Polski tytuł filmu Agnieszki Holland „Copying Beethoven”, sam
w sobie nie jest zły, ale nie oddaje istoty tytułu angielskiego: kopiując
Beethovena. Rzecz bowiem nie w tym, że Anna Holz (w tej roli Diane Kruger)
jest, czy nie jest kopią swojego Mistrza, ale w tym, że kopiując pierwotny
zapis dzieła (dzieł) Beethovena, przechodzi wewnętrzną przemianę, dojrzewa
do miłości, do wyboru partnera, utwierdza się (nie bez drwin i szyderstw
Mistrza) we własnym powołaniu. Kopiując Mistrza niekoniecznie trzeba się
stać jego kopią; można się natomiast wiele nauczyć. Oczywiście, w trakcie
owej żmudnej, ale nie pozbawionej tajemniczych emocji pracy, mogą się
zdarzyć chwile niebezpiecznej próżności, gdy Uczeń ulega iluzji, iż jest
kopią Mistrza, nie podróbką, nie falsyfikatem (choćby na granicy idealnego
podobieństwa), ale nowym wcieleniem starego Mistrza.
Ludvig van Beethoven (Ed Harris) nie jest ślepy na ten aspekt jego
niejednoznacznej relacji z Anną Holz, aspekt dostrzegalny w filmie, ale nie
on jest dominantą owej biograficznej (?) opowieści.
Przymiotnik „biograficzny” ująłem w cudzysłów, ponieważ jeśli jest to film
biograficzny, to w sposób bardzo szczególny, z dużym znakiem zapytania. Bez
wątpienia, jest to film o Ludvigu van Beethovenie, o tym momencie jego
życia, kiedy ma przedstawić Wiedniowi, czyli światu, swoje najnowsze dzieło
– IX Symfonię d-moll, z finałową kantatą do słów Ody do radości Fryderyka
Schillera, a więc jest rok 1824; artysta ma lat 54, pozostały mu jeszcze
trzy lata życia na ziemi, i nieśmiertelność póki istniał będzie rodzaj
ludzki.
Jedno jest pewne: Anna Holz nie istniała! Jest wytworem fantazji
scenarzystów. Kim jest Anna Holz? Jest młodą kobietą (ma już narzeczonego, o
którym myśli poważnie!, gotową związać z nim swoje życie), która studiuje
kompozycję. Pragnie więc zostać kompozytorem – pomysł w owej epoce szalony.
Pomieszkuje u zakonnic, gdzie, wspinając się po murze porośniętym bluszczem,
odwiedza ją adorator, młody inżynier, budowniczy mostów in spe, startujący w
konkursie Arcyksięcia na most spinający dwa brzegi Dunaju. Odwiedziny kończą
się zawsze u zakratowanego okna, siostrzyczki bowiem są bardzo czujne. Dla
przystojnego inżyniera z dobrego, zamożnego wiedeńskiego domu, wizyty
narzeczonej w mieszkaniu rozwiązłego, starego, tracącego słuch, właściwie
niemal całkiem już głuchego kompozytora są trudne do zniesienia, ale miłość
Anny wydaje się silna i niezagrożona. Naturalnie, potężną irytację
wywoła w nim wyznanie Anny, że Mistrz pokazał jej – mówiąc jej oględnym
językiem – gołe pośladki. Co dla niej samej jest wielce ambarasujące!
Sytuacja filmowa jest dość |
|
|
Poza kadrem

|
|
FELIKS
NETZ
|
Kopia
Mistrza
schematyczna: Mistrz jest ordynusem, niechlujem, żyje jak w chlewie. Anna
wychodzi, chcąc nie chcąc (jednak chcąc!) z roli kopistki, zamieniając się
chcąc nie chcąc (jednak chcąc!) w służącą, sprzątaczkę i kucharkę.
Oczywiście, nie w kochankę. Chociaż..., ale to już pozostaje poza kadrem.
Ręka Ludviga van Beethovena nie dotknie, na naszych oczach, już nie ciała,
ale choćby włosów Anny Holz. Natomiast Anna Holz godzi się – już po
tryumfalnym, premierowym wykonaniu IX Symfonii, spełnić – zaiste, szokujące!
– życzenie Mistrza, izby wyszorowała jego tors. Czyżby to był substytut ich
fizycznego zespolenia?
Sytuacja, jak rzekłem, cokolwiek schematyczna, żąda, aby Anna Holz
zrezygnowała z inżyniera, którego projekt mostu nie zrobił na niej dużego
wrażenia, a Mistrz wręcz roztrzaskał model swoją ciężką laską i to w
obecności Arcyksięcia, głównego jurora konkursu. „Most nie podoba się
Beethovenowi – mówi arcyksiążę – to mnie też się nie podoba”. Oczywiście,
nie jest to prosta manifestacja zazdrości! Idzie tu o konfrontację Sztuki z
Techniką. Sztuka jest w tym wypadku pojęciem bardzo pojemnym, zawiera w
sobie Kulturę i Naturę (między tymi dwoma żywiołami nie zachodzi
sprzeczność, artysta czerpie inspirację także z Natury; zgodnie ze schematem
Mistrz siedzi pośród drzew nad rzeką i ledwie funkcjonującym narzędziem
słuchu łowi dźwięki materialnego świata).
W ostatniej scenie filmu Anna Holz idzie rozkwitłą, idylliczną łąką ku |
|
swemu przeznaczeniu.
Najkrócej: praca scenarzystów „Kopii Mistrza” nie jest imponująca, i
podejrzewam, że ostra jak brzytwa inteligencja Agnieszki Holland bezlitośnie
zdemaskowała schematyzm i poczciwy dydaktyzm – dwa grzechy główne
scenariusza panów Rivele'a i Wilkinsona. Ale jestem pewien, że przenikliwa
inteligencja wskazała Agnieszce Holland szansę pokazania na ekranie filmowym
czegoś jakby z natury rzeczy niemożliwego do pokazania, a mianowicie:
stawania się na oczach widza muzycznego arcydzieła. Powtarzam: „na oczach”,
i: „pokazania”, czyli przedstawienia muzyki w boskiej chwili narodzin.
Najpierw w stadium zapisu nutowego, w mieszkaniu Mistrza. Arkusze białego
papieru, które pod ręką Mistrza uzbrojonego w gęsie pióro i inkaust
zamieniają się w istny palimpsest, dostępny jedynie dla Anny Holz. A potem
siedmiominutowa sekwencja wykonania IX Symfonii pod batutą głuchego Ludviga
van Beethovena, któremu takt poddaje wmieszana w orkiestrę Anna Holz. Nie
wiem, z ilu ujęć składa się ta sekwencja, z pięciuset, sześciuset? W ciągu
tych siedmiu minut odbywa się prawdziwa praca filmowa. To nie jest zręczne,
czy nawet swobodne opowiadanie, bo przecież Agnieszka Holland ten
niewysokich lotów scenariusz reżyseruje pewną ręką, ale bez pasji, czemu
trudno się dziwić. W centrum opowieści postawiła kobietę, i właściwie jest
to film o Annie Holz z IX Symfonią w tle. Agnieszka Holland jak mało kto
potraf organizować filmowy świat wokół kobiety, wokół kobiecego indywiduum.
Tak było w „Aktorach prowincjonalnych”, w „Gorączce”, w „Kobiecie samotnej”,
w „Gorzkich żniwach”, w „Placu Waszyngtona”, ale myślę, że także w
„Tajemniczym ogrodzie”. To jej specjalność.
Ta wspaniała sekwencja tak się skrzy, tak jest pełna życia, miłości i
radości, bo, naturalnie, o tym językiem muzyki opowiada IX Symfonia, ale
dzieje się tak również dzięki Diane Kruger, która emanuje w „Kopii Mistrza”
bardzo silnym blaskiem, nie przyćmiewając Eda Harrisa, bo to mistrz w swoim
fachu, ale nie ustępując mu na milimetr.
Dla tej sekwencji, arcydzielnej!, warto obejrzeć „Kopię Mistrza”! I jeszcze
dla jednej: gdy Mistrz gra kompozycję Anny Holz, szydząc z marności tego
dzieła, włączając do swojej „interpretacji” efekty pierdzenia i wykrzykując,
że jest to coś naprawdę oryginalnego, a nazwa tego muzycznego wynalazku
brzmi: pierdzissimo!
W tej scenie oboje: Diane Kruger i Ed Harriis są wielcy!
Nie zdzwiwiłbym się, gdyby się okazało, że to nie scenarzyści wymyślili tę
scenę, lecz Agnieszka Holland |