Ten film – nie arcydzieło, nie rzecz wybitna, nie zjawiskowa, lecz po prostu dobry film, ma jeden drażniący feler: jest anglo-, a nie, jak być powinno hiszpanojęzyczny. Pomiędzy „być powinno”, a „być mogło”, czy też „być musiało” – ciężkim cieniem kładzie się Hollywood.
Jeśli nadto zważyć, że filmu nie kręcono na Kubie, lecz w Dominikanie, i Hawanę zastępuje (bardzo udatnie!) Ciudad Trujillo, a kubańskiego pisarza emigracyjnego – Gyuillermo Cabrere Infante (zarazem współautora scenariusza) gra hollywoodzki gwiazdor (gra doskonale) Bill Murray – to efekt, jaki osiągnął Andy Garcia jest i tak zdumiewający!
Dobrze, porządnie zrobione kino. Ale i coś więcej!
O wszystkim zadecydował osobisty ton, jaki przenika ten film na wskroś, a wzmacnia go fakt, iż główną rolę (Fico Fellove, właściciel lokalu rozrywkowego) gra sam Andy Garcia, który opuścił Kubę jako dziesięciolatek, lecz najwidoczniej zadbano w domu, w kręgu rodzinnym, by zachował w sobie poczucie swych kubańskich korzeni.
Czym jest dla Andy Garcii – aktora amerykańskiego, gwiazdora hollywoodzkiego – niewielka wyspa Kuba, a zwłaszcza jej stolica, Hawana? Nie jest utraconą ojczyzną (tak może myśleć i czuć Fico Fellove), jest natomiast pamięcią szczęśliwego dzieciństwa. Ów dziesięciolatek, który wciąż żyje w Andy Garcii, nie przechowuje w sobie KUBY, lecz HAWANĘ. To nie jest film o utraconej ojczyźnie, lecz o utraconym MIEŚCIE. I DOMU w tym mieście.
W kreśleniu wizerunku arystokratycznej hawańskiej familii Andy Garcia czerpał zapewne z pamięci własnej i rodzinnej, ale miejsce akcji i postać Fico są to byty wykreowane, z jasnym, czytelnym zamiarem: lokal rozrywkowy w Hawanie za rządów Fulgencio Batisty, to jest muzyka, to są rytmy kubańskie, to jest puls tej cząstki świata zwanej perłą Antyli. Właściciel lokalu rozrywkowego w Hawanie za rządów Batisty, to po prostu biznesmen, ale pod reżimem Castro i Che Guevary – ten sam człowiek, ów drobny, czy średniej rangi burżuj zamienia się w strażnika narodowej tożsamości, albowiem ten, kto wbrew zakazom i nakazom gra rytmy kubańskie, stawia opór rewolucyjnej władzy, która zabrania grać muzykę z użyciem saksofonu, instrumentu, jak się okazuje, imperialistycznego. Poprzez nakaz wyeliminowania saksofonu z instrumentarium orkiestry lokalu rozrywkowego pod nazwą „Tropicana”, Andy Garcia mówi więcej o bolszewickim


POZA KADREM


 FELIKS NETZ
 

Hawana
miasto utracone

 rodowodzie kubańskiej rewolucji, niż wielusetstronicowe studia i analizy „kubańskiego eksperymentu społeczno-politycznego”. Ten „nieprawomyślny” saksofon może się wydać na przykład widzom amerykańskim przezabawnym wybrykiem funkcjonariuszki nowej władzy (w owym, wczesnym momencie rewolucji, rzeczywiście – władzy ludowej), jednakże nam wcale nie jest do śmiechu. Za saksofonem, wiemy to z własnego doświadczenia, pójdzie niebawem saksofonista, a za nim cała orkiestra, za orkiestrą, cały lokal. A w konsekwencji zakazem istnienia zostanie objęta cała klasa średnia, cała warstwa społeczna. W ten sposób Fidel Castro i Ernesto „Che” Guevara nożem rewolucji odrzynają pokaźny płat mózgu. Od tej chwili el hombre cubano zamienia się w nowy twór: homo sovietcus.
Andy Garcia nie wybiela rządów Fulgencia Batisty. Jest to reżim policyjny z wszechwładną i wszechobecną bezpieką. Ludzie są porywani w biały dzień. Przepadają w katowniach sumiennych funkcjonariuszy reżimu. Ale istnieje, mimo wszystko, poza polityką, poza podziałami coś w rodzaju solidarności. Funkcjonariusz reżimu Batisty pomaga bratu Fico, aktywnie działającemu w opozycji do reżimu, wydostać się z więziennej katowni. Czyni to w geście „chłopackiej solidarności”, a to znaczy, że nawet w tych okrutnych czasach bezwzględnej dyktatury, niepisany kodeks przyzwoitych ludzkich zachowań nie został wyrzucony na śmietnik.
Inaczej jest w owym nowym wspaniałym świecie, jaki przynosi ze sobą rewolucja socjalistyczna: Fico dociera do samego Ernesto „Che” Guevary, wstawiając się za owym porucznikiem, teraz – zrządzeniem Historii – czekającym na egzekucję w celi tej samej katowni, skąd wyciągnął był brata Fico. Najpierw usłyszy, że dla niego, Fico, on, Ernesto Guevara, nie jest żadnym „Che” (zwrot familiarny, coś w rodzaju: „stary”), lecz „comandante”. Drugą wiadomość otrzyma nazajutrz: wróg

rewolucji (porucznik) został nad ranem rozstrzelany. Nie ma zmiłuj!
Ale to nie jest tak, że Fidel i „Che” przyszli nie wiadomo skąd, i narzucili swoją władzę Kubie i Kubańczykom. Idą po zwycięstwo na fali prawdziwie ludowego gniewu. Jeśli istnieje jakaś pieśń, która wyraża stan ich ducha, jest nią „Międzynarodówka” z tą oszałamiającą obietnicą: „Dziś niczym, jutro wszystkim my!” (Creatio ex nihilo?!). Zło musiało być na „perle Antyli” wielkie, niemal niezmierzone. To zło nie docierało do krainy dzieciństwa Andy Garcii. Ale istniało. W domach tak szlachetnych, patriarchalnych jak dom Don Federico Fellove’a, w obrębie jednej rodziny polaryzują się postawy wobec kubańskiej rzeczywistości.
Dwaj bracia Fico wybierają czynny opór, nie identycznie, jeden bowiem trafia do partyzantki Fidela Castro, drugi współtworzy demokratyczny ruch „4 lipca”. Dla pierwszego nie ma w filmie litości. Don Federico powie: „Zbłądziłeś, synu”. Jego żona odwróci się odeń ze wzgardą. Z drugiego castrowska rewolucja, poszerzając krąg swoich (i pożyczonych) „świętych”, zrobi ikonę, a z wdowy (która kochała nie swojego męża, lecz szwagra – Fico, (i ta miłość znajduje krótkotrwale spełnienie) – uczyni „Pierwszą Wdowę Rewolucji”. I tylko Fico kurczowo trzyma się patrycjuszowskiego etosu.
Nie jest to film wybitny; wpisanie dramatu w konwencję melodramatyczną osłabia to, co się zwie „el sentimiento trágico de la vida” (poczucie tragiczności życia), ale nie można mu odmówić szczerości, nie można mu też zarzucić, że uchybia prawdzie, ponieważ tego, co ciemne nie próbuje ukryć w mgiełce nostalgicznej zadumy.
Wiemy równie dobrze, jak Andy Garcia, że po złu Fulgencio Batisty przyszło jeszcze większe zło Fidela Castro, które trwa, skamieniałe i twarde. Dlatego tak przejmująco brzmią słowa wiersza José Martí, którego zawłaszczyła sobie Rewolucja, które jednak są czymś w rodzaju codziennej, porannej modlitwy każdego Kubańczyka na wygnaniu. Andy Garcia mówi ten wiersz pod koniec filmu, po hiszpańsku:
Yo soy un hombre sincero,
Dedonde crece la palma.
Y antes de morir me quiero
Pretar los versos de mi alma.
Co się wykłada: jestem prostym człowiekiem, stamtąd, gdzie rośnie palma, i zanim umrę, chcę wyrzucić wiersze z mojej duszy.
Jak rzekłem, nie jest to film arcydzielny, ale to coś więcej, niż tylko dobry film. Andy Garcia wyrwał ten film, jak wiersz, prosto z serca.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA