Halemba... nazwę tej rudzkiej kopalni zna dziś cała Polska – od tamtego tragicznego wtorku, 21 listopada, gdy w godzinach wieczornych zostały przekazane złowieszcze komunikaty o wybuchu metanu i potężnym zawale w pokładzie 506 na głębokości 1030 metrów pod ziemią, gdzie zostało uwięzionych 23 górników. Uwięzionych!... Była godzina 16.30, gdy to się stało.

Teraz już wiemy, że nikt z nich nie ocalał. Tych, którzy nie zginęli od eksplozji metanu, zabił wybuch pyłu węglowego, który nastąpił natychmiast. Szans na uratowanie w tych warunkach nie było w istocie żadnych: potężne ciśnienie w wyrobisku po straszliwej eksplozji i uderzenie płomieni musiało spowodować śmierć wszystkich. Przecież temperatura w takim miejscu osiąga ponad 1000 stopni Celsjusza a metan wypala wszystko. Potem jeszcze te ogromne, duszące stężenie tlenku węgla, które też z miejsca zabija. Czy ktokolwiek spośród tych 23 nieszczęsników, którzy znaleźli się w zasięgu eksplozji, mógł ocaleć i przeżyć, bo znalazł się w tym momencie w jakiejś skalnej wnęce? I taką możliwość podtrzymywali do końca kierujący akcją ratowniczą oraz górniczy eksperci, skoro – jak powtarzano z narastającą desperacją – nadzieja umiera ostatnia.
I tę podtrzymywano do końca, choć z każdą godziną szanse ratunku malały, bo w tych warunkach ponawiającego się zagrożenia kilkakrotnie trzeba było zawracać ekipy ratownicze. A w tej, prowadzonej z największym poświęceniem akcji, uczestniczyło ponad 200 ratowników, mężnych, wypełniających do końca niezłomne reguły kodeksu tego zawodu, które nakazują, by ostatecznie wydobyć z podziemi i oddać rodzinom choćby martwe ciało. Upływał czas i groźba śmierci wszystkich 23 górników dramatycznie wzrastała, aż do 38 godziny akcji, gdy ratownicy dotarli do zwłok ostatniego górnika. W jakim stanie odnajdowano ciała świadczą trudności z identyfikacją, bo w wielu przypadkach okazało się to możliwe dopiero po przeprowadzeniu specjalistycznych badań DNA. Jeśli też może coś złagodzić obraz tej straszliwej tragedii to jedynie to, że wszyscy ci górnicy zginęli w mgnieniu sekund, a więc nie czuli bólu, nie cierpieli, nie mieli nawet świadomości tego co się stało. To był błysk śmierci... I tylko nikła pociecha dla najbliższych, którzy długo nie otrząsną się z porażającego szoku zbiorowej żałoby, kiedy ruszą kondukty ulicami Rudy Śląskiej i sąsiednich miejscowości.
Halemba... jedna z największych śląskich kopalń o bogatych wciąż zasobach węgla, lecz jakże przy tym zdradliwa! Poświadcza to tablica na cmentarzu komunalnym, na której widnieją imiona i nazwiska 128 górników, którzy zginęli w jej podziemiach od dnia, gdy z dniem 1 lipca 1957 roku kopalnia rozpoczęła wydobycie. Teraz trzeba dopisać kolejne 23 ofiary katastrofy, która w tych dniach poprzedzających Barbórkę wstrząsnęła Polską. A w kopalniach, jak co roku, szykowano się już do obchodów górniczego święta i wysyłano zaproszenia. Lecz zamiast zbiorowych biesiad z okazji wyczekiwanej Barbórki – kolejne pogrzeby ofiar i kondukty pogrzebów – a co trumna, po jej bokach kroczący z lampami ratownicy górniczy, którzy wygaszą płomyki, gdy zostanie złożona do grobu.
 Te dni wielkiej tragedii górniczej naznaczone żałobą narodową, chyba jak nigdy na tę skalę dotąd, przeżywała cała Polska. Wyniosły, obudowany szyb Halemby i słowa „Szczęść Boże” na froncie budynku kopalni, przez trzy kolejne dni skupiały powszechną uwagę, jako znaki miejsca rozpaczy i nadziei. Tym razem na ekranach telewizorów i

BARBÓRKA W ŻAŁOBIE

w katastrofie
w kopalni HALEMBA
21 listopada 2006 roku
zginęli śmiercią tragiczną

śp.


 
Teodor Banduch lat 50
Jan Bilman lat 45
Ireneusz Brabański lat 32
Krzyszytof Bubała lat 37
Dariusz Dola lat 30
Arkadiusz Falkus lat 29
Krystian Gaszka lat 41
Andrzej Giemza lat 47
Janusz Gęsikowski lat 47
Przemysław Jóźwiak lat 21
Daniel Kindla lat 21
Jacek Mierzchała lat 39
Mariusz Miłkowski lat 36
Bernard Poloczek lat 46
Krzysztof Prygiel lat 51
Tadeusz Rymarzewski lat 51
Henryk Samisz lat 52
Krystian Sitek lat 47
Wit Siepka lat 48
Edward Sobota lat 59
Mirosław Toczek lat 45
Zbigniew Turniak lat 38
Adrian Wąsowski lat 23

 

łamach dzienników objawił się inny Śląsk, mało dotąd w kraju znany, jako że forsowano przy różnych okazjach głównie kontrowersyjne, jeśli nie wręcz negatywne, wizerunki górnictwa i górników, sprowadzane do butnych postaw roszczeniowych na użytek doraźnych interesów politycznych. Teraz wielu, nawet nie chcąc, musiało spojrzeć w twarz Śląska prawdziwego, bolesnego, wyczerpanego ciężką pracą i skazanego na ofiary. Te rozdzierające sceny pod kopalnią wokół poszerzającej się, płonącej wyspy zniczy, wryją się na długo w pamięć.
Byliśmy teraz wszyscy świadkami prawdziwego górniczego Śląska, w tych dniach pogrążonego w zbiorowej rozpaczy i narastającej, nieodwracalnej tragedii... a te były i są wpisane w los ludzi węgla. Potencjalne zagrożenie katastrofami związanymi z podziemną eksploatacją są sprzężone na trwałe z tym ciężkim zawodem? Bo w pełni bezpiecznego podziemnego górnictwa nigdy nie było i nie będzie, toteż co raz gdzieś w świecie dochodzi w kopalniach do katastrof i zbiorowych ofiar, nie licząc pojedynczych przypadków śmierci. Choćby w latach nie tak odległych – w roku 1974 na skutek eksplozji metanu i wybuchu pyłu węglowego w kopalni Silesia w Czechowicach zginęło 34 górników. W 1979 w bytomskiej kopalni Dymitrow wybuch pyłu węglowego spowodował śmierć również 34 górników. Sześć lat później śmiertelnymi ofiarami wybuchu metanu w kopalni Wałbrzych zostało 18 górników. A były katastrofy w polskim górnictwie powojennym jeszcze większe – jak ta z roku 1958 w kopalni Makoszowy, gdzie w podziemnym pożarze zginęły 72 osoby a 87 doznało ciężkiego zatrucia dwutlenkiem węgla. A jednak górnictwo było i wciąż jest zawodem masowym – zaś na Śląsku nadal, mimo wszystko, dziedzicznym. Każde zamknięcie kopalni przeżywane jest jak wyrok zbiorowy i to w rozległym promieniu, bo chleb górniczy, to jedyny dla tysięcy śląskich rodzin chleb od pokoleń – chleb, do którego dostęp zawsze wiązał się z

zagrożeniem, które stało się i jest częścią zbiorowej psychologii Ślązaków. Przecież co dnia tysiące górników wyrusza na szychty, pomimo świadomości, że można z kopalni nie wrócić. Lecz z tego zagrożenia wynika też wyjątkowy etos i mistyka górniczego stanu.
Polska niegórnicza była jednak również świadkiem niewiarygodnego faktu, gdy kolejne zmiany górników pogrążonych w milczeniu udawały się na codzienne szychty na dwa inne poziomy kopalni – 520 i 830 metrów pod ziemią, choć w pokładzie najniższym rozgrywała się tragedia i toczyła rozpaczliwa akcja ratownicza, by dowieźć, że nadzieja umiera ostatnia – nadzieja, której nigdy nie wolno wykluczyć. Może po tym co się stało w Rudzie Śląskiej Polska niegórnicza spojrzy teraz inaczej na rozpaczliwe akty walki górników o uratowanie kolejnych kopalń przed likwidacją, choć jest to pełna determinacji obrona najcięższej pracy, zawsze w warunkach wysokiego zagrożenia.
Lecz tragedia w Halembie stawia również oskarżycielskie pytanie o przyczyny katastrofy, kolejnej w śląskich kopalniach, skoro zagrożenia mimo okrutnych doświadczeń jednak nie maleją. Trzeba będzie jeszcze raz dokonać bezlitosnego osądu tych wszystkich decyzji, które doprowadziły w ostatnich latach do rabunkowej gospodarki górnictwem, gdy kolejni reformatorzy dla doraźnych efektów doprowadzili do osłabienia kondycji tego trudnego zawodu, wymuszając pod ekonomicznymi pretekstami przedwczesne odejście dziesiątków tysięcy doświadczonych górników. Doszło przy tym do likwidacji specjalistycznych przedsiębiorstw, których nie są w stanie odpowiedzialnie zastąpić prywatne „okołogórnicze” spółki, jak tamten nieszczęsny MARD, dokonujący demontażu z nieczynnego wyrobiska sprzętu i wyposażenia. Czy jednak zachowane zostały wszystkie reguły górniczej sztuki – a już nade wszystko zasady bezpieczeństwa – to wyjaśnią teraz specjalistyczne intensywne dochodzenia, które trwają. Będzie też czas na gruntowną analizę okoliczności zamknięcia łącznie 34 kopalń, choć w niektórych przypadkach były to decyzje od początku kwestionowane. A lekkomyślna likwidacja szkół górniczych, gdy teraz brakuje fachowych kadr. Czy jednak, gdy przygaśnie bezpośrednia pamięć rudzkiej tragedii, nie dojdzie znów do zobojętnienia na te sprawy, jak zawsze dotąd, gdy przeważały interesy wpływowych grup i politycznych układów.
Barbórka w żałobie odciśnie się głębokim piętnem na ostatnie tygodnie kończącego się roku, który na Śląsku rozpoczął się pod wrażeniem styczniowej tragedii, gdy runęła wielka hala Międzynarodowych Targów Katowickich a katastrofa pochłonęła 65 ofiar. Wtedy najazd ekip telewizyjnych na Śląsk i osobistości politycznego życia zdominował powszechną uwagę. Lecz nie na długo. Czy i tym razem będzie podobnie – zresztą jak zawsze?
TADEUSZ KIJONKA

Post scriptum: Jeszcze zanim odbył się pierwszy pogrzeb, podczas spotkania związkowców z „odpowiedzialnym” wiceministrem za górnictwo, Pawłem Poncyliuszem, ten na pytanie: „A co potem?”... dotyczące zasad nowego układu zbiorowego i późniejszych emerytur, odpowiedział z rozbawieniem: „Potem poślemy po was karetkę i podamy pavulon”...Gdy jednak zaległo dłuższe milczenie, „dowcipny” wiceminister stwierdził, że to był żart. Na zdjęciu w „Gazecie Wyborczej” widać rozbawionego dygnitarza i stropione twarze związkowców.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA