– Związana była Pani ze scenami krakowskimi, łódzkimi i
warszawskimi. Jednak Pani pierwsze doświadczenia sceniczne, dodajmy bardzo
wczesne, wiążą się z Teatrem im. Wyspiańskiego w Katowicach.
- Bardzo wczesne i bardzo odległe… Szkoła baletowa, do której jako
kilkuletnia dziewczynka chodziłam, urządzała co roku popisy w tym teatrze.
To była połowa lat 30. ubiegłego wieku… Pamiętam swoją nauczycielkę tańca,
panią Kazimierę Nowowiejską. Była to niewysoka, drobna brunetka z węzłem
włosów na karku. Miała bardzo silne ręce. Do dziś bardzo dokładnie pamiętam
zapach jej perfum. Na owym dorocznym popisie tańczyłam solo do Nokturnu
Chopina. Miałam na sobie luźną, przewiewną tunikę przybraną kwiatami… Ale
mój ojciec krótko przed wojną powiedział: „Basta, moja córka nie będzie
żadną baletnicą.” Uważał, że powinnam zdobyć poważny zawód.
– Jak wspomina Pani swoje katowickie dzieciństwo?
– W Katowicach spędziłam najpiękniejsze dzieciństwo świata. Do szkoły
podstawowej chodziłam na ulicę Francuską, mieszkałam przy ulicy Drzymały, a
urodziłam się na Mikołowskiej. Ojciec miał kancelarię prawniczą przy ulicy
Mariackiej. Chodziłam do kościoła garnizonowego. Pamiętam jeszcze jak
zaczynała się budowa kościoła Chrystusa Króla, ale już był kościół
„podziemny”, gdzie też chodziliśmy z rodzicami. Przyjeżdżam do tego miasta
zawsze z ogromnym wzruszeniem. Jakże można inaczej, kiedy tu się urodziłam.
Uważam, że wszystko, co dobre we mnie, pochodzi właśnie stąd. Wychowałam się
w atmosferze miłości i ciepła. Ale to trwało dosyć krótko, skończyło się 1
września 1939 roku.
– Gdzie zastał państwa wybuch wojny?
– Wybuch wojny zastał nas (mamę, mnie i starszego brata) na wsi, w domku
naszej niani pod Tarnowem. Tam spędziliśmy całą okupację. Niania była jakby
członkiem naszej rodziny. Ale kiedy zorientowała się, że nasz ojciec zginął,
a matka już nie ma ani grosza, to stała się dla nas bardzo niedobra.
Musieliśmy ciężko tam pracować, ale wyszło nam to na dobre. Ludzie gorsze
rzeczy przeżywali podczas okupacji. Potem już nie wróciliśmy do Katowic.
Zamieszkaliśmy w Krakowie. Chodziłam do Liceum Handlowego. Jednak nie
porzuciłam marzeń o scenie i aktywnie brałam udział w różnych konkursach
recytatorskich. Należałam do międzyszkolnego koła dramatycznego, które
prowadził wówczas młodziutki aktor Tadeusz Łomnicki. Zagrałam wtedy
Podstolinę w Fircyku w zalotach w jego reżyserii. On też reżyserował Cyda, w
którym zagrałam Infantkę. Ale nie mogłam pójść do szkoły teatralnej.
Musiałam podjąć pracę, bo było nam przecież w domu bardzo ciężko. Kiedy
zdałam maturę, rozpoczęłam pracę w Centrali Handlu Sprzętu
Przeciwpożarowego…
– To było chyba mało poetyckie zajęcie…
– Mało poetyckie: sprzedawałam bowiem węże ssąco-tłoczące, bosaki, hełmy
itp. Obliczałam marże, procenty, wypisywałam faktury, zresztą z potwornymi
błędami. Dla mnie to było coś strasznego, tym bardziej że miałam okropną
kierowniczkę. Postanowiłam uciec stamtąd za wszelką cenę. Po kryjomu
przygotowywałam się do egzaminów do studium teatralnego, w szufladzie biurka
miałam schowane teksty poetyckie, których uczyłam się na pamięć. Dostałam
jedno, drugie, a potem trzecie upomnienie i pan dyrektor musiał mnie
zwolnić, i to ze skutkiem natychmiastowym. Zapłakana poleciałam do domu.
Mama biedna liczyła, że coś pomogę rodzinie finansowo, a tu takie
nieszczęście! Ja jednak odetchnęłam z ulgą.
– Jak trafiła Pani do Teatru Rapsodycznego?
– Trafiłam „z ulicy”. Byłam wielbicielką tego teatru i jednym z
najwierniejszych widzów. Ten teatr miał repertuar pokrywający się z
obowiązkowymi lekturami szkolnymi. Nasza polonistka bardzo zachęcała, aby do
tego teatru chodzić. Wystawiano w Rapsodycznym Wyspiańskiego, Słowackiego,
Mickiewicza. Moje szkolne koleżanki nie lubiły tam chodzić, bo potwornie się
nudziły. Ja uwielbiałam. Mówiły mi: Baśka, ty idziesz, a potem nam to
wszystko opowiesz.
Dla mnie to był teatr, który oddziaływał w sposób magiczny. Tam nie było
prawie dekoracji, nie było rekwizytów. Liczył się tekst, słowo, gest, muzyka
i światło. Danuta Michałowska to było dla mnie wielkie objawienie aktorskie.
Na Eugeniuszu Onieginie byłam chyba ze 20 razy. Do dzisiaj znam tekst tej
sztuki na pamięć. Tak więc kiedy wyrzucono mnie z pracy, ubłagałam mamę, aby
dała mi pół roku i pozwoliła mi pójść do Teatru Rapsodycznego. Tak po prostu
z ulicy. Musiałam się oczywiście przygotować. A wierszy miałam w repertuarze
mnóstwo. Recytowałam Romantyczność Mickiewicza i wiersz Putramenta Karabin.
Przesłuchiwali mnie założyciel tego teatru Mieczysław Kotlartczyk i Danuta
Michałowska. Postanowili mnie przyjąć do działającego przy Rapsodycznym
Studia Teatralnego.
– Jak wspominała potem Danuta Michałowska, o przyjęciu do tego Studia
zadecydowało Pani zamiłowanie do poezji, doskonała dykcja i timbre głosu.
– Nie wiedziałam o tym. Dla mnie dostanie się do Studia to było wielkie
szczęście, tym bardziej, że dość szybko zadebiutowałam. Była to sztuka
Rozkaz 269 Kirsanowa i Majakowskiego. Wychodziłyśmy z koleżankami zza kulis
i chórem mówiłyśmy (wyciągając pięści) „Niech żyje rewolucja, radosna i
śmiała!” Najpierw występowałam za darmo, ale przyjęto mnie również do pracy
w teatralnej bibliotece. Po trzech latach nauki w Studio zdawaliśmy egzaminy
eksternistyczne. Kiedy Kotlarczyk dostał dla Teatru Rapsodycznego lokal na
Starowiślnej (gdzie dziś mieści się scena Kameralna Starego Teatru) my
aktorzy, aby szybciej skończyć remont, sami wykańczaliśmy i sprzątaliśmy
siedzibę. W pewnym momencie, kiedy wywoziliśmy gruz, przyjechała wywrotka i
ktoś wtedy zawołał: „O, przyjechał ksiądz Karol, to nam pomoże”. W tych
okolicznościach poznałam Karola Wojtyłę. Przyjechał w sutannie, cały pełen
radości i wywoził z nami gruz. – W tym właśnie teatrze poznała Pani przede
wszystkim swojego męża, znakomitego aktora Mieczysława |
|

Barbara Horawianka w „Daleko od szosy”
|
|
Z
BARBARĄ HORAWIANKĄ rozmawia
MAREK PALKA
|
Urodziłam
się
na Mikołowskiej
Voita.
Połączyło was – na ponad 40 lat – przedstawienie Aktorzy w Elsynorze, w
którym on grał Romea, a Pani Julię…
– Było to przedstawienie skomponowane z kilku sztuk Szekspira: Hamleta
(którego grał Kotlarczyk), Kumoszek z Windsoru, Makbeta oraz Romea i Julii.
Oczywiście Julię grała Danuta Michałowska. Ale pewnego razu musiała gdzieś
wyjechać i naradzili się z Kotlarczykiem, że to ja powinnam ją zastąpić. Ten
spektakl rzeczywiście połączył nas ze Sławkiem na kilkadziesiąt lat. Sławek
początkowo denerwował mnie niezmiernie. Publicznie wyznawał mi uczucia,
prawił mi jakieś komplementy. Na początku nie traktowałam tego poważnie. Ale
kiedy zmienił metodę i wyciszył się, wtedy uwierzyłam w prawdziwość tych
wyznań.
– Potem Teatr Rapsodyczny z powodów ideologicznych został zamknięty…
– Powstał na jego miejsce Teatr Poezji, prowadzony przez Marynę Broniewską i
Tadeusza Kantora. Tu otrzymałam swoje pierwsze duże role: Kamilli w Nie igra
się z miłością oraz Tytanii w Śnie nocy letniej. Następnie byłam aktorką
Teatru Starego, gdzie zagrałam sporo ciekawych ról. Byłam bardzo związana z
tym teatrem. Zagrałam m.in. Ofelię w Hamlecie i Anielę w Ślubach
panieńskich, wymarzone role dla młodych aktorek. A kiedy grałam w Legendzie
o miłości rewolucyjnego poety tureckiego Nazima Hikmeta, to okazało się, że
autor ów jest moim krewnym. To bardzo śmieszna historia. Po premierze wszedł
za kulisy i krzyczał po rosyjsku „Dawajcie kuzinu!”. Otóż moja babcia
Borzęcka i jego dziadek Borzęcki byli rodzeństwem stryjecznym. Jego dziadek
wyemigrował po powstaniu styczniowym do Turcji.
– Pełnię możliwości i skalę Pani talentu ukazała najwyraźniej współpraca z
Kazimierzem Dejmkiem. Grała Pani za jego dyrekcji w trzech teatrach na
przestrzeni ponad trzydziestu lat. Decyzja o przeniesieniu się w 1957 roku z
Krakowa do Łodzi, gdzie mieścił się teatr prowadzony przez Dejmka, nie była
chyba łatwa?
– Dejmek, który był wówczas dyrektorem łódzkiego Teatru Nowego, obejrzał
mnie i Voita w Nie igra się z miłością (piękne nasze przedstawienie
wystawiane w Teatrze Poezji, wystąpiliśmy w tym spektaklu 250 razy) i
namawiał nas potem przez kilka lat, abyśmy się przenieśli do Łodzi. Zamienić
Kraków na Łódź – niełatwa decyzja. Ale zapadła z prozaicznych powodów. Kiedy
pobraliśmy się wreszcie z Voitem, to okazało się, że nie mamy gdzie mieszkać
w tym Krakowie. A Dejmek dawał nam w Łodzi dwa mieszkania do wyboru i role
do zagrania. Byliśmy wtedy w Krakowie dość znaną z mężem parą aktorską.
Jednak nie żałowaliśmy potem tej decyzji. Bo zagraliśmy bardzo dużo – jak
się później okazało – w znaczącym teatrze. Przy czym zaznaczyć trzeba, że
Teatr Nowy uznawany był wtedy za awangardowy. A przede wszystkim teatr
zaangażowany. To jego zaangażowanie w lewą stronę mnie i mojemu mężowi
akurat nie było na rękę. Nie utożsamialiśmy się z lewicą. Nie był to jednak
teatr uprawiający tanią propagandę. Trzeba pamiętać, że Dejmek zawsze był w
kontrze. Był wprawdzie socjalistą, ale do władzy był w kontrze. I to do
każdej władzy! Teatr Nowy to siedem lat naszego aktorskiego życia: piękne
sztuki i piękne role. Kiedy w 1963 roku Dejmek został dyrektorem Narodowego,
zaproponował nam przejście ze sobą do Warszawy. W Warszawie okazało się, że
znowu nie mamy gdzie mieszkać i mieszkaliśmy przez trzy lata w teatralnej
garderobie. Teatr był więc dla mnie domem dosłownie i w przenośni. Potem
jeszcze raz poszliśmy za Dejmkiem do Łodzi w latach 70., kiedy już
mieszkaliśmy w Warszawie. Przyszedł do nas i zapytał : „No co, pójdziecie za
mną? Pewnie nie, bo wy jesteście teraz warszawiacy...”. Ale poszliśmy.
Mieliśmy dwa domy, warszawski i łódzki. Cały czas byliśmy w drodze. Potem w
połowie lat 80. znowu poszliśmy do Dejmka, do Teatru Polskiego, którego był
wówczas dyrektorem.
– Co takiego było w Dejmku, że „szliście” Państwo za nim, ilekroć was o to
poprosił?
– Był przede wszystkim wybitnym reżyserem i bardzo dobrym, szalenie
wymagającym dyrektorem. Dyscyplina w jego teatrze była nieprawdopodobna, ale
to tylko służyło teatrowi. Z czasem nasza znajomość przerodziła się w
przyjaźń. Był naszym rówieśnikiem, prywatnie bardzo towarzyskim człowiekiem,
ale w pracy potrafił być tyranem. Miałam szczęście występować w legendarnych
przedstawieniach Dejmka, m.in. tych opartych na tekstach staropolskich.
Grałam na przykład w dwóch wersjach Żywotu Józefa Mikołaja Reja – łódzkiej i
warszawskiej. Były to zupełnie różne przedstawienia, niepodobne do siebie.
Pierwszy Żywot Józefa, który był wystawiony w Teatrze Nowym, to było
przedstawienie bardzo kolorowe, wesołe, muzyczne i taneczne. Z kolei Żywot…
wystawiony ponownie przez Dejmka w Teatrze Narodowym ze scenografią Stopki,
to było surowe przedstawienie, bardzo uporządkowane. Bardzo się podobało nie
tylko polskiej publiczności, ale i zagranicznej – gościliśmy z tym
spektaklem w Austrii, Holandii, |
|
Niemczech.
– Teatr stawia Pani na piedestale i uważa go z najważniejszą ze sztuk?
– Wyłącznie! Uważam, że najwspanialszym na świecie i najwłaściwszym miejscem
dla aktora jest teatr. Teatr jest miejscem mistycznym. Nic nie jest w stanie
zastąpić bezpośredniego kontaktu aktora z widzem. Kiedy aktor wie i czuje,
jakie są reakcje publiczności: czy widz płacze, czy się śmieje, czy aprobuje
go lub też nie. To jest dla mnie coś najwspanialszego. Uwielbiam teatralną
atmosferę: próby, dźwięk gongów, podnoszenie kurtyny. Wiem, że nie wszyscy
koledzy tak uważają. Wolą telewizję, kino. Ja nie – gdzieś się wtedy gra do
tej kamery, a to wszystko jest takie sztuczne i nieprawdziwe… Ale oczywiście
seriale i filmy dają popularność.
Miałam bardzo długą przerwę w graniu w teatrze, odkąd przeszłam na emeryturę
z Teatru Polskiego. Grałam w tym czasie w telewizji. Ale cały czas sobie
marzyłam: Boże drogi, żeby tak jeszcze przeżyć jedną próbę generalną i
premierę. I pewnego dnia otrzymuję wiadomość z Teatru Narodowego, że
zostałam obsadzona w Panu Jowialskim. Ucieszyłam się niezmiernie. Boże,
wysłuchałeś moje prośby! Niestety, po dwóch miesiącach prób skończyliśmy
pracę, bo reżyser wszedł w konflikt z dyrekcją teatru. Ale minął rok i
okazuje się, że jednak zagrałam kolejny spektakl. To jest sztuka, która jest
od niedawna grana na tzw. scenie eksperymentalnej Teatru Narodowego. Tytuł
Imieniny, autorem jest Marek Modzelewski, wyreżyserowała Aleksandra
Konieczna. Obsada jest znakomita, grają m.in. Grażyna Szapołowska, Gabriela
Kownacka, Anna Chodakowska, Jacek Różański, Andrzej Blumenfeld, Wiesława
Niemyska, Jerzy Łapiński. Gram bardzo dziwną rolę charakterystyczną, rolę,
jakiej jeszcze nie grałam.
– Czy ma Pani swojego ulubionego dramaturga?
– Tak się pięknie złożyło, że grałam wiele w dramatach Szekspira.
Odtwarzałam blisko 10 ról w repertuarze szekspirowskim i od Szekspira
właściwie zaczęła się moja kariera sceniczna. Jednak całe życie marzyłam o
Czechowie, najukochańszym moim autorze. Niestety, teraz mogę grać jedynie
babcię Amfisę w Trzech siostrach… Grałam ją zresztą do niedawna w Teatrze
Collegium Nobilum. To był spektakl dyplomowy IV roku wydziału aktorskiego, w
reżyserii Agnieszki Glińskiej. Utalentowany rocznik warszawskiej Akademii
Teatralnej. Świetnie mi się z tymi młodymi ludźmi pracowało!
– W filmie i telewizji dość często obsadzana była Pani w rolach negatywnych:
np. zakonnice w Krzyżakach i Drewnianym różańcu, Niemka w Czasie przeszłym
czy matka Ani w Daleko od szosy. Te i inne role złożyły się na Pani filmowy
wizerunek kobiety chłodnej, ascetycznej i stanowczej.
– Widocznie coś takiego we mnie było, to znaczy chyba przede wszystkim jakaś
ostrość w rysach twarzy, bo prywatnie podobno jestem bardzo łagodna. Ale
czasem dobrze jest zagrać wbrew swojej naturze, wiadomo przecież, że czarne
charaktery są ciekawsze do zagrania. Poza tym właściwie od pierwszych
występów przed kamerą grałam matki, opiekunki, nauczycielki.
– Spotkanie ze Stanisławem Różewiczem okazało się być przełomowym momentem w
Pani karierze filmowej. Wystąpiła Pani w trzech jego filmach, za każdym
razem, jak pisano, „osiągając wyżyny aktorskiego kunsztu”.
– To jest reżyser, który ma swój własny styl. W pracy oczekuje od aktora
pewnego ograniczenia środków wyrazu, minimalnych reakcji. Sam mało mówi,
bardzo się aktorowi przygląda i słucha, co na przykład dla młodej aktorki
jest ogromnie peszące. Jest człowiekiem bardzo wymagającym, a przez to, że
tak mało mówi, może trochę trudnym. Ale my się zawsze świetnie rozumieliśmy.
W 1964 roku poprosił, abym zagrała w jego filmie Echo drugoplanową rolę żony
głównego bohatera (granego przez Sławka Glińskiego). Potem była Samotność we
dwoje, piękny film, bardzo bergmanowski w nastroju. Znakomicie
sfotografowany. Wystąpiłam w nim razem z mężem. Sławek Voit w roli pastora,
dobrego człowieka, a ja w roli jego żony, która zdradza go z nazistą.
Pamiętam jak na festiwalu w San Sebastian podszedł do nas jakiś dystrybutor
z USA, który jak się okazało był Żydem polskiego pochodzenia, i powiedział:
„Panie Voit: przepiękne, cudowne kino! Prawie Bergman. Ale nie kupię, bo to
niekomercyjne”. Uważam, że miałam szczęście grając w takich właśnie,
niekomercyjnych filmach.
– Zagrała Pani jeszcze u Różewicza tytułową rolę w Pensji pani Latter,
tworząc „postać wprost z powieści Bolesława Prusa, doskonałą w
najdrobniejszym szczególe”.
– Bardzo dziękuję, nie znałam tej recenzji. Opowiem może anegdotę z planu
tego filmu. Pani Latter jak wiadomo popełnia samobójstwo, topiąc się w
Wiśle. Ta scena była kręcona w marcu. Było bardzo zimno, cała ekipa stała na
brzegu rzeki w kożuchach. Ja miałam się jako pani Latter topić. Miałam na
sobie kostium, pod który założono mi strój płetwonurka, bo obawiano się, że
się utopię. I to było straszne, bo ten kostium nie pozwalał, abym się mogła
zanurzać. Po prostu nie mogłam się utopić!
– A seriale? Było ich w Pani karierze kilka, na czele z pierwszą chyba
telenowelą W labiryncie.
– Grałam tym razem sympatyczną rolę laborantki, pani Marii, a mojego kolegę
z pracy, pana Leona grał Wiesław Drzewicz – cudowny, uroczy człowiek, z
którym prywatnie bardzo lubiliśmy się i stworzyliśmy na ekranie lubianą
przez widzów parę. Serial cieszył się ogromnym powodzeniem. Również lubiany
i wciąż powtarzany jest serial Daleko od szosy, gdzie zagrałam akurat mało
sympatyczną postać matki Ani. W ostatnich latach grałam też w M jak miłość
(które jednak w pewnym momencie mnie coś nie polubiło, nawet wiem, kto mnie
nie polubił…), a potem w Klinice samotnych serc, której produkcja została
przerwana, a moja bohaterka wyjechała do Włoch. Powiem panu, że nigdy
specjalnie o role w tych serialach nie zabiegałam. Nie marzę o graniu w
serialu. Na żadne castingi już się w tej chwili nie godzę. Wiem, że seriale
ogląda „cała Polska” i przynoszą aktorom dużą popularność. Ale ja wolę grać
w teatrze, choćby na scenie eksperymentalnej… |