„Plac Zbawiciela” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego
otrzymał na gdyńskim festiwalu „Złote Lwy”, laur ten przypada najlepszemu
filmowi, jaki w danym roku wyprodukowała kinematografia polska (choć od tej
zasady bywają odstępstwa). „Plac Zbawiciela” byłby zatem najlepszym polskim
filmem, ale, aby mu się w głowie (celuloidowej) nie przewróciło, nagrodę dla
najlepszego reżysera odebrał Marek Koterski (podobno na finiszu przegrał z
Państwem Krauzami o pierś), a za scenariusz Jarosław Sokół (za „Statystów” w
reż. M. Kwiecińskiego).
Mało tego! Bo oto komisja namaszczająca polskiego kandydata do Oscara,
namaściła nie „Plac Zbawiciela”, lecz pełnometrażowy debiut Sławomira
Fabickiego pt. „Z odzysku”. Gdybyż tylko tyle! Obu gremiom – gdyńskiemu jury
i komisji selekcyjnej przewodniczył ten sam człowiek – Feliks Falk.
Czyżbym był tak niechętny „Placowi Zbawiciela”, że celowo zwlekam z
wyrażeniem negatywnej opinii? Jestem mu niechętny, ale przecież moja niechęć
nie zaślepia mnie, umiem dostrzec zalety tego filmu. Uważam, że obie panie –
Jowita Budnik i Ewa Wencel – zagrały doskonale, zdjęcia Marcina Koszałki
także są najwyższej klasy (moim zdaniem, znacznie wyższej, niż inscenizacja
tego obrazu). Natomiast, oglądając ten film, nie umiałem pozbyć się uczucia,
że z tej ponoć autentycznej historii o kobiecie, która nie umiejąc poradzić
sobie z własnymi życiowymi kłopotami, targnęła się na życie swoje i dwójki
swoich dzieci, Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze chcą na gwałt wysnuć
tragedię antyczną (z odniesieniem do mitu o Medei), nie bez sugestii, iż
jest to co najmniej współczesny moralitet. Bo przecież bohaterowie filmu
mieszkają w Warszawie przy placu Zbawiciela. Jest to jednak połyskliwa
ozdóbka, koncept, którego starczyło na efektowny tytuł, ale już nie metaforę
o spodziewanej sile rażenia, ponieważ przesłanie, jakie by miało wynikać z
faktu, iż bohaterowie mieszkają przy placu Zbawiciela, a codziennie, niczym
wściekle psy skaczą sobie do gardeł, jest dość trywialne.
Wybitny film Krzysztofa Krauzego pt. „Dług” kończył się na placu Zbawiciela,
ale w sposób nie nachalny, dyskretnie, gdy bohater stanął twarzą w twarz ze
swoim nieodwracalnym losem, sam – przed Bogiem i ludźmi – ze swoją zbrodnią
i poczuciem winy. Fakt, iż ma to miejsce na placu Zbawiciela, to tylko blady
błysk światła. Bardzo wątła nić, lecz może jedyna, jakiej warto się uczepić.
„Dług” był filmem posępnym i |
|

|
|
FELIKS NETZ
|
Plac
Zbawiciela
przygniatającym, ale oglądanie go nie sprawiało
mi przykrości. Inaczej jest – w moim przypadku – z „Placem Zbawiciela”. Nie
miałem ochoty być z tym filmem do końca seansu. Naturalnie, obejrzałem film
do ostatniej sceny, ale wyszedłem z kina przeświadczony, że autorzy filmu
próbowali dokonać dość brutalnej operacji na moim mózgu, na mojej
wrażliwości, na moim poczuciu rzeczywistości, na moim rozumieniu różnicy
między dobrem i złem. „Plac Zbawiciela”, wierzę, wyszedł od sytuacji z życia
wziętej, którą następnie zaczęto obudowywać ze wszystkich możliwych stron
scenami i postaciami mającymi służyć za dowód, że życie w tym kraju jest
odrażające, a ludzie to mniejsze czy większe kanalie. Potrafią nazwać pewną
przestrzeń w swoim mieście Placem Zbawiciela, ale to dla nich pusta nazwa.
Czy pusta dla wszystkich? Czy też tak założyli sobie autorzy filmu?
Żywiłem głębokie podejrzenie, że w scenariuszu pozszywano różne sprawy,
różne przypadki, które przytrafiły się ludziom niekoniecznie tej akurat
kondycji społecznej (nader miernej), co Beata i Bartek. Przeglądając w
internecie Pressbook zawierający materiały o twórcach „Placu Zbawiciela”,
dowiedziałem się, że historia z utratą życiowych oszczędności, oszustwie i
bankructwie developera jest wzięta z życia państwa Krauzów. To oni zostali
doprowadzeni do ruiny, wpędzeni w długi i czas jakiś koczowali w
podnajmowanych pokojach.
To ich historia. I stąd autentyczna wściekłość,
która w tym filmie się pojawia, gdy na wierzch wypływa wątek mieszkaniowego
oszustwa! Ów weryzm poświadcza sekwencja w spółdzielni mieszkaniowej, która
dopuściła się owego przekrętu, zrealizowana metodą dokumentalną. Aktorzy
|
|
Jowita Budnik i Arkadiusz Janeczek zostali wmieszani w grupę
rozjuszonych, autentycznych ludzi, którzy zapewne po-
dzielili los państwa Krauzów.
Ów bardzo mocno obecny w „Placu Zbawiciela” weryzm zjednał filmowi licznych
entuzjastów, wychowanych w ciągu ostatniej dekady na polskich telenowelach,
współczujacych i współodczuwających z bohaterami owych teleprodukcji, lecz
głodnych nieco pożywniejszej strawy. Dramatu, który jednak pozostałby
melodramatem! Ale melodramatem uszlachetnionym, w którym to, co z natury
jest melodramatyczne, i inne być nie może, zostało oczyszczone z
telenowelowej poczciwości; imitacja życia, którą tak sobie upodobali
oglądacze telenowel, została zastąpiona krwistymi ochłapami prawdziwego
życia. Nic dziwnego, że w głosach widzów zarejstrowanych po projekcjach
(premierowej i festiwalowej) dominował okrzyk: „Kawał życia!” Było nawet i
takie wyznanie: „Kawał mojego życia!”. Nic innego nie wymaga od nas
producent telenoweli nad to, byśmy jego produkt wzięli za „kawał naszego
życia”.
Pytanie zasadnicze: o czym jest ten film? – wywołuje reakcje w bardzo
wysokich rejestrach: moralitet o dobru i złu, rzecz o winie i odkupieniu.
Natomiast, jeśli wziąć ten obraz bez odwoływania się do mitów i
Dostojewskiego, „Plac Zbawiciela” jest opowieścią o zołzowatej teściowej,
która zarazem jest nadopiekuńczą matką i babcią tak zajętą swoimi sprawami,
że wnuki jej przeszkadzają. Chyba też jest kobietą niewyżytą seksualnie.
Wystarczy opuścić jej niegościnne, dość ciasne mieszkanie przy placu
Zbawiciela, by to, co jest rzekomo pulsem dramatu (czy zgoła tragedii) w tym
filmie, a więc toksyczność relacji rodzinnych, utraciła swą trującą moc.
Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze wrzucili Beatę i Bartka (małżeństwo
raczej niedobrane!) z dwoma synkami do mieszkania matki Bartka (trudno w
polskim filmie o bardziej odpychającą, by nie rzec: odrażającą postać
kobiety-matki-teściowej!) i każą im (i mnie) spędzić w tym pomieszczeniu
trzy czwarte czasu ekranowego. Po to, aby osiągnąć efekt klaustrofobii i
bezwyjściowości!
Otóż to jest łatwe! Bo nieporównanie trudniej jest pokazać sytuację
klaustrofobiczną i pozbawioną jakiegokolwiek wyjścia w przestrzeni otwartej,
i rozległej (na przykład na całkowicie wyludnionej morskiej plaży, lub w
przestronnym pałacu!), a jednak ciasnej i zamkniętej, patrz: „Ostatni dzień
lata” T. Konwickiego i „Anioł zagłady” L. Bun~uela. |