Jury VI Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość
przedstawiona” w składzie: Jacek Sieradzki (przewodniczący), Bronisław
Wrocławski, Władysław Zawistowski i Rudolf Zioło po obejrzeniu ośmiu
przedstawień konkursowych postanowiło przyznać następujące nagrody i
wyróżnienia:
Nagrodę główną (5 tys. złotych)
• Leonowi Charewiczowi za rolę pułkownika w spektaklu Norymberga z Teatru
Narodowego z Warszawy,
oraz nagrody:
• Annie Augustynowicz za reżyserię spektaklu Napis w Teatrze Współczesnym w
Szczecinie (3,5 tys. zł),
• Stanisławowi Brudnemu za epizodyczną rolę Béli Krékacsa w spektaklu
Géza-dzieciak z Teatru Studio z Warszawy (3 tys. zł),
• Zbigniewowi Brzozie za reżyserię spektaklu Géza-dzieciak w Teatrze Studio
w Warszawie (3,5 tys. zł),
• Agnieszce Glińskiej za reżyserię spektaklu Norymberga w Teatrze Narodowym
w Warszawie (3,5 tys. zł),
• Marcinowi Jarnuszkiewiczowi za scenografię do spektaklu Géza-dzieciak w
Teatrze Studio w Warszawie (3,5 tys. zł),
• Ewie Kutyni za rolę Sabiny w spektaklu Push up 1-3 – ostatnie piętro z
Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego z Katowic (3,5 tys. zł),
• Marii Mamonie za epizodyczną rolę żony w spektaklu Norymberga z Teatru
Narodowego z Warszawy (3,5 tys. zł), a także nagrodę specjalną (3,5 tys. zł)
• Wojciechowi Zielińskiemu za dwie role – Laurence’a w spektaklu Światła
miasta i Gézy w spektaklu Géza-dzieciak z Teatru Studio w Warszawie – role
świadczące o wrażliwości i umiejętnościach młodego aktora
oraz dwa wyróżnienia (1,5 tys. zł) za poczucie humoru:
• Marcie Bizoń za role w spektaklu Wszystko o kobietach z Teatru Ludowego w
Krakowie,
• Elżbiecie Jarosik za rolę Haliny Ciury w spektaklu Bomba z Centrum
Artystycznego M25 z Warszawy.
Grand Prix (Nagroda Publiczności) „dla najlepszego dramaturga” trafiła do
Miro Gavrana.
Medal im. Stanisława Bieniasza „za najlepszy spektakl” nasza redakcja
przyznała Teatrowi Studio za Gezę-dzieciaka.
Krzysztof Karwat: – Tegoroczny festiwal różnił się od poprzednich edycji.
Wydaje się, że nieobecna była tak modna w ostatnich latach dramaturgia
związana z nurtem teatru brutalistycznego. To mogłoby świadczyć, że trochę
wyczerpuje on już swoje siły, że twórcy zaczęli poszukiwać innego rodzaju
literatury. Na pewno ten fakt przyjęliśmy z pewnym rodzajem satysfakcji i
zadowolenia. Poza dużymi, pełnymi rozmachu inscenizacjami mieliśmy też
interesujące realizacje teatru kameralnego, opartego zarówno na tekstach
polskich, jak i obcych. W konkursie zobaczyliśmy osiem spektakli. Ich
różnorodność stylistyczna sprawiła nam pewien kłopot, kiedy musieliśmy
wybierać przedstawienie najlepsze, które miało zostać uhonorowane
przyznawanym przez miesięcznik „Śląsk” Medalem im. Stanisława Bieniasza.
Wahaliśmy się między trzema tytułami, ostatecznie wskazując na
Gezę-dzieciaka w reżyserii Zbigniewa Brzozy. To spektakl znany już z wersji
telewizyjnej, wcześniej zrealizowany jako przedstawienie dyplomowe w Łodzi.
Właśnie w łódzkim przedstawieniu pokazał się po raz pierwszy Wojciech
Zieliński – dziś wiemy, że jest to aktor doskonale się zapowiadający, czy
wręcz już spełniający się. Miał bardzo trudne zadanie – grał chłopca
niepełnosprawnego umysłowo, autystycznego. Cały jego wysiłek musiał iść w
stronę – tak to nazwijmy – nieco „nienormalnego” zachowania się.
Marcin Hałaś: – Był to swoisty węgierski „Rain Man”. Czy może znacznie
szerzej: Rain Man postkomunistycznej rzeczywistości.
KK: – Tak. W tę postać trzeba było tchnąć nie tylko ciepło, ale również coś,
co sprawia, że postrzegamy ją również jako swoistą metaforę. To się udało.
To przedstawienie mogło się podobać ze względu na swoją koherentność –
koncepcja plastyczna zaproponowana przez Marcina Jarmuszkiewicza
harmonizowała z muzyką, z grą świateł, z przestrzenią wychylającą się w
stronę widzów. Urzekła mnie nastrojowość, rodzajowość tego spektaklu, kiedy
akcja rozgrywa się niemal symultanicznie w różnych miejscach specjalnie
wydłużonej ku widowni sceny. To teatr realistyczny, niemniej równocześnie w
jakiś sposób magiczny.
MH: – Powiedziałeś, że w Zabrzu nie zobaczyliśmy kolejnych realizacji
brutalistycznych. W tym stwierdzeniu poszedłbym dalej: na festiwalu
zaprezentowano sporą dawkę teatru w jakimś sensie klasycznego w myśleniu
inscenizacyjnym, powracającego do korzeni tej sztuki, w której największą
wartością było zawsze słowo i gra aktorska. Nie mieliśmy – nawet podczas
dwóch spektakli zaprezentowanych poza budynkiem teatru, w dawnej łaźni
łańcuszkowej – przedstawień próbujących rozsadzać teatr jako ustaloną
przestrzeń sceniczną. Nie widzieliśmy ucieczek poza teatr. Możemy więc
postawić tezę, że z jednej strony mamy powrót do bardziej „spokojnej”
literatury scenicznej, z drugiej zaś strony następuje odejście od
scenicznego eksperymentu, od wychodzących poza teatr fajerwerków za wszelką
cenę. Być może to znak, że teatr na nowo się ustatecznia, uklasycznia? Jakby
po okresie, gdy rozlewał się szeroko – wracał do odwiecznego koryta swej
rzeki. Jeśli zaś chodzi o Gezę-dzieciaka – to rzeczywiście spektakl bardzo
dobry, urzekający jako całość ujęta w ramy teatralnej ballady. Przyznam
jednak, że wahałem się, czy rzeczywiście to właśnie przedstawienie zasługuje
na Medal Bieniasza. Bo oczywiście – można jak w Gezie wjechać na scenę
trabantem, a za chwilę pójść jeszcze dalej, wpychając tam pół autobusu
ikarus. Jednak bardzo dobry teatr można również robić bez sięgania po takie
środki scenograficzne. Stąd moje uznanie dla dwóch spektakli: Napisu w
reżyserii Anny Augustynowicz oraz wyreżyserowanej przez Agnieszkę Glińską
Norymbergii. To spektakle rozbudowane i wciągające pod względem fabularnym,
dramatycznym. Tymczasem anegdotę zawartą w Gezie-dzieciaku streścić można w
dwóch zdaniach, to typowa historia z cyklu „Jak wiele trzeba zmienić, żeby
nic się nie zmieniło”.
K.K.: – Właśnie te trzy spektakle: Geza-dzieciak, Napis i Norymberga –
stanowiły o wysokim poziomie artystycznym tegorocznego festiwalu. Na pewno
zaskoczyła nas Norymberga. Skądinąd wiemy, że Wojciech Tomczyk – choć
niedawno pojawił się na rynku teatralno-telewizyjno-filmowym – to
utalentowany autor, potrafiący z nerwem tworzyć dialogi, o czym świadczy
jego grana w Teatrze Nowym sztuka Wampir, a także seriale Oficer oraz
Oficerowie, do |
|
|
O VI Festiwalu
Dramaturgii Współczesnej
„Rzeczywistość przedstawiona”
rozmawiają
KRZYSZTOF
KARWAT
i MARCIN HAŁAŚ
|
Finezja
zamiast
brutalizmu
których
napisał scenariusz. W przypadku Norymbergii mamy do czynienia z dramatem
napisanym na trzy osoby, z których dwie „niosą” go przez cały niemal czas, a
trzecia – żona Pułkownika grana tutaj przez Marię Mamonę – pojawia się
dopiero w zakończeniu. Tak więc mamy dwójkę aktorów i intrygujący pomysł
teatralny: młoda dziennikarka zjawia się u emerytowanego pułkownika służb
specjalnych, znakomicie granego przez Leona Charewicza. Hanka próbuje się
dowiedzieć czegoś o ważnej postaci z przeszłości i nagle okazuje się, że jej
los również został niejako sprokurowany przez służby specjalne, zaś ów
Pułkownik był jego tyleż opiekunem, co demiurgiem. Ona dowiaduje się o tym z
przerażeniem, ale też daje się wciągnąć w tę grę. Ta historia mogłaby się
wydawać nieprawdopodobna i napisana pod jakieś scenariusze polityczne, które
rozgrywają się wokół teatru, ale w spektaklu cała ta intryga zabrzmiała
wiarygodnie. Pułkownik dawkuje Hance wiedzę o kolejnych szczegółach z życia
jej i jej ojca, a my oglądamy tę psychodramę z rosnącym zainteresowaniem.
Nie jest jasne, dlaczego Pułkownik chce przeżyć taki rodzaj ekspiacji,
dlaczego chce się samooskarżyć: czy jest to próba odkupienia win
popełnionych w służbie komunizmowi, czy też rodzaj cynicznej gry.
Dwuznaczność tego spektaklu pozostawia nas w swego rodzaju konfuzji, a
całość została świetnie opowiedziana przez Agnieszkę Glińską, która postacie
Norymbergii ustawiła i dookreśliła.
M.H.: – Nie należy polemizować z „vox populi”, który ponoć stanowi „vox dei”,
jednak wydaje mi się, że publiczność – przyznając Grand Prix dla najlepszego
dramaturga Miro Gavranowi – dała się uwieść komediowemu, choć
niepozbawionemu gorzkiej zadumy, tekstowi sztuki Wszystko o kobietach,
natomiast nie doceniła, czy wręcz skrzywdziła Tomczyka, który doskonale
sportretował i zdiagnozował polskie „tu i teraz”. On perfekcyjnie wyczuł
problem, który wciąż nabrzmiewał, a i wykazał się odwagą w podjęciu tematu.
Jak powiedziałeś, w sensie dramatycznym mamy kapitalną psychodramę, w
trakcie której z bohaterów spadają kolejne maski. Fabularnie natomiast –
opowieść o wszechmocy tajnych służb totalitarnego (komunistycznego) państwa,
niewidocznych, a zawsze (wciąż) obecnych i silnych. Tak na marginesie: warto
się zastanowić, dlaczego, gdy o tzw. III Rzeczypospolitej któryś z
polityków, choćby Macierewicz czy Kaczyński, mówi „Ubekistan” – to spora
część inteligencji widzi w nim kolejnego ogarniętego obsesją „prawicowego
oszołoma”. Kiedy taką samą diagnozę przedstawia spektakl teatralny – światłe
społeczeństwo na widowni bije brawo. Może dlatego, że znacznie łatwiej jest
sterować i manipulować mediami, a z ich pomocą społeczną świadomością, niż
sztuką, która bez wysiłku tę świadomość rewindykuje. W każdym razie dowodzi
to wielkiej siły teatru.
K.K.: – Dodajmy, że Tomczyk nie napisał swojej sztuki wczoraj, więc wykazał
się intuicją w reagowaniu na pewne sprawy w rzeczywistości politycznej...
M.H.: – ...bardziej ją przeczuł i zdiagnozował niż zilustrował. Bo – jak
zauważyłeś – napisał swój dramat wówczas, kiedy mogło się wydawać, że sprawa
lustracji została już „zagłaskana” i nigdy nie wybuchnie na nowo z taką
siłą, jak ma to miejsce obecnie. Czy nie odniosłeś wrażenia, że teatr
zaczyna porzucać obowiązującą dotąd polityczną poprawność? Przecież zarówno
Norymberga, jak i Napis to sztuki niepoprawne polityczne. Napis wręcz kpi z
obowiązujących w postępowym społeczeństwie haseł i przekonań.
K.K.: – Anna Augustynowicz, która wyreżyserowała Napis na scenie Teatru
Współczesnego w Szczecinie jeszcze bardziej „podkręciła” ten tekst,
odbierając mu pozory realności. Aktorzy stali się tutaj swego rodzaju
figurami wypowiadającymi tekst, co podkreśla ich jednolity ubiór oraz
makijaż na twarzach. Do tego maksymalnie uproszczona scenografia. Zapewne we
Francji tekst ten odbierany jest jako jeszcze bardziej ostry – u nas jednak
nie zagościła tak nachalna polityczna poprawność, którą trzeba demonstrować
niemal w każdym zachowaniu publicznym. Na zachodzie Europy już niemal nic
nie można mówić, co by wychylało się poza obowiązujące normy. Świat Napisu
osuwa się więc w groteskę. Podkreśla to pewien szczegół: bohaterowie na
jedną z nóg mają założone rolki – są tak postępowi, że już nawet normalnie
nie chodzą. Jednocześnie jest to spektakl antymieszczański – może tego tak
nie odczuwamy, bo pewne wzorce kultury mieszczańskiej w Polsce odcisnęły się
słabiej niż na przykład właśnie we Francji. My jednak mamy luksus bycia
kulturą bardziej postszlachecką, postpowstańczą. Może zresztą dlatego dziś
tak tęsknimy, by powstała jakaś klasa średnia, „nowa burżuazja” – cokolwiek
by to słowo miało oznaczać.
M.H.: – Pamiętajmy jednak, że „straszni mieszczanie”, jakich zazwyczaj
atakowała sztuka, byli zacofani i ciemni. Mieszczanie z Napisu są straszni –
bo postępowi i światli. Jak mantrę powtarzają frazesy o wolności i
tolerancji wyczytane w jakimś lokalnym odpowiedniku „Wyborczej”, dochodząc
do groteski: każdy mieszkaniec musi uczestniczyć w Święcie Dzielnicy,
Święcie Chleba, musi jeździć na rolkach. To oczywiście symbole: w tym
świecie równie dobrze każdy musiałby iść na paradę równości, słuchać
wykładów Geremka, twierdzić, że lustracja to wrzucanie granatu do szamba. W
sztuce – jej bohater bezsilnie wykrzyknie wreszcie coś w rodzaju: Ja widzę
różnicę, że Czarny jest Czarny, a nie Biały. Bluźniąc przeciw politycznej
poprawności skaże się na ostracyzm, jednak widz czuje, że tylko on potrafi
samodzielnie, a zarazem logicznie myśleć i postrzegać świat. Odczuwa więc z
nim więź solidarności, bo również nie chce obowiązkowo jeździć na rolkach,
słuchać kazań i manifestować w imię przyznania homoseksualistom prawa do
adopcji dzieci, etc. Tyle w kwestii |
|
tzw. przesłań światopoglądowych. W warstwie teatralnej należy
natomiast podkreślić wirtuozerską robotę Anny Augustynowicz, która pokazała
jak wiele możliwości wciąż jeszcze tkwi w czystym sterylnym teatrze –
opartym przede wszystkim na słowie i aktorstwie, a nie inscenizacyjnych
fajerwerkach. Tak więc na pewno tegoroczny festiwal przyniósł trzy wybitne
spektakle. Dorzuciłbym do nich jeszcze Wszystko o kobietach – pod względem
aktorskim prawdziwy majstersztyk, każda z trzech aktorek gra tutaj aż pięć
postaci.
K.K.: – W jakimś sensie ten spektakl też jest niepoprawny politycznie. W
dobie walczącego feminizmu pokazuje się trzy kobiety, którymi kieruje
konformizm połączony z niezdrową rywalizacją i zazdrością. Są w tym bardzo
męskie – zwłaszcza w scenie, gdy po pracy, odprawiwszy gdzieś mężów i
kochanków upijają się, używają mocnych słów i są w tej swojej męskości
niemal żałosne. Zabawne to wszystko, nikogo nie obrażające, ale może też
jakoś niepoprawne. A przy okazji jest to wspaniały materiał dla aktorek,
które mogą zagrać pięć różnych postaci – zarówno kilkuletnie dziewczynki z
przedszkola, jak i pensjonariuszki domu starców.
M.H.: – Na tym tle zupełnie blado wypadła politycznie poprawna Bomba Macieja
Kowalewskiego, która miała być ponoć – tak przynajmniej brzmiały deklaracje
autora – krytyką polskiego katolicyzmu, „systemów posttotalitarnych i
postreliginych” – zauważmy przy okazji, samo takie zestawienie jest wielkim
nadużyciem. Mogłoby się wydawać, że w tym spektaklu wszystko jest: od
fabularnego pomysłu, poprzez potencjał możliwości po dobry zespół aktorski.
Tymczasem brakuje czegoś, co zelektryzuje, stworzy spójną całość, więc
ostatecznie Bomba okazuje się niewypałem.
K.K.: – Była też idea, która pozwoliła dwudziestu kilku aktorom z różnych
zespołów spotykać się i pracować. Coś ich musiało do tego zachęcić – może
perspektywa: powiemy coś nowego, coś obrazoburczego. Dlaczego w taki razie
przedstawienie nas nie porusza? Może z tej przyczyny, że jego forma jest
bardzo amorficzna, rozpadająca się wewnętrznie. Mamy interesujące partie
spektaklu, jednak miesza się w nim patos z mową potoczną, postacie jakby do
siebie nie przylegają, nieczytelny staje się zamiar twórczy. Konwencje się
mieszają – wątki współczesne sąsiadują z dziwną emfazą i patosem. To
pomieszanie wywołuje w nas konfuzję: nie wiemy, czy to jest kpina, czy też
mamy z przedstawienia wyjść poważnie zniewoleni wizją reżyserską.
M.H.: – Odniosłem wrażenie, że reżyser chciał do jednego spektaklu wrzucić i
coś z Made in Poland, i coś z Ballady o Zakaczawiu i nawet jakieś elementy z
teatru Tadeusza Kantora. A tak se ne da, panie Havranek!
K.K.: – To przedstawienie okazało się mało nas dotykające, a nawet mało
obrażające – mimo wszystkich bądź, co bądź nadużyć w wykorzystywaniu
symboliki narodowo-religijnej, po którą sięgano instrumentalnie. Kiedy
czytam lub oglądam Gombrowicza i słyszę, że „Polactwo” się obraża, to wiem,
że czemuś to służy. Tutaj wychodzimy zbyt słabo obrażeni, zbyt mało
poruszeni, nieprzekonani do tego, że mieliśmy też się śmiać i dobrze bawić.
Stąd poczucie rozczarowania. Podobnie zresztą, być może najbardziej,
rozczarował Krzysztof Majchrzak, który wystąpił jako reżyser i zarazem
główny aktor spektaklu Światła miasta. To sztuka Conora McPhersona, młodego
dramaturga irlandzkiego. Majchrzak bardzo pracował nad tym tekstem,
„szatkował” go – gdzieś przycinał, gdzieś wydłużał. Mamy bohatera, granego
zresztą bardzo wyraziście przez samego Majchrzaka, byłego księdza, który
opuścił Kościół, próbuje prowadzić praktykę psychoterapeuty, ale
równocześnie nie może dać sobie rady z własną tożsamością, także seksualną.
Mówiło się o precyzji w konstruowaniu tego spektaklu, zwracano uwagę na jego
ścieżkę muzyczną – jednak to wszystko wydaje się jakoś przeraźliwie
przylepione do poszarpanej fabuły. Spektakl wyraźnie nie ma konstrukcji
dramaturgicznej i pozostawia nas obojętnymi.
M.H.: – Powiedzmy szczerze: jest potwornie nudny. Nudnej, papierowej fabuły
nie uratuje najdoskonalsze aktorstwo i najlepsze pomysły inscenizacyjne.
Majchrzak najzwyczajniej powinien sięgnąć po lepszy tekst, ten tylko marnuje
jego możliwości.
K.K.: Zarówno Bomba, jak i Światła miasta zaprezentowane zostały w „Łaźni
408”. To dobrze, że Zabrze wzbogaciło się o kolejną przestrzeń dla kultury.
Dla teatru odkrył ją Zbigniew Stryj, jeden z najciekawszych śląskich
aktorów, który tam robił swoje realizacje teatralne. Wydaje się jednak, że
lepiej zna wymagania techniczne tej sceny i wie, że kiedy wykonawca odwraca
się w stronę widza, to musi zacząć mówić trochę głośniej. Nieznajomość
specyfiki obiektu widoczna była w obu festiwalowych prezentacjach, kiedy
głos aktorów nagle gdzieś się rozpraszał w tej nie pomyślanej przecież jako
przestrzeń sceniczna dawnej kopalnianej łaźni łańcuszkowej.
M.H.: – Podsumujmy. Po pierwsze: teatr, przynajmniej ten, który zobaczyliśmy
podczas ośmiu dni festiwalu, porzuca brutalizm na rzecz finezji i precyzji –
zarówno gry aktorskiej, jak i roboty reżyserskiej. Po drugie: to bardziej
ideowa konstatacja – teatr nabiera odwagi, poprawność polityczna przestaje
być jedynym słusznym paradygmatem.
K.K.: – Zobaczyliśmy serię dramatów napisanych przez młodych autorów – to
coś nowego i charakterystycznego dla tegorocznego festiwalu. Były lata, w
których dyrektor artystyczny festiwalu Bogdan Ciosek miał kłopoty z wyborem
i doborem repertuaru. Regulamin jest bowiem surowy: mówi o inscenizacjach
sztuk, które powstały po 1989 roku. I oczywiście – to kolejny warunek –
spektakl musi być dobry. W tym sezonie Cioska nie dosięgły chyba takie
kłopoty, wręcz przeciwnie – miał w czym wybierać. Widać więc, że teatr
współczesny cieszy się wzięciem wśród publiczności i widzowie szukają nowych
tekstów, chodzą na spektakle dramaturgów jeszcze nieznanych – zarówno
polskich, jak i obcych. To optymistyczny rys dwu ostatnich sezonów, zarazem
dobrze rokujący na przyszłość.
M.H.: – Ciosek nie robi też festiwalu łatwego, zapraszając rzeczy
najbardziej znane, okrzyczane i wypromowane. Bo przecież w ostatnich latach
nie mieliśmy ani Testosteronu (w jego realizacjach można już wybierać), ani
Tiramisu, ani Miss HIV – współczesnych w końcu sztuk, o których rozpisywała
się nawet kolorowa prasa, podbijając medialny bębenek promocji.
K.K.: – Oglądaliśmy za to sztuki mocno wnikające w rzeczywistość polityczną,
czy sferę naszej zbiorowej moralności. Warto, by ten festiwal trwał.
Opracował: (MH) |