(Song a capella)
Gdy stanęli u nieba bram,
Bezdomni, w ziemskiej udręce,
Święty Piotr czekał na nich tam,
Z lampką górniczą w ręce.
A tak czekał, jak się czeka na swego.
To był grudzień, dnia szesnastego.
„Pójdźcie za mną”, święty Piotr rzekł,
A blask taki ich zaczął otulać,
Że z ich kurtek spływał czarny śnieg,
I zrastały się rany po kulach –
„Pójdźcie za mną do Pana naszego”.
Był to grudzień, dnia szesnastego.
Szli strwożeni przez rozległy łan,
Kędy z dobrem się zło rozstępuje
I dotarli. I objął Pan
Tych dziewięciu z kopalni „Wujek”.
I wprowadził do domu swojego.
To był grudzień, dnia szesnastego.
KINGA
Mąż miał wrócić z nocnej zmiany, ale nie wrócił.
JA
To było jej pierwsze zdanie wypowiedziane tutaj, w tym mieszkaniu, dokąd
zabrała mnie prosto z cmentarza.
DAREK
To tak samo jak ja pana dzisiaj!
JA
Chociaż nie! Najpierw powiedziała, że pierwsza informacja przyszła w
niedzielę. A potem, że pana ojciec miał wrócić z nocnej zmiany, a nie
wrócił. Czułem, że chce mi powiedzieć coś, czego nikomu nie mówiła.
DAREK
Zaufała panu! Bo mama to już nikomu nie ufała. Coś w niej się wypaliło.
Pamiętam, że kazała mi wtedy zabrać Żanetę i pójść do babci.
JA
Ale jeszcze na tym cmentarzu! Upewniła się, że ja to ja. Powiedziała, że
kiedyś jej matka pokazała mnie i powiedziała, że jak była mała, to ja
chodziłem do gimnazjum i byłem ich sąsiadem. Zapytała, czy pamiętam?
KINGA
Po oczach widzę, że pan pamięta!
JA
Ucieszyła się. Nawet się roześmiała. Dosyć głośno. I przycisnęła rękę do
ust.
KINGA
Przepraszam... Pan tu był każdego roku, nie podeszłyśmy nigdy, bo jakoś
tak... No i dzisiaj pomyślałam, a nie odpuszczę sobie!
JA
Pani przyszła na groby rodziców?
KINGA
Na grób ojca. I męża.
JA
Męża?
KINGA
Już dziesięć lat jestem wdową.
JA
Zaprowadziła mnie na grób pana ojca. Odczytałem datę jego śmierci: 16
grudnia 1981 roku. Spojrzeliśmy sobie w oczy. To były oczy tamtej
czarnowłosej dziewczynki z familoka przy ulicy Kopalnianej 1.
DAREK
Podobno oczy dziecka są od razu takie duże jak później, gdy dorośnie!
JA
Tak ją widzę nawet teraz: stoi przed tym oknem, z rękami splecionymi.
Zwróciła twarz w moją stronę. Niemal nieznacznie, tak, abym odczuł, że mówi
do mnie, nie do siebie.
KINGA
Mąż miał wrócić z nocnej zmiany, ale nie wrócił. Puściłam telewizor. Nic nie
było ani w radiu, ani w telewizorze. Nie wiedziałam, co się stało w koło.
Sąsiedzi przylecieli, że coś się stało. Mąż był wtedy jeszcze młody,
dziesięć lat temu, to miał dwadzieścia dziewięć lat. Nie wiedziałam co się
stało, ale czułam, że coś się stało. Co? Przyszedł około południa.
MĄŻ KINGI
BYŁEM NA MSZY.
KINGA
OD KIEDY TO NIE CHODZISZ Z ŻONĄ DO KOŚCIOŁA?
MĄŻ KINGI
MSZA BYŁA NA KOPALNI.
KINGA
CO TO, KOPALNIA ZAMIENIŁA SIĘ W KOŚCIÓŁ?
MĄŻ KINGI
NIE TO, ŻEBY... KSIĘDZA SPROWADZILIŚMY Z TEGO KOŚCIÓŁKA W PARKU.
KINGA
OD ŚWIĘTEGO MICHAŁA?
MĄŻ KINGI
BYŁA MSZA ZA GÓRNIKÓW. W OGÓLE ZA LUDZI. ZA OJCZYZNĘ.
KINGA
ZA OJCZYZNĘ?
MĄŻ KINGI
MÓWIĘ PRZECIEŻ, ZA POLSKĘ.
KINGA
Niech mi pan uwierzy, mój mąż nigdy nie wypowiedział takiego słowa. No,
Polska, tak, ale OJCZYZNA?! Ja takiego słowa nigdy nie słyszałam z jego ust.
On był taki, że pewnych słów. W ogóle był małomówny. Ale takich słów jak
OJCZYZNA... jak...
JA
Jak MIŁOŚĆ?
KINGA
Nie. Nigdy. Ja miałam pewność, że kocha mnie i dzieci... No i raptem:
OJCZYZNA. Msza za OJCZYZNĘ!
MĄŻ KINGI
IDĘ NA RANNĄ ZMIANĘ. BĘDZIEMY STRAJKOWAĆ.
KINGA
CO TO ZNACZY STRAJKOWAĆ?
MĄŻ KINGI
ZAKŁADAMY STRAJK. TO WŁAŚNIE ZNACZY.
KINGA
STRAJK!
JA
To nie było słowo z jej życia. Ani z mojego. To było słowo ze szkoły, z
szóstej, może z siódmej klasy.
DAREK
Ja też wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem to słowo.
(dzwonek u drzwi)
Przepraszam, to pewnie Żaneta!
(otwarcie drzwi)
Witaj, siostra!
ŻANETA
Darek! Prosto z lotniska pojechałam na cmentarz!
DAREK
Mamy gościa!
ŻANETA
O, to pan! Co pan o mnie pomyślał?! Nie zdążyć na pogrzeb własnej matki!
JA
Wiem od pana Darka o komplikacjach na Heathrow.
ŻANETA
Doba czekania na odlot! Przez jednego bandytę!
DAREK
Jesteś już, cała i zdrowa!
ŻANETA
Nigdy sobie tego nie wybaczę!
DAREK
Gdybyś, siostra, mieszkała w Katowicach zdążyłabyś na pogrzeb.
ŻANETA
Ale nie mieszkam! I Bogu dzięki! Zostawmy to, brat, bo co to pana obchodzi,
prawda?
JA
Coraz bardziej jest pani podobna do matki!
ŻANETA
Boże... mogę pana uścisnąć? (po chwili) jak pan się dowiedział o pogrzebie?
DAREK
Pan tu przyjechał na drugi dzień po wypadku.
JA
Kiedy przeczytałem w gazecie, że samochód ciężarowy najechał na stojącą na
chodniku mieszkankę Katowic Kingę N., wiedziałem, że to Kinga Naleźniok.
ŻANETA
Jakaż to przykra śmierć! Na ulicy... Nie mogę o tym nie myśleć...
DAREK
Zaparzę ci kawy.
ŻANETA
Pewnie rozmawialiście o mamie, o tacie, o tym wszystkim...
JA
O strajku na Wujku.
ŻANETA
Mnie w zeszłym roku w Irlandii namawiali do strajku, taki mały strajk na
kilkadziesiąt osób, a ja powiedziałam: pieprzę wasz strajk! Pieprzę każdy
strajk na świecie. Pomyśleli, że chyba nie rozumiem po angielsku. Barany!
Miałam im powiedzieć, że ja przez strajk już prawie nie pamiętam twarzy
mojego ojca? (po krótkiej pauzie) Tylko jego zapach.
DAREK
Wie pan, w tej chwili pomyślałem, że gdybyśmy teraz spotkali się z ojcem, to
byłbym od niego starszy... o cztery lata. Tata miałby dwadzieścia dziewięć,
tyle miał, kiedy go zabili, a ja trzydzieści trzy.
ŻANETA
Pamiętam... nie, źle mówię... ZNAM jego zapach.
JA
Miała pani wtedy jedenaście miesięcy.
ŻANETA
To i to pan wie!? Znam jego zapach, bo przez lata wąchałam rzeczy po tacie.
Właziłam do szafy, w której wisiał jego mundur górniczy i wąchałam go jak
psiak (załamuje się jej głos).
DAREK
A wie pan, jak mama czyściła jego rzeczy, a właściwie to ten mundur?
JA
Inaczej niż wszyscy?
DAREK
Zawoziła go do dziadka, dziadkowie mieli dom, domek jednorodzinny, a przy
nim mały ogród, parę drzew, i mama wieszała mundur górniczy na wieszaku na
jednej jabłonce. Odświeżyła go i tak wisiał, jak była pogoda. Cały dzień na
tej jabłonce, w słońcu.
ŻANETA
Nie powie pan, że to normalne!
DAREK
A czy to normalne, jak generał mówi, że dzisiaj postąpiłby tak samo?
ŻANETA
To znaczy, że co? Że jeszcze raz zabiłby mojego ojca?!
DAREK
Dokładnie!
KINGA
Milczałam. Mogę powiedzieć, że wybrałam milczenie. Mąż też milczał.
Milczeliśmy. Ale pan wie, że milczenie, choćby było szerokie i głębokie jak
morze, w końcu się wyczerpie.
JA
Co można rzec po takim milczeniu?
KINGA
Tylko zapytałam: CZY MUSISZ? Nic nie odpowiedział. Może to było głupie
pytanie... Bo co miał odpowiedzieć? Nie muszę! Zapytałam go: Czy ty wiesz,
co robisz zostawiając mnie z dwojgiem dzieci? Nic nie powiedział, tylko mnie
objął, przycisnął do siebie, tak mocno, że na chwilę straciłam dech. I
dopiero wtedy powiedział to zdanie, które wryło mi się w pamięć, jakby je
kto majzlem wykuł w kamieniu: MAMY TAM COŚ DO ZROBIENIA.
DAREK
Pamiętam, jak tata obejmuje mamę, nic więcej.
ŻANETA
Zazdroszczę ci, brat, że coś z tego pamiętasz.
DAREK
Pamiętam, że wtedy przyszedł dziadek. Mama kazała mi wpuścić dziadka, bo oni
oboje tak mocno się obejmowali, ja w każdym razie nigdy w domu nie widziałem
takiej sceny! Może żal im było uwolnić się z tego uścisku? Dziadek zerknął w
stronę kuchni, wziął mnie do pokoju, w którym grał telewizor.
(W tle generał Jaruzelski wygłaszający swoje pamiętne orędzie do narodu)
Generał już któryś raz mówił to samo. Moją uwagę zwróciło jedno: mała głowa
generała. Ja myślałem o małej główce generała, a dziadek patrzył i słuchał.
I wtedy powiedział coś, co wryło mi się w pamięć.
JA
Bardzo jestem ciekaw.
DAREK
To było niezwyczajne, ale czułem, że wiem, co mi chce powiedzieć. Miałem
osiem lat.
JA
Co takiego powiedział?
DAREK
Powiedział, że najmocniej boli, kiedy się dostanie w pysk od swojego.
ŻANETA
A bo to prawda!
DAREK
Powiedział to do mnie, z wysoka, był bardzo wysoki, ale nawet nie skierował
na mnie oczu. Powiedział, że dostał w swoim życiu w pysk od Niemca i od
Ruskiego. Od Niemca za to, że był Polakiem, a od Ruskiego za to, że był
Niemcem
ŻANETA
Był Ślązakiem.
DAREK
Ale najbardziej boli, powiedział, kiedy się dostanie w pysk od swojego. Był
wysoki i strasznie chudy. Miał wąsy.
ŻANETA
Zapamiętałam go jako postawnego mężczyznę!
JA
Wasza mama powiedziała mi, że umarł na coś, czego lekarze nie umieli nazwać,
ale ona doszła do źródła jego choroby.
DAREK
Babka powiedziała, że pewnego dnia nie chciał wstać z łóżka. Zawsze wstawał
o piątej rano.
JA
Wasza matka powiedziała mi, że jej ojciec zmarł na kopalnię Wujek.
DAREK
Pewnie nie on jeden.
ŻANETA
Nowy rodzaj śmierci: umarł na kopalnię
Wujek.
JA
Tak mogła powiedzieć bardzo mądra kobieta.
DAREK
A tak często powtarzała: Jestem zwykłą, głupią babą.
KINGA
Dla mnie to była tragedia. Nie wiedziałam, jak to będzie się odbywać, jak to
się wszystko stanie, jak to w ogóle się skończy... czy to dobrze, czy źle.
Powiedział, żebym się nie martwiła. Musi iść, ale przecież nie idzie sam, bo
idą wszyscy. Co to znaczy: wszyscy? – szarpałam go za rękaw. Na pewno możesz
się wycofać.
MĄŻ KINGI
NIE, KINGA, NIE MOGĘ.
KINGA
MASZ DWOJE DZIECI. ŻANETA JESZCZE NIE MA ROCZKU!
MĄŻ KINGI
NIE MOGĘ, KINGA.
KINGA
JA SIĘ TEGO BOJĘ. TO JEST COŚ, CZEGO NIE ZNAM, A JAK CZŁOWIEK CZEGOŚ NIE
ZNA, TO SIĘ TEGO BOI.
MĄŻ KINGI
JA TEŻ TEGO NIE ZNAM. I CHYBA SIĘ TEGO BOJĘ. ALE NIE MOGĘ SIĘ COFNĄĆ, KINGA.
KINGA
Poszedł. Zapakowałam mu jedzenie. Poszedł. W poniedziałek nie wrócił.
Pojechałam na kopalnię, pod bramę. Przyszedł do mnie. Ledwie się odezwałam,
kazał mi wracać do domu. Zrobiło mi się tak przykro. Inne kobiety rozmawiały
ze swoimi mężami przez bramę, a mój powiedział mi tylko tak sucho i surowo:
wracaj do domu.
JA
To najlepsze, co mógł pani powiedzieć, pani Kingo.
KINGA
Dzisiaj myślę, że powiedział mi to, co naprawdę chciał powiedzieć. Inne
kobiety krzyczały, jedne przekrzykiwały drugie. Ja w milczeniu odeszłam od
bramy. We wtorek to samo.
JA
Też kazał wracać pani do domu?
KINGA
Też. Ale powiedział to inaczej. Nie tak surowo. Ciszej. I tak samo cicho
powiedział, że był rano u spowiedzi i przyjął komunię świętą.
JA
Czy te sprawy były ważne dla pani |
|

|
|
FELIKS NETZ
|
Pokój z
widokiem
na wojnę
polsko-jaruzelską
(słuchowisko radiowe)
męża?
KINGA
Miał respekt dla Pana Boga, tyle mogę
powiedzieć. Ale żeby tak specjalnie... Aż tu raptem mówi tak: Kinga, jak
poczułem opłatek na języku, wszystko we mnie drżało. Nic więcej. Tylko tyle,
ze wszystko w nim drżało.
JA
Pewnie poczuł, że tego dnia, o tej godzinie jest to coś więcej niż biały
komunijny opłatek. Pani Kingo, rozmawiałem z niejednym z nich. Także o tym,
że przyjmowali komunię świętą w skupieniu, jakiego nigdy nie zaznali. Pani
mąż czuł pewnie to samo, co oni wszyscy, że ten opłatek to jest może trochę
mniej, może tyle samo, a może i trochę więcej niż Polska.
KINGA
W środę, w tym dniu... to było okropne. Sąsiedzi przychodzili tutaj, do
domu, zajmowali się dziećmi. Przynosili mi chleb, masło, kiełbasę, nawet
swojskie ciasta piekli. W termosach kawę, herbatę... co tylko mogli.
Przychodzili, podawali, „Pani Kingo, pani to zabierze na kopalnię, tam
przecież są ludzie, którzy nie mają nikogo. Tam byli młodzi chłopcy, po
osiemnaście, dziewiętnaście lat, z dalekiej Polski, oni tu nikogo nie mieli,
jak mój mąż! Na hotelu mieszkający. Bez opieki. To byli bezdomni ludzie. Po
prostu trzeba było im pomóc. Papierosy też zanosiłam, nie tylko ja. A skąd
to ludzie brali, nie wiem, bo przecież w sklepach niczego nie było.
Dosłownie – niczego. To jest coś, czego nie rozumiem do dzisiaj! Środa...
Autobusy w środę już nie kursowały! Zabrałam ojca, bo sama nie poradziłabym
sobie z ciężkimi torbami. Dojechaliśmy do Bocheńskiego, czyli kawałek, i
szofer woła „wysiadać!” Mróz, ziąb, idziemy z ojcem, ojcu policzki
posiniały. No, mogę tylko jedno panu powiedzieć: Syberia!
(Przeraźliwy ryk silników samochodów opancerzonych. Nawoływania nieczytelne
w tym potwornym zgiełku. Na tym zgiełku słowa KINGI i OJCA)
KINGA
CO TO, CZOŁGI?
OJCIEC KINGI
SAMOCHODY OPANCERZONE.
KINGA
A CO TO, WOJNA, ŻEBY PANCERNE AUTA?
OJCIEC KINGI
CAŁE RONDO MIKOŁOWSKIE JEST OBSTAWIONE.
KINGA
NIE PRZEJDZIEMY TAMTĘDY. NIECH TATA ZAPYTA TAMTEGO ŻOŁNIERZA!
OJCIEC KINGI
PANIE OFICERZE! NIE SŁYSZY!
KINGA
NIECH TATA PRZYPILNUJE TE TORBY. PODEJDĘ DO NIEGO.
OJCIEC KINGI
LEPIEJ ZAWRÓĆMY, KINGA!
KINGA
JA NIE MOGĘ SIĘ WYCOFAĆ! (próbuje przekrzyczeć ryk silników) PANIE
ŻOŁNIERZU!!!
ŻOŁNIERZ
NIE WOLNO!!!
KINGA
JA MUSZĘ NA KOPALNIĘ!
ZOŁNIERZ
ZWARIOWAŁA?! NA JAKĄ KOPALNIĘ?!
KINGA
NA WUJEK!
ŻOŁNIERZ
UCIEKAĆ MI STĄD, ALE JUŻ!
KINGA
CO?!
ŻOŁNIERZ
DO DOMU!
KINGA
JA WIEM LEPIEJ, GDZIE MAM IŚĆ!
ŻOŁNIERZ
(próbuje przyciszyć swój wrzask)
KOBIETO, TO JEST WOJNA!
(ryk silników)
KINGA
Wracam do ojca. Stoi biedak jak siedem nieszczęść. Myślę, po co ja go
brałam? Pierwszy raz w życiu zauważyłam, że już jest stary. Stoimy, nie
wiemy co robić. Ojciec schylił się po dwie torby, ale jakby mu raptem
przybyło ze dwadzieścia lat. Widzę, że nie udźwignie. Gorzej, myślę, co ja
pocznę, jak mi tu padnie na wznak!? Spojrzałam ojcu w oczy, i widzę, że się
zawstydził tej swojej nagłej bezsiły. Ten hałas taki okropny, bębenki już
tego nie wytrzymują.
KINGA
NIECH TATA WRACA DO DOMU.
OJCIEC KINGI
ANI MI NIE MÓW.
KINGA
TATA LEDWIE DYCHA.
OJCIEC KINGI
NIE ZOSTAWIĘ CIĘ TUTAJ, KINGA!
KINGA
PROSZĘ CIĘ, TATO! JA JUŻ MUSZĘ TAM IŚĆ!
(W tle nawoływania, trzask jakby zderzyły się dwa żelazne potwory. Krzyki:
„Kurwa mać!” „Zapierdalać!” Ryk silników wzmaga się, powoli oddala, znów
narasta)
OJCIEC KINGI
NIE ZOSTAWIĘ TUTAJ MOJEGO DZIECKA!
KINGA
TATO, W TEJ CHWILI TY JESTEŚ MOJE DZIECKO.
OJCIEC KINGI
UDŹWIGNĘ! (jęk, upadek) JEZUSIE, MARYJO, CO ZA HAŃBA! RAZ POTRZEBUJESZ MOJEJ
POMOCY, A JA LECĘ NA PYSK. CO ZA HAŃBA!
(Bliskie miarowe, rytmiczne dudnienie żołnierskich kroków, niespieszny bieg)
KINGA
Jeszcze chwilę stał mój raptem stary ojciec, jak taki strach na wróble,
szalik mu wiatr targał, ręce miał opuszczone, jakby nie miał w nich żadnej
władzy. Płakał, usmarkał się, zawrócił, poszedł. I z tej kurzawy, śnieg z
ziemią, wychodzi jakiś chłop, na oko emeryt, ale mocny, okaz siły i zdrowia.
Aż go ta siła rozpiera.
NIEZNAJOMY
NA WUJEK?
KINGA
A GDZIEŻBY INDZIEJ!
NIEZNAJOMY
POMOGĘ PANI.
ŻOŁNIERZ (ten sam, co poprzednio)
JESZCZE TUTAJ?!
KINGA (do Nieznajomego)
Przyczepił się do mnie.
ŻOŁNIERZ
No?
NIEZNAJOMY
BO CO?
ŻOŁNIERZ
NO! NO!
NIEZNAJOMY
CO, NO, NO?!
ŻOŁNIERZ
NO! NO! NO!
NIEZNAJOMY
NO! NO! NO!
ŻOŁNIERZ
(z bliska słychać jak ładuje kałasznikowa)
LICZĘ DO TRZECH
NEZNAJOMY
ZAŁOŻĘ SIĘ, ŻE NIE UMIESZ LICZYĆ DO TRZECH!
KINGA
UCIEKAJMY, BO NAS ZASTRZELI!
KINGA
Poszliśmy na Górnośląską, i na prawo skręciliśmy w stronę parku. Więc
doszliśmy do tego parku i wtedy wiedziałam, że coś się stało, dlatego, że
park był cały zryty. Od czołgów drzewa poprzewracane, trawniki w strzępach.
Ten człowiek, ja go nazywam w myślach „zapaśnik”, był taki prawie
prostokątny jak zapaśnicy, albo ciężarowcy, jakich widziałam nie raz w
telewizji, powiedział, że do samej kopalni to raczej się nie przedostaniemy,
ale ponieważ na Gallusa mieszka moja ciocia Gosia...
JA
Siostra Hildy, przepraszam, pani mamy?
KINGA
Zna ją pan?
JA
Krawcowa, prawda?
KINGA
Nie odchodzi od maszyny do szycia.
JA
Kiedyś uszyła mi spodnie. Bardzo ją rozbawiło, gdy powiedziałem, że ta jej
maszyna to nie jest maszyna do szycia, ale maszyna do życia!
KINGA
I dobrze pan powiedział!
JA
To teraz mieszka na Gallusa?
KINGA
Na Gallusa, tak, i pomyślałam wtedy, że ciocia patrzy z okna na kopalnię, bo
to jest drugi blok, więc wiedziałam, że muszę przynajmniej do niej dotrzeć,
żeby przez okno widzieć, co się dzieje.
JA
Przebiła się pani razem z tym nieznajomym?
KINGA
Nie przepuszczali nikogo! Kontrolowali dowody. Miałam dowód, bo w telewizji
taki przystojny spiker w mundurze, ten co miał taką chłopięcą twarz,
przypominał kilka razy, że nie wolno wychodzić z domu bez dowodu osobistego.
Milicjant. A może żołnierz – już ich nie odróżniałam – kontroluje mój dowód.
A musi pan wiedzieć, że przez kordon przechodzili tylko ci ludzie, którzy
mieli w dowodach napisane, że mieszkają przy tej ulicy. Przy Gallusa.
JA
A pani, że przy Rewolucjonistów.
KINGA
O to chodzi! Pewnie by mnie nie przepuścił, gdyby to wyczytał, ale... Mnie
się zdaje, że to jakiś cud: jakaś obca kobieta, nie moja ciocia Gosia, obca,
zawołała w tej sekundzie z okna na pewno nie mnie: „Kinga!, chodźże na górę,
bo dzieciaki głodne!” Ten milicjant odczytał na głos moje imię KINGA, i
oddał mi dowód, uwierzył, że mieszkam w tym bloku.
JA
A co z tym atletą?
KINGA
Zgubiłam go.
JA
Przecież niósł torby.
KINGA
Dwie, najcięższe. Jeszcze widziałam jak milicjant każe mu pokazać dowód
osobisty. Jeszcze słyszałam, takieś ułamki słów.
ZOMOWIEC
DOWÓD MA?
NIEZNAJOMY
A JAK NIE MA, TO CO?
ZOMOWIEC
TE, TE!
NIEZNAJOMY
TE, TE, TE, TE1
ŻOŁNIERZ
PYTAM OSTATNI RAZ; DOWÓD MA?
NIEZNAJOMY
MA! KRZYWE NOGI JAK SRA!
ZOŁNIERZ
O ŻESZ TY! ŁAP GO!
GŁOS
KOGO?!
ZOŁNIERZ
TEGO... KWADRATOWEGO!11
KINGA
Ten drugi zomowiec krzyczy: „Żadnego tu takiego nie było!”
JA
Niesamowite!
KINGA
A nie?
JA
I co z torbami?
KINGA
(dźwięk: Kinga biegnie, ciężko dyszy, z wielkiego zgiełku wyodrębniają się
jej kroki)
Zaraz! Ja wiedziałam tylko to jedno, że muszę dobiec do tej klatki. Z
torbami w rękach to się ciężko biegnie.
ZOMOWIEC
WRÓĆ!
KINGA (nie przestaje biec)
O JEZU! MATKO ŚWIĘTA!
ZOMOWIEC (do siebie)
JA TĘ CHOLERĘ ZATŁUKĘ! STÓJ!
KINGA (do siebie)
ZMIŁUJ SIĘ NAD NAMI!
ZOMOWIEC
JA CIĘ, SUKO, DOPADNĘ!
(dudniące kroki uciekającej Kingi)
KINGA
On był taki rozjuszony ten zomowiec! Taki nieprzyjemny. Czułam to przez
plecy! On krzyczał na mnie: „Ty suko!”, ale to nie dało rady! Wpadłam do tej
klatki...
JA
Tego bloku, gdzie mieszkała ciocia?
(efekt: syk i wybuch petardy)
KINGA
Ciocia Gosia, tak! I on rzucił za mną paterdą.
JA
Petardę.
KINGA
Słucham?
JA
Nic, przepraszam.
KINGA
... i trafił mnie w głowę. Jak już wlatywałam do klatki! Ale tak trafił, że
ta petarda spadła nie za mną, ale przede mną. I ten cały płomień tak się
rozniósł po schodach, uderzył mnie prosto w te oczy. W jednej chwili
oślepłam. Całkiem. Ale tylko na chwilkę. Strasznie mnie bolały oczy i przez
ten okropny ból, jakby przez taki czerwony deszcz zobaczyłam w drzwiach tego
zomowca.
ZOMOWIEC
OŚLEPŁAŚ, SUKO? DOBRZE CI TAK!
KINGA
Jak ja musiałam wyglądać? Nie wiem. Jak jakiś upiór Belefegoru chyba, bo
nagle skurczył się tak jakby go brzuch zabolał i zaczął skamleć.
ZOMOWIEC (skamle)
NIE MOGĘ PANI PRZEPUŚCIĆ... NIE WOLNO MI...
KINGA
JA SIĘ NIE WYCOFAM!
(Zomowiec wycofuje się, zatrzaskuje frontowe drzwi, zgiełk ulicy traci swoją
ostrość)
JA
Mógł wypalić pani oczy!
KINGA
To był dzieciak.
JA
Pani Kingo... Jaki tam dzieciak! HOMO ZOMO!
(Telefon komórkowy wygrywa rozpoznawalny motyw z filmu „Most na rzece Kwai”)
ŻANETA
Moja komórka! Słucham! (dalej po angielsku) Oh, Roger! Yes, it’s me. (do
gościa i brata) Przepraszam, to mój chłopak (do telefonu) Roger, can you
hear me? No, I won’t make it on time. Because of this fucking terrorist When
I came to Katowice it was after all... I mean... after the funeral of my
mother! Do you understand? It’s really a disaster! Can you imagine anything
worse?
DAREK
Zdolna ta moja siostra! Ja nie mam takiej głowy.(Żaneta odchodzi parę kroków w głąb pokoju, słychać ją z
drugiego planu) |
|
ŻANETA
Listen to me, Roger! I am quite shaken. If we haven’t saved her from
deportation, she would have ended up like the other... Roger! I asked her
about the man who rescued her... I said I would like to thank Billy
personally...
DAREK
Pan powiedział: homo zomo.
JA
Był taki gatunek człowieka...
ŻANETA
(w głębi) I love you too! See you next week. Bye, bye! (z bliska)
Przepraszam was, pana najmocniej przepraszam, ale to Roger, on nie może dnia
wytrzymać beze mnie. He’s crazy! Rudy Irish, ale miły! O czym pan mówił?
DAREK
O homo zomo.
ŻANETA
Tak? A co to takiego?
JA
Był taki gatunek człowieka, i już go nie ma. Ale był.
ŻANETA
Skąd się wziął?
JA
Czy ja wiem? Z zaciągu po zapyziałych ni to miastach ni wsiach.
Socjalistyczna ojczyzna brała młodego chłopaka, oszołomionego faktem, że w
ogóle ktoś się nim interesuje, że ktoś go chce, że może się do czegoś
przydać.
DAREK
Popapraniec!
JA
Nie, nie! Myślę, że poniżała go własna nieprzydatność, a on czuł w sobie
dużo energii wciąż jeszcze przez nikogo nie dostrzeżonej!
DAREK
To tak jak ja teraz! Jestem nieprzydatny. Trzydziestotrzylatek na zasiłku
dla bezrobotnych.
ŻANETA
Leć ze mną do Irlandii!
DAREK
Nigdzie stąd nie polecę! Nigdy!
ŻANETA
Twój wybór.
DAREK
Ktoś tu musi strzec grobów. Bo je rozgrabią.
ŻANETA
Masz dobre usprawiedliwienie, brat.
No i dostrzegli i wprawili ją w ruch!
DAREK
Przepraszam pana, najpierw pytam, a potem przerywam!
JA
Rozumiem pana gniew.
DAREK
Jak pan powiedział o tej nieprzydatności, o tej energię niedostrzeżonej...
ŻANETA
Chce pan powiedzieć, że ojczyzna dostrzegła energię w tamtym buraku?
JA
Socjalistyczna ojczyzna rozebrała go do naga, wyszorowała w gorącej wodzie,
przystrzygła, ubrała w mundur... Chłopak przechodził jakby drugi chrzest.
DAREK
Bo przecież był chrzczony tak samo jak my, i do pierwszej komunii też
poszedł...
JA
Pewnie tak.
DAREK
A teraz ojczyzna ubrała go w mundur i mówi: „Jesteś zomowiec!”. A on myśli
sobie: „Nareszcie jestem kimś”.
ŻANETA
Może myśli sobie: „Nareszcie jestem człowiekiem!”
JA
A to możliwe!
DAREK
I taki czerwony burak rośnie we własnych oczach, nie jest już byle kim,
burakiem z rzeszowskiego... Dobrze myślę?
JA
Taki chłopak czuje nagle, że już nie jest byle kim, że już nie jest znikąd.
Jest kimś specjalnym. Zomowcem. A Zomo to siła, to moc. I on tę moc w sobie
czuje. I socjalistyczna ojczyzna przekazuje mu coś wspaniałego: prawo do
bicia. Wolno mu uderzyć. I zabić.
(po schodach, obijając się o kolejne stopnie, toczy się jakiś przedmiot;
słyszalny jest tylko ten dziwny niełatwy do zidentyfikowania dźwięk)
KINGA
Okropnie bolały mnie oczy. Widziałam, ale jakby przez takie czerwone płaty,
które falowały w powietrzu. Na te czwarte piętro wchodziłam, no, po prostu
jak jakiś zwierz, na czterech. Na domiar złego otworzyła mi się torba i
wyleciał z niej termos z gorącą herbatą. To był taki... bezcenny termos!
Chiński termos. Spory! Była na nim wymalowana Chinka z tacą, a na tacy
filiżanka z parującą herbatą. Prezent od męża na dziesiątą rocznicę ślubu.
Jakoś udało mu się dostać taką... bezcenną rzecz. I słyszę jak ten termos
odbija się od betonowych stopni i to z takim hałasem.
(ten sam dźwięk co poprzednio, spotęgowany; otwierają się drzwi od
mieszkania)
CIOTKA GOSIA
Kinga! Co to za larmo!?
KINGA
Termos, ten chiński! Wyleciał mi z torby.
CIOTKA GOSIA
Jak ty te je wszystkie tutaj... cztery torby, po dwie w jednej ręce?
KINGA
Dwie małe! Dwie duże przepadły.
CIOTKA GOSIA
A co to tutaj, jak nie torby?
KINGA
Jeszcze mi przed oczami latają takie czerwone płaty. Cztery są?
CIOTKA GOSIA
Te dwie, co trzymasz w rękach i te dwie tutaj pod ścianą.. To cztery razem.
KINGA
Jak on je tutaj...? Kiedy?
CIOTKA GOSIA
Chodź, Kinga, wejdź.
KINGA
W głowie mi się mąci.
CIOTKA GOSIA
Widzę przecie. Chodź. Nie jestem sama.
(głosy kilkunastu osób, nieczytelne, kakofonia)
KINGA
Tam było więcej osób. Kobiety, które miały synów na kopalni przyszły do
cioci Gosi.
JA
Skąd przyszły?
KINGA
One były z tego samego bloku przy Gallusa, tylko że okna miały z innej
strony. I przyszły, bo okna u mojej cioci wychodziły prosto na bramę, od
niej wszystko było widać.
JA
Stanęła pani w tym oknie.
KINGA
Przepchałam się. To był widok...
JA
Już widziała pani wyraźnie?
KINGA
Widziałam, ale przez te czerwone już nie płaty, ale takie pajęczyny. To, co
ja widziałam...
JA
Co to było?
KINGA
Wojna. Później to nazwali wojna polsko-jaruzelska! Ja nie wiedziałam, że to
tak może wyglądać. Że to tylko tak na filmach wyglądało. Bo nie znam wojny,
drugiej światowej, jedynie z opowiadań. Opowiadali starsi.
(rytmiczne uderzenia zomowskich pał o plastikowe tarcz. Na tym tle słowa
Kingi)
Ja to widziałam na filmie jak Krzyżacy uderzali mieczami o tarcze. To
zomowcy wzięli to od Krzyżaków? To jest możliwe. Ten łoskot było słychać, co
tam przez okno, przez mury! Jakby oni chcieli nas wszystkich ogłuszyć, jakby
chcieli...
JA
Żebyśmy stracili pamięć.
KINGA
A to się pomylili, bo jest akurat na odwrót. Zomowcy w hełmach, za tymi
wielkimi jak chłop przezroczystymi tarczami, a naprzeciw górnicy w
żakietach, kurtkach, skafandrach, w hełmach, w czapkach-uszatkach, a paru
było w kapeluszach!
(ryk zderzających się przeciwników w walce na śmierć i życie)
Oni tak się zaplątali, pomieszali, że już nie było widać kto kogo bije, ani
kto z kim się bije. Jedni chcieli pozabijać drugich. Ale kto to ci jedni, a
kto drudzy? Górnicy wyrywali zomowcom tarcze, i to się jeszcze bardziej
wymieszało. A do tego ten czarny śnieg. Bo śnieg na kopalni, ale wszędzie,
bo i w Parku Kościuszki, i na ulicy Pola i na Gallusa, był czarny jak...
jak...
JA
Jak węgiel.
(Ogłuszający warkot krążącego nad kopalnią helikoptera. Głos przez megafon
miesza się z warkotem silnika helikoptera: „GAPIÓW ZGROMADZONYCH NA ULICACH
WINCENTEGO POLA i GALLUSA WZYWAMY DO WYCOFANIA SIĘ! NATYCHMIAST! W CIĄGU
NAJBLIŻSZYCH PIĘCIU MINUT DO AKCJI PRZYSTĄPIĄ SIŁY PORZĄDKOWE!” Po tych
słowach skandowane okrzyki: „Gestapo! Gestapo!”)
KINGA
Śnieg był czarny jak węgiel. A ja to wszystko widziałam tak dziwnie, bo
ciągle przed oczami latały mi te czerwone płaty
(Wystrzał, połączony z brzękiem rozbitej szyby. Równocześnie z rozbiciem
okna wdziera się do mieszkania zgiełk i skandowane bez przerwy okrzyki
„Gestapo! Gestapo!” Oraz wygłaszane przez megafon „Mieszkańców bloku przy
ulicy Gallusa wzywamy, żeby odeszli od okien!” Gwałtowny atak kaszlu ludzi
zgromadzonych w mieszkaniu CIOTKI GOSI. Ludzie kaszlą, dławią się.
GŁOSY w mieszkaniu: „Gaz! Gaz! Potrują nas!”
I znowu z dworu, poprzez wybite okno: „Gestapo! Gestapo!”)
GŁOS
WSZYSCY DO MNIE, OD NAS NIE BĘDZIE WIDAĆ TEJ WOJNY, ALE MOŻE PRZEŻYJEMY!
CIOTKA GOSIA
RACJA! TU NAS POTRUJĄ!
(Harmider przemieszczających się ludzi. Kaszel, dławienie się.)
KINGA
MUSZĘ TAM DOTRZEĆ!
CIOTKA GOSIA
WYBIJ TO SOBIE Z GŁOWY!
KINGA
CIOCIU GOSIU, CIOCIA WIE, ŻE MAM DLA CIOCI RESPEKT!
CIOTKA GOSIA
ALE NIE USŁUCHASZ MNIE.
KINGA
MATKI TEŻ BYM NIE USŁUCHAŁA.
(przechodzą przez pokój, przez kakofonię głosów, która przycicha w
przedpokoju)
KINGA
POWIEDZIAŁAM MARIANOWI, ŻE BĘDĘ DZISIAJ Z OBIADEM.
CIOTKA GOSIA
AKURAT BĘDZIE JADŁ! WEŹ TE MNIEJSZE!
KINGA
W DUŻYCH TORBACH JEST WIĘCEJ. PRZECIEŻ NIE BĘDZIE JADŁ SAM.
CIOTKA GOSIA
KINGA! ONI TAM STRZELAJĄ. KULKA NIE WYBIERA. MASZ DWOJE DZIECI.
KINGA (otwierając drzwi)
NIECH SIĘ STANIE, CO SIĘ MA STAĆ!
CIOTKA GOSIA
A CO TO TAM...?
KINGA
MÓJ CHIŃSKI TERMOS!
CIOTKA GOSIA
CAŁY? JAKIM SPOSOBEM?
KINGA
TO DOBRY ZNAK!
(Kroki Kingi zbiegającej po schodach; łoskot otwieranych drzwi i natychmiast
wchłania ją zgiełk, wrzawa pola bitwy.)
ZOMOWIEC II
A TY GDZIE IDZIESZ?!
KINGA
Taki burak, na „ty” do mnie! Jakby ze mną do podstawówki chodził! Złapał
mnie za rękaw, i ja – a dźwigam ze sobą te dwie duże torby podróżne –
naparłam, na niego całą siłą, aż się cofnął, a cofając się, potknąl się i
upadł na plecy. I tak pół leżąc, bluzga na mnie: „O ty kurwo jedna!”, ja
pana przepraszam za to słowo... I repetuje swój karabin, czy tam automat,
słyszę ten trzask do dzisiaj, jakby jakiś zamek zatrzasnął...
(Z bitewnej wrzawy wyodrębnia się pełen zgrozy okrzyk: „ZABILI”, i zaraz po
nim: „STRZELAJĄ!”)
ZOMOWIEC
WON STĄD! BO CIĘ ZABIJĘ!
KINGA
DAJ MI ŚWIĘTY SPOKÓJ!
ZOMOWIEC
WRÓĆ! BO BĘDĘ STRZELAĆ!
KINGA
IDĘ DO MĘŻA!
(we wrzawę bitewną wdzierają się sygnały karetek pogotowia)
KINGA
On jeszcze za mną wołał, żebym wróciła, a ja mu na to, żeby mnie pocałował w
rzyć! Ja pana przepraszam, ale używałam takich słów, jakich kobiety nie
używają w ogóle! Byłam w takich nerwach, że każdego, kto by mi stanął na
drodze, gryzłabym, szarpała na kawałki. I akurat przyszłam na ten moment,
kiedy wynosili górnika, we krwi, ręka mu spadała z noszy... MÓJ MARIAN.
Skrwawiona twarz, ale to MÓJ MARIAN. Szczupły, taki ciemny, kręcone włosy...
Rzuciłam się z krzykiem, ale zatrzymali mnie górnicy.
(Z bitewnej wrzawy i karetek pogotowia na sygnale, a także krążącego nad
kopalnią helikoptera wydobywa się głos NIEZNAJOMEGO, którego spotkała przed
Rondem Mikołowskim)
NIEZNAJOMY
TO NIE MARIAN, KINGA! TO NIE JEST TWÓJ MĄŻ!
KINGA
Nie wiedziałam kto do mnie mówi, kto mnie zna? Nie miałam okazji, że ktoś z
mężczyzn, ktoś z męża zmiany znał mnie, czy coś... Ale jakby ten głos skądś,
sama nie wiem, skąd... Okropnie bolały mnie oczy. I gardło i płuca, od tych
gazów... ale rozglądam się...
NIEZNAJOMY
IDŹ, KINGA, DO DOMU!
KINGA
I nagle widzę go między górnikami.
JA
Męża?
KINGA
Nie zgadnie pan, kto mnie wołał, kto mi kazał iść do domu!
JA
Nie zgadnę.
KINGA
To był ten nieznajomy, co mi pomógł nieść torby od Ronda Mikołowskiego aż do
ulicy Gallusa, a potem zniknął. I kto to był?
JA
Za dużo pani ode mnie wymaga, pani Kingo!
KINGA
Jeszcze raz mi powiedział: „Idź, Kinga do domu!” Powiedział to z takim, z
takim naciskiem, że poczułam w sobie... poczułam MUS... PRZYMUS...
Zostawiłam torby i zaczęłam uciekać. Nie wiem, jak znalazłam się na Rondzie
Mikołowskim, a tam samochodów takich żołnierskich, czołgów nie do
policzenia. I tak aż całą ulicą Kochłowicką, aż do poligonu!
JA
Znam ten poligon!
KINGA
Jak to, pan?
JA |