– Panie Profesorze, czy pamięta Pan dzień w którym pierwszy raz przeszedł pan pod tym kamiennym łukiem nad wejściem do rektoratu Akademii Ekonomicznej w Katowicach?
– Bardzo dobrze pamiętam. To był grudzień 1972 roku, kiedy przyjmowano mnie tu do pracy…
– Był Pan biednym studentem ?
– Zależy, co przez to rozumiemy. Nie dostawałem stypendium socjalnego. Mój ojciec był górnikiem, którego dochody nieznacznie przekraczały ówczesny poziom przyznawania stypendiów, natomiast pod koniec studiów otrzymywałem już stypendium naukowe. Nie, chyba nie byłem biednym studentem…
– Wróćmy do tego dnia…
– Przyjmował mnie do pracy nieżyjący już pan profesor Bronisław Sokołowski – kierownik Zakładu Polityki Gospodarczej w Akademii, który na stałe mieszkał w Krakowie, natomiast w Katowicach miał pokój, a właściwie stancję mieszczącą się właśnie w tym budynku na drugim piętrze, w rektoracie. Kiedy zatem wezwał mnie do siebie, żeby ustalić jeszcze kilka szczegółów, przyszedłem do niego tutaj. Ale oczywiście bywałem w tym budynku jeszcze wcześniej jako student i działacz rady mieszkańców akademików w Ligocie.
– Czy przypuszczał Pan wtedy, że kiedyś zasiądzie Pan w tym gabinecie, że zostanie Pan Wielkim Szefem?
– Absolutnie nie. Kiedy kończyłem studia, marzyłem przede wszystkim o pracy naukowej, natomiast na tego typu stanowiskach jakoś się nie widziałem. Przez długie lata mojej działalności na uczelni, kiedy byłem asystentem czy adiunktem, starałem się nie bywać w tym budynku. Bez urazy, po prostu uznawałem, że w rektoracie są władze, a ja po drugiej stronie ulicy mam kolegów, robotę do wykonania i bezpośredniego przełożonego – pana profesora Klasika, którego zawsze bardzo ceniłem i który w każdej sytuacji był dla mnie wsparciem. Taki układ mi w zupełności wystarczał.
– Jak Pan patrzy na tamte lata spędzone po drugiej stronie ulicy z dzisiejszej perspektywy? Czy czuje Pan żal, nostalgię? Bo powiedzmy sobie szczerze – to jest zupełnie inna praca. Dziś rektor dużej uczelni jest bardziej menedżerem niż naukowcem. A Pan przecież przez 30 lat prowadził prace naukowe.
– To prawda. Przez trzy dekady pracowałem jako naukowiec i wreszcie w 1993 roku znalazłem się tutaj trochę przez przypadek, który – jak się okazuje – rządzi w życiu wieloma sprawami, także zawodowymi. A nostalgia? Czuję ją przede wszystkim za czasem kiedy byłem młodszy, miałem jakieś tam marzenia i niezwykle ciekawy krąg przyjaciół – takich prawdziwych. Wszystko odbywało się inaczej – bez zawiści, gier i intryg. Pod tym względem zawsze mieliśmy autentycznie wspaniałą atmosferę i mam nadzieję, że kiedy wrócę na drugą stronę ulicy, to będzie tam tak jak kiedyś. A wrócę już niedługo, bo za półtora roku kończy się moja druga i zarazem ostatnia kadencja.
– Porozmawiajmy trochę o historii Akademii. Uczelnia powstała w 1936 roku na mocy dekretu Ministra Wyznań i Oświecenia Publicznego Rzeczpospolitej Polskiej – notabene to bardzo ładna nazwa dla Ministra Edukacji. Ale szkołę założono jako – i tu zaskoczymy wiele osób – Prywatne Wyższe Studium Nauk Społeczno–Gospodarczych. Czyli u swojego zarania Akademia Ekonomiczna w Katowicach była szkołą prywatną…
– … jak wszystkie uczelnie ekonomiczne, szkoły handlowe, czy kupieckie, które wówczas zakładano. Słynna Szkoła Główna Handlowa w Warszawie, a także akademie w Krakowie i Poznaniu również powstawały jako instytucje prywatne. Państwo wychodziło z założenia, że tego rodzaju uczelnie wyższe mogą się same finansować. Oczywiście istniały wydziały ekonomiczne na uniwersytetach, ale różnica polega na tym, że szkoły, takie jak nasza, powstawały jako inicjatywy kształcenia praktycznego. Szkolono kadry dla firm, zakładów przemysłowych, a mówiąc dzisiejszym językiem – były to po prostu szkoły biznesu. Pomysłodawca i założyciel naszej uczelni, pan doktor Józef Lisak był pracownikiem Urzędu Wojewódzkiego i zaufanym człowiekiem wojewody Grażyńskiego. Studium powstało zatem przy pełnej aprobacie ówczesnych władz regionalnych, i dlatego nie było problemu ze znalezieniem pierwszej siedziby dla uczelni – przez pewien czas mieściła się ona w części budynku zajmowanego do dziś przez Śląskie Techniczne Zakłady Naukowe. Silne połączenie z regionem było więc już widoczne na samym początku istnienia tej szkoły. To właśnie różniło naszą uczelnię od podobnych placówek w Poznaniu, czy Krakowie – tam kształcono przede wszystkim drobnych przedsiębiorców. Na Śląsku wiele było dużych firm, potężnych zakładów przemysłowych, nawet międzynarodowych koncernów, bo przecież działał tu różny kapitał. Huty, kopalnie, ogromne i rzecz jasna bogate przedsiębiorstwa…Ta szkoła miała sprostać zadaniu kształcenia kadr zarządzających dla tych firm. Ale trzeba też powiedzieć, że powstała dość późno jak na potrzeby okresu międzywojennego, bo w drugiej połowie lat 30., a zatem pierwsi absolwenci nie zdążyli sprawdzić się w praktyce. A potem nadeszły wojna, lata powojenne i oczywiście całkowita zmiana warunków gospodarczych.
– Mamy zatem rok 1950, uczelnia zostaje upaństwowiona… dość późno, nie sądzi Pan?
– Podobnie było z innymi szkołami wyższymi w naszym kraju. Do 1950 roku władze państwowe tolerowały prywatne uczelnie, potem przyszły wielkie porządki: zmiana struktury administracji, różne inne działania w sferze gospodarczej, wreszcie ideologizacja ekonomii. Rok 1950 to także, nie zapominajmy, likwidacja samorządów. Na tle ogólnopolskiego ujednolicania i upaństwowiana znacjonalizowano również naszą szkołę. To było wtedy normalne zjawisko.
– I dotyczyło nie tylko papierków oraz finansów, ale także profilu szkoły, która odtąd nie miała już szkolić menedżerów i biznesmenów, ale ukierunkowała się na rachunkowość i finanse.
– Pojęcia takie jak „biznesmen” i „menedżer” w ogóle nie funkcjonowały. Obowiązywały wtedy nieco inne kategorie. Ale to prawda, że szkoła przez długi czas miała problem z wyraźnym wyprofilowaniem się w stosunku do innych specjalności. Pamiętajmy, że w gospodarce socjalistycznej, kiedy wszystko łatwo się sprzedawało, a o wiele trudniej zaopatrywało lub produkowało z tego, co było, istniała naturalna preferencja dla zawodów technicznych, czyli dla inżynierów. To właśnie inżynier był podstawą funkcjonowania przedsiębiorstwa. Jeśli – na przykład – udało mu się zastąpić jakiś produkt importowany własnym, to profity czerpało całe przedsiębiorstwo i gospodarka. Przez to właśnie człowiek z wykształceniem technicznym w gospodarce doby PRL-u miał od samego początku swojej kariery dodatkowe preferencje. A ekonomista? Czasami nie było wiadomo, po co jest. Oczywiście były zawody autentycznie ekonomiczne,

70 lat
Akademii Ekonomicznej w Katowicach


Z prof. dr hab.
Florianem Kuźnikiem
– Jego Magnificencją Rektorem
Akademii Ekonomicznej
im. Karola Adamieckiego
w Katowicach
rozmawia
Jarosław Juszkiewicz
 

Zawsze
związana
z regionem
 

  jak księgowi. Ale poza nimi? Zastanawiano się kim na przykład ma być dyrektor ekonomiczny w przedsiębiorstwie, czym się ma zajmować i czym właściwie się różni od głównego księgowego? Dopiero gdy w latach 80., kiedy pojawiły się różne formy urynkowienia gospodarki, wartość wiedzy ekonomicznej zaczęła nabierać szczególnego znaczenia. Po roku 1990 zaczął się oczywiście gospodarczy boom i bardzo dobre lata dla ekonomii i ekonomistów w Polsce.
– Ale wróćmy jeszcze do lat 50. i okresu, jak go Pan określił, ideologizacji ekonomii. Myślę, że wielu wykładowcom w Akademii udało się jednak zachować pewną autonomię, bo najważniejsze prawa rządzące ekonomią są przecież niezmienne.
– Oczywiście. Zacząłem studia w bardzo interesującym czasie, bo w roku 1968. Był to okres walki politycznej, dyktowanej wypadkami marcowymi. Ale śmiem twierdzić, że oprócz ideologii, czy raczej ideologicznego gadania, ta szkoła przekazywała studentom prawdziwą, konkretną wiedzę ekonomiczną. Mówiąc dzisiejszym językiem – mikroekonomiczną. Były to zagadnienia związane z firmą i zarządzaniem, choć oczywiście wtedy nie używało się takich słów – mówiło się o ekonomice i organizacji przedsiębiorstwa. Dla studentów była to bardzo użyteczne informacje.
– Niezależnie od polityki przez kolejne powojenne dekady szkoła się rozwijała.
– I to nieustannie. Jak wspomniałem wcześniej, silne związki z regionem zawsze były naszym dużym autem – funkcjonowały tu przecież zakłady przemysłowe, handel itd., a więc zapotrzebowanie na pracowników z wyższym wykształceniem nie malało. Ale muszę powiedzieć, że pod względem wielkości Akademia Ekonomiczna w Katowicach nigdy nie dogoniła innych podobnych uczelni w Polsce – od początku były one większe niż my i w tej proporcji nadal się rozwijały. W naszym regionie najpierw istniały wyraźne preferencje dla szkolnictwa politechnicznego, a później dla szkolnictwa uniwersyteckiego. Szkoda tylko, że Uniwersytet Śląski powstał dopiero w 1968 roku. Dla nas wszystkich byłoby o wiele lepiej gdyby zaczął działać wcześniej, bo także wcześniej powstałoby w regionie aktywne środowisko akademickie. A to jest bardzo ważne. Interesujące wydarzenia na jednej uczelni wpływają na inne placówki naukowe działające w pobliżu. Wbrew temu, co czasem się mówi, nie konkurujemy z uniwersytetem – przyjaźnimy się. To dla nas doskonałe źródło kadr, ale nie tylko. Razem udało nam się przecież bardzo wiele zrobić. Rzeczywiście, kiedy powstał Uniwersytet, Akademia na mocy urzędowych rozporządzeń straciła na rzecz nowej uczelni część pozaekonomicznych pracowników naukowych. Na przykład cała filozofia, wraz z panem profesorem Głąbikiem została przeniesiona na Uniwersytet. Z kolei niewielkie środowisko ekonomistów, działające na UŚ, przeniesiono do nas. Wyprofilowano nas na szkołę stricte ekonomiczną. A z czym dziś kojarzy się Akademia? Przede wszystkim z kilkoma silnymi kierunkami. Do nich należą z pewnością finanse i rachunkowość. Zresztą rachunkowość zawsze była u nas mocna.
Liderami Stowarzyszenia Księgowych i Głównych Rewidentów są przecież ludzie z naszej uczelni. Mamy bardzo silne środowisko informatyków ekonomicznych i ekonometryków. Jest wreszcie polityka społeczna i regionalistyka…
– Czyli Pańska specjalność… Wspominał Pan już o silnych związkach uczelni z regionem. Akademia zawsze była kuźnią lokalnych kadr zarządzających. No właśnie: była, czy jest nadal? Wielu młodych ludzi po zdobyciu dyplomu wyjeżdża do Warszawy, w której istnieje silne centrum finansowe.
– Myślę, że do dziś jesteśmy kuźnią kadr menedżerskich dla zdecydowanej większości funkcjonujących tu firm publicznych i prywatnych. Oczywiście, że naszych absolwentów można znaleźć w całej Polsce, czy na całym świecie, ale zdecydowana większość znajduje pracę tutaj. Jak długo tak będzie? Nie chcę prorokować. Wielkie wyjazdy rozpoczęły się niedawno. Jak zachowa się ta duża fala wyjeżdżających? Tu możemy tylko zgadywać. Mogę powiedzieć tylko, że co semestr na studia i praktyki na zagranicznych uczelniach wyjeżdża kilkuset naszych studentów. Nigdy nie słyszałem o jakichkolwiek przypadkach pozostania za granicą. Oczywiście, zdarza się, że studenci proszą mnie czasem o zgodę na przedłużenie nauki, czy wręcz o to, by mogli skończyć studia za granicą, ale w końcu zawsze wracają. Pod tym względem żyjemy w normalnym kraju. Każdy może skończyć studia gdzie chce i mieszkać gdzie mu się podoba. Już nikt nie musi uciekać z Polski.
– Kontakty Akademii Ekonomicznej z placówkami zagranicznymi są bardzo szerokie…
– Narodowa agencja programu
SOKRATES prowadzi specjalną statystykę i muszę powiedzieć, że jesteśmy w ścisłej czołówce polskich szkół pod względem ilości studentów wysyłanych za granicę na praktyki w firmach bądź studia semestralne.

Jesteśmy z tego autentycznie dumni. Mamy szerokie grono partnerów akademickich, czyli różnego rodzaju szkół wyższych – zarówno publicznych jak i prywatnych, co też jest dla nas źródłem niezwykle interesujących doświadczeń. Mamy też ogromną bazę firm, którym możemy polecać naszych studentów – to z kolei bardzo pomaga absolwentom. Jest wreszcie wielu studentów zagranicznych przyjeżdżających do nas na regularne studia w języku angielskim. W tym semestrze mamy ich około stu. Przyjeżdżają do nas z całej Unii Europejskiej – bardzo dużo jest Hiszpanów, Włochów, Portugalczyków, Niemców, Finów i Szwedów.
– Przedsięwzięcia podejmowane przez kierowaną przez Pana uczelnię sięgają o wiele dalej… Na przykład Śląska Międzynarodowa Szkoła Handlowa, która jest chyba dowodem na to, że Akademia Ekonomiczna i Uniwersytet Śląski nie rywalizują ze sobą, ale współpracują…
– Śląska Międzynarodowa Szkoła Handlowa powstała w 1991 roku jako jeden z elementów TEMPUSA, podprogramu PHARE, który stworzono z myślą o wymianie naukowej z uczeniami działającymi w Unii Europejskiej. Szkołę rzeczywiście założyliśmy wspólnie z Uniwersytetem Śląskim przy współudziale uczelni z Europy Zachodniej: Uniwersytetu Strathclyde z Glasgow oraz Ecole Superieure de Commerce z Tuluzy. Ta szkoła dokonała prawdziwej rewolucji mentalnej i intelektualnej w naszym środowisku. Myślę, że na uniwersytecie także. Ona zmieniła nas, pokazała nowe wzorce kształcenia i, co najważniejsze, pozwoliła na pierwsze rzetelne i merytoryczne kontakty z zagranicznymi naukowcami i studentami. Mogliśmy nareszcie wspólnie pracować. Przyjeżdżali tu zachodni wykładowcy, prowadzili zajęcia w języku angielskim czy francuskim… Ale czas tej szkoły niejako się skończył. Prowadzi się tam teraz studia magisterskie drugiego stopnia w zakresie projektów międzynarodowych. Mówię, że czas tej szkoły się skończył, bo – po pierwsze – weszliśmy do Unii Europejskiej, a po drugie – nastąpiły pewne procesy porządkowania. Czy się to komuś podoba, czy nie, mamy teraz do czynienia z procesem ujednolicania wzorców kształcenia. Obowiązują standardowe kierunki, standardy kształcenia uchwalone przez władze państwowe, czyli rozporządzenia ministra właściwego dla spraw szkolnictwa wyższego… Dla takiej oryginalnej i innowacyjnej uczelni, która robiła coś innego, już nie ma miejsca. Gdyby chciała zajmować się tym, co kiedyś, po prostu nie dostałaby akredytacji. Jak powiedział kiedyś założyciel i wieloletni dyrektor tej szkoły, prof. Kolonko, ona swoje już zrobiła i obecnie szukamy dla niej nowego miejsca. Bo nie ma powrotu do lat dziewięćdziesiątych.
– A może, podobnie jak przed wojną, szkoły zajmujące się kształceniem ekonomistów i elity biznesu powinny finansować się same?
– Wszystko zależy od warunków systemowych, które stworzy państwo. Jeżeli w Polsce jest w stanie utrzymać się tak wiele szkół prywatnych, to oczywiście teoretycznie istnieje taka możliwość – chociaż muszę powiedzieć, że jest coraz trudniej, bo zaczynamy odczuwać skutki niżu demograficznego. Możemy rozmawiać o różnych rozwiązaniach, ale moim zdaniem kwestia finansowania szkolnictwa wyższego wymaga uregulowań na szczeblu państwowym. Oczywiście, możemy założyć, że wracamy do czasów sprzed 1950 roku i wszystkie uczelnie ekonomiczne utrzymują się tylko z czesnego. Ale jednocześnie muszą być stworzone warunki pozwalające na normalne funkcjonowanie takich uczelni i pobieranie wspomnianego czesnego. Teraz niemal każdy może otworzyć wyższą szkołę ekonomiczną, panuje „wolnoamerykanka”. A jako ekonomista mogę panu powiedzieć, że wolnoamerykanka – to nie rynek. Rynek to prawo i regulacje pozwalające na wolność gospodarczą, ale także reguły, których należy przestrzegać.
– Porozmawiajmy jeszcze o studentach. W 1968 roku gdy zaczynał Pan studia, z Polski wyjechało bardzo wielu młodych ludzi. Teraz też widać emigrację, choć ma ona zupełnie inne podłoże. Kiedy rozmawiam ze znajomymi studentami, jestem często przerażony. Są kierunki, z których wyjeżdża na Wyspy Brytyjskie czy do Irlandii 70 procent studentów. Często nie wracają. Jak Pan ocenia to zjawisko?
– Jestem przede wszystkim zaskoczony. Gdyby dwa lata temu ktoś powiedziałby mi, że wyjedzie z kraju tak wielu młodych ludzi, uznałbym to za jakieś wyssane z palca wróżby. Ale rzeczywiście – wyjazdy zrobiły się masowe. W naszej szkole jakoś jeszcze specjalnie nie odczuwamy skali tego zjawiska. Od lat większość studentów po ukończeniu Akademii Ekonomicznej znajduje pracę. Mam nadzieję że ten emigracyjny trend w końcu się urwie, że przyjdzie pewna refleksja, a za refleksją poprawa sytuacji gospodarczej…
W Polsce chyba za długo trwała dekoniunktura – prawie sześć lat – to bardzo dużo. Ale ostatnie informacje są takie, że niektóre wskaźniki wzrostu gospodarczego drgnęły na tyle, że gwarantują przyrost miejsc pracy i społecznie zauważalny spadek bezrobocia. To bardzo ważne, bo stopa bezrobocia na obecnym poziomie ogromnie zachęca do wyjazdów. Gdyby udało się obniżyć wskaźnik z 14 -15 proc do 7-8, to prawdopodobnie emigracja zarobkowa by się zmniejszyła. A może to jakiś rodzaj euforii? Nareszcie jest swoboda. Nareszcie możemy gdzieś pojechać i legalnie pracować. Może to chęć zakosztowania świata, która w Polsce zawsze była widoczna?
– Naszą rozmowę zaczęliśmy od osobistych wspomnień. Z nimi związane będzie również moje ostatnie pytanie. Czy pamięta Pan, Panie profesorze, swojego nauczyciela statystyki?
– Bardzo dobrze pamiętam dwóch swoich nauczycieli tego przedmiotu. Wykłady prowadziła osoba znana z tego, że była niezwykle dokładna i wymagająca.
Egzaminy u niego były również dość surowe. Mam na myśli wówczas docenta, a dziś profesora, pana profesora Leona Dziembałę. I są to bardzo pozytywne wspomnienia. Pewnie gdybym nie pozdawał tych wszystkich egzaminów byłyby one mniej przyjemne, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Natomiast szczególnie wyraziście i ciepło wspominam moje ćwiczenia ze statystyki, które prowadził profesor Józef Kolonko. Był niesłychanie wymagający, ale każde zajęcia z nim były dla mnie prawdziwą przygodą. Prowadził ćwiczenia z niesamowitą pasją i kulturą. A do tego wszystkiego mnie lubił… Niech pan nie robi takiej zdziwionej miny – statystyka może być pasjonująca. Jest doskonałym przygotowaniem do pracy w zawodzie ekonomisty i świetnie nadaje się do zmierzenia zjawisk które czasem bardzo trudno uchwycić.
– Dziękuję za rozmowę. 

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA