Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego, stanąłem przed wyborem: kontynuować swoje zainteresowania, spędzając czas w archiwach, czy też raczej próbować śledzić historię w jej procesie stawania się, obserwować historię w chwilach, kiedy ją tworzymy i kiedy ona nas tworzy. Pociągnęło mnie to drugie, a to dlatego, że wówczas, w połowie naszego stulecia, moment był niezwykły i wyjątkowy: rodził się Trzeci Świat, Dzisiaj, kiedy mówimy o mijającym wieku XX, określamy go jako straszną epokę dwóch wielkich wojen światowych, dwóch niszczycielskich totalitaryzmów, Oświęcimia i Workuty, Hiroszimy i Czernobyla.
Ale w wieku XX miało także miejsce wydarzenie bez precedensu w dziejach: narodził się Trzeci Świat. Całe kontynenty, dziesiątki krajów, miliardy ludzi zdobyły niepodległość i utworzyły swoje państwa. Wydarzenia tej skali nie było i nigdy nie będzie w dziejach ludzkości. Otóż wypadało mi być świadkiem i kronikarzem tego zdarzenia.
Owemu ruchowi do niepodległości i wolności ludów kolonialnie zależnych towarzyszył inny jeszcze ruch – a mianowicie gigantyczna migracja ludności wiejskiej do miast. Na początku naszego stulecia byliśmy planetą zamieszkałą przez chłopów – stanowili oni 95 procent ludności; teraz, kiedy kończy się wiek, w miastach mieszka już ponad połowa ludzi żyjących dziś na świecie. Ten fakt zmienił nie tylko sposób życia setek milionów ludzi. Zmienił on również ich kulturę i zmienia ich mentalność. Ludzie, jeszcze wczoraj żyjący w zaciszu zamkniętych wspólnot wiejskich, stali się nagle mieszkańcami otwartej, luźnej i kuszącej kultury masowej – tak charakterystycznej dla społeczeństwa globalnego, jakie tworzymy dziś my wszyscy, żyjący na tej planecie. (...)
Kiedy podróżowałem po świecie 20-


Fragmenty wykładu

Ryszarda
Kapuścińskiego


Tytuł – od redakcji.
 

  Wypadało mi
być świadkiem

 

 30 lat temu, dyktatury panowały powszechnie. Dyktatury wojskowe, policyjne, jednopartyjne rządziły w Ameryce Łacińskiej, w Afryce, w Azji, w znacznej części Europy. Dzisiaj ten typ dyktatur jest już rzadkością, wyjątkiem, rażącym anachronizmem. Nikt już dziś nie dąży do ustanowienia takiej dyktatury. Ich czas minął, widzimy to i czujemy. Tam natomiast, gdzie demokracja stała się faktem, panującą formą ustrojową, tam rychło ujawniła się ważna okoliczność, a mianowicie związek demokracji z kulturą.
Demokracja jest tym bardziej krucha, niewydolna i pozorna, im społeczeństwo jest na niższym poziomie kultury. Warunkiem silnej demokracji jest wysoki poziom kultury społeczeństwa. Dlatego też mówić, że jest się orędownikiem demokracji, a jednocześnie obcinać wydatki na oświatę, naukę i kulturę – to głosić niedorzeczność określaną w logice terminem contradictio in adiecto – sprzecznością samą w sobie. Co więcej, rola nauki i kultury będzie wciąż rosnąć, ponieważ – w miarę rozwoju – zwiększa się zależność człowieka i jakości jego cywilizacji od techniki, a tym samym od stanu nauki i zasobów umysłowych społeczeństwa. To jest teraz kryterium dzielące społeczeństwa rozwinęte i zacofane; nie ilość wytopionej stali, ale liczba studentów i wyższych uczelni. (...)

Podróżującemu po naszym globie rzuci się w oczy przede wszystkim głęboka niesprawiedliwość świata. Jedni żyją dobrze, drudzy – źle. Często ci pierwsi od pokoleń żyli dobrze, ci drudzy – zawsze źle. A nie dotyczy to tylko jednostek, lecz całych społeczności, narodów, kontynentów. I nie widać z tego wyjścia, nie widać ratunku. Kiedy zacząłem pracować w krajach Trzeciego Świata, dominowały na jego temat teorie krzepiące, optymistyczne. Teorie Dumonta, Rostowa, Galtunga. Mówiły one, że usunięcie nierówności świata jest tylko problemem czasu, że wkrótce (myślano tu o końcu tego wieku) te nierówności znikną i ludzie wszędzie będą żyć tak jak w Holandii czy Szwecji. Ale szybko przyszło rozczarowanie. Nierówność między rozwiniętą Północą a nierozwiniętym Południem nie została zniesiona,

odwrotnie – ciągle się pogłębia. Ta nierówność jest widoczna na dwóch poziomach: w skali globu pogłębia się przepaść między zamożnym światem zachodnim a pozostałą, znacznie większą częścią świata, zamieszkałą przez 2/3 ludzkości. Jednocześnie rośnie przepaść wewnątrz krajów i regionów. Jedni są coraz bogatsi, inni coraz biedniejsi – i taka jest tendencja planetarna. Przepaść ta przebrała już rozmiary monstrualne: 368 najbogatszych osób świata posiada majątek równy dochodom blisko połowy ludności naszej planety!
Bogaci i biedni żyją w różnych światach. Ludzie bogaci myślą, że rozwiążą problemy biednego, dając mu miskę ryżu. Świat zamożny widzi w ubogim Trzecim Świecie wyłącznie problem biologiczny: jak wyżywić tych ludzi? Nie – jak nauczyć ich myśleć, jak wykształcić i gdzie zatrudnić, tylko – jak nakarmić. Ale miska ryżu nie zmieni losu ubogich. Bieda to nie tylko pusty żołądek. Bieda to sytuacja i kultura. Człowiek biedny jest człowiekiem poniżonym, zdegradowanym. Nie widzi wyjścia, nie widzi przyszłości.
Kiedyś Orwell badał na sobie samym skutki głodowania. Mieszkał w przytułkach dla bezdomnych, całymi dniami nic nie jadł. Pisał potem, jak wskutek głodu tracił zdolność myślenia, nie umiał niczego zaplanować, zdobyć się na żadną inicjatywę. Jego osłabiony umysł nie był w stanie sięgnąć dalej niż poza horyzont pustej miski, jego najdłuższa myśl kończyła się pytaniem, co będzie jadł za godzinę. W Afryce byłem wielokroć w obozach uchodźców, wędrowałem z tłumami głodujących. Taki tłum jest bezbronny, bierny. Niczego nie prosi. Na nic się nie skarży. Idzie w milczeniu, apatyczny, obojętny. Widziałem plemiona umierające z głodu, choć na rynkach było pełno żywności. Ale człowiek chronicznie głodny o nic się nie upomni i nigdy nie będzie walczył.
Ale marnością świata jest nie tylko chroniczny niedostatek, który trapi większość jego mieszkańców. Marność świata jest i w tym, że wielu ludziom żyje się po prostu źle. Jest dużo chorób, dużo cierpienia i bólu. Wielu ludziom doskwiera samotność. Wielu ludzi gnębią depresje. Paraliżuje ich lęk. Ludzie coraz częściej czują się zagrożeni, boją się, że ktoś na nich czyha. Że stanie się coś złego. Szukają ratunku, miotają się. Człowiek jest często przeszkodą dla samego siebie. Swoją największą trudnością. Chciałby poczuć się lepiej, ale nie wie, jak to zrobić. Obwinia więc innych, przeklina świat.
Ale świat będzie przecież takim, jakim go sami stworzymy. Zwraca uwagę, że w czasie spotkań z czytelnikami ludzie często wypytują o przyszłość, są ciekawi, niepokoją się. Ta ciekawość jest zrozumiała. Bo w tych pytaniach kryje się nie tylko intencja praktyczna. Czas przyszły ma właściwości magiczne. I człowiek zawsze starał się tej magii dotknąć, przeniknąć ją i posiąść. (...)

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA