Niemieckie plany operacyjne wobec Górnego Śląska zakładały
okrążenie Armii „Kraków”, w skład której wchodziła Grupa Operacyjna „Śląsk”
na linii Nidy i Dunajca. W tej sytuacji niemieccy sztabowcy nie byli pewni,
jak zachowa się Grupa Operacyjna „Śląsk” generała Jana Jagmin-Sadowskiego –
czy wycofa się na wschód razem z innymi oddziałami generała Szyllinga, czy
też zdecyduje się na obronę województwa śląskiego, dając się tym samym
dobrowolnie zamknąć w kotle.
Rzeczywistość przerosła jednak wszelkie prognozy; odwrót wojsk polskich z
Górnego Śląska, przeprowadzony w nocy z 2 na 3 września zaskoczył
niemieckich sztabowców, nie liczących się z tak szybkim odejściem tej grupy
na Kraków.
W tym momencie niemieckie plany operacyjne brały w łeb – gros sił
rzucić należało do działań pościgowych (nade wszystko znakomicie wyszkolone
i zaprawione już w pierwszych bojach dywizje piechoty 8 i 28.), zaś zadanie
zajęcia okręgu przemysłowego powierzyć jednostkom trzeciego rzutu
mobilizacyjnego. Formacją taką była opolska 239. dywizja piechoty pod
dowództwem generała majora Ferdinanda Neulinga, wzmocniona dodatkowo
jednostkami straży granicznej [Grenzschutz].
Dywizja generała Neulinga, rekrutowana głównie spośród mieszkańców rejencji
opolskiej, ostatecznie sformowana została na bazie tamtejszej obrony
krajowej, tzw. Landwehry w sierpniu 1939 roku. Jej dowódca nie był jednak
Górnoślązakiem – pochodził z Saksonii. Do krainy Bonczyka i Eichendorffa
trafił dopiero w styczniu 1939 roku, mianowany komendantem opolskiego okręgu
Landwehry i awansowany jednocześnie do stopnia generała majora. Wcześniej
przez długie lata dowodził stacjonującym w Kętrzynie 23. pułkiem piechoty.
Poszczególne pododdziały 239. dywizji formowane były w rozmaitych
miejscowościach rejencji opolskiej, również w takich, gdzie dominowała
ludność posługująca się górnośląskim dialektem. Bez wątpienia w jej szeregi
trafiali także miejscowi Polacy, choć oczywiście trudno podawać tu jakieś
liczby. Na ogół praktyką niemieckich władz wojskowych było wysyłanie
podejrzewanych o propolskie sympatie poborowych czy rezerwistów do innych,
czysto niemieckich jednostek.
W drodze do Katowic
Swój marsz dywizja rozpoczęła w dniu 2 września. Wtedy to do jej oddziałów,
rozkwaterowanych w łabędzkich lasach, dotarł rozkaz zajęcia
„wschodniogórnośląskiego” (jak to określano) zagłębia przemysłowego.
Przeprowadzić miała to właśnie 239. dywizja piechoty wraz z 68. pułkiem
straży granicznej, zmotoryzowanym pułkiem SS „Germania” oraz Freikorpsem
kapitana Ernsta Ebbinghausa. Całość tych sił podporządkowana była tzw. 3.
Odcinkowi Straży Granicznej, na którego czele stał generał porucznik Georg
Brandt. Wobec wycofania się z województwa śląskiego zarówno regularnych
wojsk polskich, jak też znakomitej większości oddziałów powstańczej
samoobrony nie liczono się z jakimkolwiek poważniejszym oporem. Dość
nieoczekiwanie zatem tryumfalne wkroczenie do Katowic, stolicy województwa
śląskiego, przypaść miało w udziale jednostce nie biorącej dotychczas
żadnego udziału w walkach, a przewidzianej do działań wybitnie drugo-, czy
nawet trzecioplanowych.
Dywizja, wyruszywszy ze swych polowych kwater, w marszowych kolumnach posuwa
się na wschód, w kierunku nieodległej polskiej granicy. Przekracza ją około
południa 2 września, pomiędzy Bojkowem a Ornontowicami. Ten marsz nijak nie
pasuje do lansowanych uparcie obrazów hitlerowskiego Blitzkriegu –
zdecydowana część żołnierzy generała Neulinga maszeruje pieszo, spora część
dział i taborów ciągnięta jest przez konie. Samochodów i innych motorowych
pojazdów jest niewiele, choć i tak więcej, aniżeli w równorzędnych
jednostkach polskich. We znaki daje się potworny upał i podnoszony butami
oraz kołami pojazdów kurz. Grube, sukienne mundury i brak wody czynią to
wszystko jeszcze bardziej nieznośnym. Jednak zdjęcie, choćby na krótką
chwilę, rozpalonego słońcem hełmu powoduje natychmiastową interwencję
dowódcy.
W Ornontowicach dywizja zatrzymuje się na nocleg. Sztab zajmuje kwatery w
zamku, reszta oddziałów – gdzie popadnie. Gdy tylko zapada zmrok, rozlegają
się wystrzały. Znajdujące się jeszcze w marszu pododdziały ostrzeliwane są z
mijanych domów, ukryci w zamkowym parku snajperzy biorą natomiast za cel
okna pomieszczeń zajętych przez niemieckich oficerów. Jednostka generała
Neulinga notuje pierwsze straty, ginie między innymi podporucznik z
dywizyjnego pułku artylerii. Początkowa konsternacja niemieckich żołnierzy
ustępuje miejsca wściekłości – budynki, z których strzelano zasypywane są
dosłownie pociskami ze wszystkiego, co tylko strzelać może. Niemcy wdzierają
się do wnętrz, starając się ująć domniemanych Heckenschützen. Przynajmniej
kilka domów zostaje również spalonych. Podobne przypadki – puszczania z
dymem zabudowań, z których strzelano do niemieckich wojsk będą się
powtarzać, choć dowództwo wyraźnie zabrania takich zachowań. Sztabowcy
Wehrmachtu uważają, że w oczach miejscowej ludności psuje to wizerunek
niemieckiej armii.
Podobne sceny powtarzają się również w Bujakowie, przez który maszeruje
część dywizji, oraz w Orzeszu, gdzie przebywa wówczas głównodowodzący VIII
Korpusem Armijnym generał piechoty Ernst Busch. Bez wątpienia wydarzenia w
drugiej z tych miejscowości stały się powodem krwawej pacyfikacji,
przeprowadzonej tam 4 września przez oddziały Freikorps Ebbinghaus. Na tzw.
Pasternaku rozstrzelano wówczas przynajmniej dwudziestu mieszkańców Orzesza.
W Mikołowie
Trzeciego września w godzinach rannych dywizja wkracza do Mikołowa. Na rynku
i w prowadzących doń ulicach gromadzą się mieszkańcy. Część wiwatuje, część
z zaciekawieniem przygląda się wkraczającym wojskom i mundurom, jakich nie
widziano tu od blisko dwudziestu lat. W ratuszu, gdzie w międzyczasie
ukonstytuowała się niemiecka rada miejska, generała Neulinga wita pół setki
dezerterów z polskich jednostek. Bytomski dziennik Ostdeutsche Morgenpost
zamieszcza później fragmenty rzekomego listu, jaki jeden z żołnierzy 239.
dywizji wysłać miał do żony. Anonimowy bytomianin pisał m.in.:
Najwspanialsze przywitanie zgotowano nam w Mikołowie. Kwiaty padały na nas
niczym deszcz, bruk ulicy ginął kompletnie pod kwietnym dywanem. Wciąż na
nowo byliśmy obejmowani. Długo to trwało, ale wreszcie przyszliście!« Gdzie
tylko zajęliśmy kwatery, ugaszczano nas, nie chcąc nawet słyszeć o przyjęciu
za to pieniędzy. Wciąż pytano nas, czy już tu pozostaniemy, czy też wszystko
to jest tylko snem. Podobne sceny powtarzają się zresztą w wielu
górnośląskich miastach, nie tylko w Mikołowie. I są one na pewno bardziej
widoczne, aniżeli równolegle prowadzone działania pacyfikacyjne niemieckich
formacji nieregularnych czy Einsatzgruppen.
Dywizja rozkwaterowuje się zarówno w samym Mikołowie, jak i w okolicznych
miejscowościach: Zarzeczu, Mokrem, Kamionce… Odpoczynek nie trwa jednak
długo, gdyż już około 4 rano ogłoszony zostaje rozkaz wymarszu. Poszczególne
oddziały stopniowo wyruszają, około 5.00 cała dywizja jest już w ruchu,
podążając na północ, ku Katowicom. Wśród żołnierzy roznosi się wieść, że
zadaniem ich jednostki jest tryumfalne wkroczenie do stolicy województwa
śląskiego. Szczególnie wśród starszych wiekiem landwerzystów, nierzadko
weteranów walk z powstańcami w latach 1919-1921 wywołuje to niekłamany
entuzjazm.
Dywizja uformowana jest w dwie kolumny, które około godziny 5.00 wyruszają
na północ, ku południowym rogatkom Katowicom. Jedna, pod dowództwem
podpułkownika Hannsa Runnebauma maszeruje z Mikołowa oraz Mokrego przez
Piotrowice na Ligotę i Załęską Hałdę, druga natomiast, dowodzona przez
pułkownika Ericha Höckera, z Podlesia i Kamionki w kierunku Piotrowic, by do
Katowic wkroczyć od strony Brynowa. Pierwszą tworzą głównie oddziały 372.
pułku piechoty, drugą natomiast 444. pułku. Pododdziały trzeciego pułku z
dywizji Neulinga, noszącego numer 327., podzielone są pomiędzy obydwa
zgrupowania. Jak można zauważyć, trasy przemarszu obu kolumn przecinają się
w Piotrowicach.
Generał Ferdinand Neuling nie spodziewa się, by w mieście stawiono mu jakiś
znaczący opór. Przed czołem jego pułków posuwa się jednak, zgodnie z
regułami działań frontowych, oddział rozpoznawczy.
Piotrowice
W jednym tylko opracowaniu pojawia się informacja, jakoby z dachu miejscowej
szkoły niemieckieoddziały miały być ostrzelane przez kilku powstańców. Nie
wygląda to zresztą wiarygodnie – |
|

Szkoła w Piotrowicach. Z jej dachu ostrzeliwać
miało się kilku powstańców. Wątpliwe jednak, czy wydarzenie takie
naprawdę miało miejsce
|
|
Grzegorz Bębnik
|
Marsz na
Katowice

Dawny Dom Powstańca. W dniu 4 września miejsce najbardziej
chyba zaciekłych walk

Restauracja „Patria” na dawnej rogatce mikołowskiej. Może
tu doszło do legendarnego incydentu z zastrzeleniem niemieckiego oficera?
najprawdopodobniej zdarzenie takie w ogóle nie miało miejsca. Wiadomo
jednak, że mieszkańcy Piotrowic byli mocno zaskoczeni pojawieniem się
niemieckich żołnierzy; jeszcze dzień wcześniej w okolicy miały być widziane
polskie oddziały. Postój w tej podkatowickiej gminie podkomendni generała
Neulinga wykorzystują na gruntowną toaletę, by wejść do Katowic wygolonymi i
wyświeżonymi.
Kopalnia „Barbara”
w Mikołowie
W zabudowaniach kopalni w nocy z 3 na 4 września rozkwaterowuje się 1.
kompania saperów 239. dywizji piechoty. Zmęczeni drogą żołnierze
błyskawicznie zasypiają. Krótko po północy budzą ich wystrzały – o ściany
zajmowanych przez Niemców pomieszczeń uderzają pociski z broni ręcznej.
Wyrwani ze snu saperzy potrzebują nieco czasu, by zlokalizować miejsca, skąd
padają strzały. A są to położone po drugiej stronie ulicy budynki mieszkalne
oraz pobliska hałda.
Rozpoczyna się chaotyczna strzelanina, nastrój paniki
potęgują spłoszone hukiem wystrzałów konie. W nocnych ciemnościach
rozpoznanie celów jest niemal niemożliwe. Wreszcie ogień przeciwnika
zamiera. Ożywa jednak ponownie, gdy kompania w jakiś czas później opuszcza
teren kopalni. Dopiero wzięcie zakładników spośród załogi „Barbary” sprawia,
że oddział może odejść bezpiecznie, nie niepokojony już przez ukrytych
strzelców.
Most na Kłodnicy
Most, czy raczej mostek na płynącej tu w poprzek ulicy Piotrowickiej
Kłodnicy wysadzony został przez polskich saperów, słusznie podejrzewających,
że tą właśnie drogą na Katowice posuwać się będzie przynajmniej część
niemieckich sił. Rzeczywiście, podążająca tu kolumna podpułkownika Hannsa
Runnebauma jest zmuszona zatrzymać się do czasu, aż dywizyjni saperzy
wykonają prowizoryczną przeprawę. Jej przepustowość, jak należy domniemywać,
jest mocno ograniczona – oddziały Runnebauma tracą sporo czasu na
przeprawienie żołnierzy i sprzętu. Dopinguje ich jednak przywieziona przez
motocyklowego łącznika wiadomość, że w śródmieściu Katowic trwają walki, a
uczestniczący w nich żołnierze oddziału rozpoznawczego 239. dywizji błagają
o wsparcie.
Wiadukt kolejowy
w Ligocie
Przez wiadukt, drogą na Katowice podąża II batalion 327. pułku piechoty z
kolumny podpułkownika Runnebauma. W pewnym momencie zostaje ostrzelany z
okolicznych domów. Niemcy natychmiast odpowiadają ogniem, i to o
nieporównanie większym natężeniu – w kierunku, skąd oddano strzały
prowadzony jest ogień z trzech lekkich i dwóch ciężkich karabinów
maszynowych, prócz tego z broni ręcznej. Z ostrzeliwanych domów wybiegają
ludzie, część z nich jest uzbrojona. Niektórzy podejmują walkę, inni
uciekają. Niemieckie karabiny maszynowe zbierają krwawe żniwo – po walce
sanitariusze stwierdzają czterech zabitych i około dwudziestu rannych
powstańców, dwudziestu innych wziętych zostaje do niewoli podczas nakazanego
przez niemieckich dowódców przeszukania pobliskich budynków. Przynajmniej
trzech z nich zostaje później, z braku dowodów jakiejkolwiek winy,
zwolnionych.
Więzienie przy
ul. Mikołowskiej,
Dom Powstańca
Oddział rozpoznawczy 239. dywizji piechoty dociera pod gmach więzienia. Z
daleka już słyszy, jak zamknięci w celach niemieccy więźniowie śpiewają, by
zwrócić na siebie uwagę współziomków „Deutschland, Deutschland über alles”.
Wejście na teren więzienia i otwarcie cel jest jednak niemożliwe; zwiadowcy
generała Neulinga muszą kryć się przed ogniem, jaki otwarty zostaje w ich
kierunku z dwóch wysokich budynków po drugiej stronie torów kolejowych.
Jednym z nich jest bez wątpienia Dom Powstańca, drugim – najprawdopodobniej
kamienica przy równoległej do Matejki ulicy Słowackiego (nr 41/43).
Dopiero koło godziny 11.00 w rejon ten docierają posiłki – wobec braku
ciężkiej broni (i tak zresztą trudnej do użycia w zwartej miejskiej
zabudowie) walki toczą się z użyciem jedynie broni ręcznej i granatów.
Jeszcze później, wraz z pojawieniem się wkraczającej od strony Batorego
kolumny Grenzschutzu i bojówek Freikorpsu Ebbinghaus, do walki wprowadzone
zostają prawdopodobnie armatki przeciwpancerne kal. 37 mm, zdolne
wystrzeliwać również pociski burzące. Opór obrońców Domu Powstańca
ostatecznie złamany zostaje w godzinach popołudniowych. Czy rzeczywiście w
podziemiach Domu odosobnione grupy broniły się aż do 22 września? Wszystko
zdaje się wskazywać na to, że podobne doniesienia (celowali w nich zwłaszcza
korespondenci „Der Oberschlesische Wanderer”) są typową dziennikarską
kaczką.
Dwór w Załężu,
plac Wolności,
kopalnia „Katowice”
Około 4.00 rano 3 września w rejon załęskiego dworu przybywa 11. kompania IV
batalionu 73. pułku piechoty. Dowodzi nią kpt. Marian Tułak. Oddział ten ma
tu ochraniać pobliskie skrzyżowanie dróg, oczekując przy tym na dalsze
rozkazy. Te jednak nie nadchodzą, toteż kapitan Tułak decyduje się
samodzielnie nakazać odwrót. Jego oddział, do którego dołączają pojedynczo i
małymi grupkami członkowie powstańczej samoobrony, podąża ulicą Gliwicką
(wówczas Wojciechowskiego) w kierunku centrum miasta. W drodze ostrzeliwany
jest sporadycznie z okolicznych domów, nie wstrzymuje to jednak marszu.
Prawdziwe piekło rozpęta się dopiero na placu Wolności – z okien i dachów
otaczających plac kamienic padają gęsto strzały ulokowanych tam
freikorzystów. Mieli oni przybyć dosłownie chwilę wcześniej – na bruku leżą
jeszcze ich porzucone w pośpiechu rowery z przytwierdzonymi bukietami
kwiatów.
Oddział kapitana Tułaka odpowiada gwałtownym ogniem – strzelają zarówno
karabiny maszynowe, jak i wieziony zapewne na samochodzie terenowym
moździerz. Ranny w nogę kapitan Tułak wprowadza swój oddział w ulicę
Warszawską. Po przejściu kilkuset metrów, na rogu ulicy Wawelskiej otrzymuje
niezwykle silny ogień od strony katowickiego rynku. Żołnierze zalegają,
kryją się pod murami i w bramach. Jest wielu zabitych, jeszcze więcej
rannych. Uszczuplona kompania wycofuje się, by ominąwszy rynek ulicą
Słowackiego dotrzeć do górującej nad miastem kopalni „Katowice”. Znajdują
się tam jeszcze wówczas członkowie powstańczej samoobrony z oddziału por.
Franciszka Kruczka. Wraz z nimi żołnierze kapitana Tułaka wycofują się w
kierunku Mysłowic i Sosnowca.
Teatr Miejski, Rynek
3 września w godzinach wieczornych na dachu teatru pojawił się ciężki
karabin maszynowy, obsługiwany |
|
prawdopodobnie przez kilku polskich żołnierzy. Sam
gmach już wcześniej obsadzony został przez członków powstańczej samoobrony.
Do kogo należał i z czyjej inicjatywy karabin maszynowy znalazł się na dachu
teatru, jest już dziś niemożliwe do ustalenia. Po latach, w roku 1971,
przyznał się do tego ówczesny podporucznik rezerwy Jan Bolesław Warcholik,
rzekomo zmobilizowany do 73. pułku piechoty. Spójność jego relacji budzi
jednak poważne wątpliwości.
Wydaje się przy tym, że właśnie ogień z tego karabinu maszynowego mógł
rankiem 4 września zagrodzić żołnierzom kapitana Tułaka drogę w kierunku
katowickiego rynku. Być może mieliśmy tu do czynienia z bratobójczym
ostrzelaniem własnych wojsk? W atmosferze powszechnej nerwowości pierwszych
dni września było to jak najbardziej możliwe. Jeśli rzeczywiście
odpowiedzialnym za prowadzenie ognia z tego punktu był ppor. Warcholik, może
tym tłumaczyć należałoby jego zdumiewająco długie milczenie?
Około południa 4 września na katowickim rynku żołnierze 239. dywizji
spotykają się z posuwającymi się od strony Chorzowa i Wełnowca jednostkami
Grenzschutzu, które zająwszy wcześniej Chorzów, w Batorym i na ulicy
Gliwickiej łamać musiały opór powstańczej samoobrony. Również i tu nie
obeszło się bez pomocy działek 37 mm. Gdy przybyłe oddziały maszerują przez
katowicki rynek i przyległe doń ulice, otoczone tłumem witających ich
katowiczan oraz zwykłych gapiów, znienacka rozlegają się strzały z okien i
dachów kamienic wokół rynku. Tłumy rozpierzchają się w mgnieniu oka, znikają
w bramach, mieszkaniach… Niemieccy żołnierze wpadają do budynków, z których
padły strzały, wyważają drzwi pozamykanych lokali, przeszukują strychy.
Obawiają się jednak wyjść na dachy – wystawiane na próbę hełmy natychmiast
dziurawione są powstańczymi pociskami. Dopiero przybyłe z Bytomia oddziały
policji, bardziej przystosowane do walk w zabudowie, wypierają powstańców z
ich twierdz. Schwytani rozstrzeliwani są zapewne na miejscu – do dziś
nieznana jest jedna choćby relacja któregokolwiek z polskich uczestników
tych walk.
Park Kościuszki
i wieża spadochronowa
Do starć dochodzi, gdy ukryci pośród parkowych drzew i w naprędce wykonanych
okopach członkowie OOP ostrzeliwują posuwające się ulicą Kościuszki w
kierunku centrum miasta oddziały 239. dywizji z kolumny pułkownika Höckera.
Niemieccy żołnierze rzucają się do przydrożnych rowów, odpowiadają ogniem,
by wreszcie wraz z freikorzystami rozbiec się po parku w poszukiwaniu
obrońców. Przynajmniej jeden z nich zostaje wzięty do niewoli, wielu – jak
poświadczają niemieckie relacje – ma ukryć się pomiędzy gapiami,
wylegającymi na spotkanie oddziałów Neulinga. W parku pozostaje jeden tylko
punkt oporu, na którym wciąż trwają obrońcy. To wieża spadochronowa.
Miejsce symboliczne. Również chyba i dlatego, że trudno powiedzieć coś
pewnego o jego obrońcach. Wiele zdaje się wskazywać, że byli to harcerze,
którym być może towarzyszył jakiś powstaniec czy żołnierz. Najpewniej
przygotowani byli na walkę z przenikającymi od strony Brynowa bojówkami
Freikorpsu, nie zdając sobie sprawy, że wkrótce znajdą się na głównym
kierunku uderzenia 239. dywizji piechoty. Toteż w chwili, gdy otwarli ogień
do znajdującej się na Wzgórzu Beaty grupy wyższych niemieckich oficerów
(byli tam m.in. generałowie Brandt i Neuling), ich los był przesądzony.
Szybko ustawiona armatka 37 mm z oddziału obrony przeciwpancernej 239.
dywizji kilkoma strzałami likwiduje punkt oporu na wieży.
Cała ta scena nie trwa zapewne dłużej niż kwadrans, może pół godziny. Co
stało się z ciałami obrońców, może być już tylko przedmiotem mniej czy
bardziej uprawdopodobnionych domysłów. Istnieją też poszlaki, że już w
trakcie ostrzału kilka osób z załogi wieży zdołało uciec – windą lub
schodami. Znamienne, że wdrapujący się na wieżę kilka dni po tych
wydarzeniach świadkowie nie znaleźli jakichkolwiek śladów krwi. Może zatem
oddane z armatki wystrzały nie dosięgły żadnego z obrońców – gdyż
najzwyczajniej już ich tam nie było?
Kościół św.
św. Piotra i Pawła
W okolicach kościoła dochodzi do strzelaniny pomiędzy oddziałami 239.
dywizji a oddziałem powstańczym, prawdopodobnie zorganizowanym wcześniej
przez Franciszka Feigego. Powstańcy po krótkiej wymianie ognia wycofują się.
Lecz nie ma z nimi samego Feigego – przebywa w swym mieszkaniu, skąd około
południa wyprowadzony zostanie przez freikorzystów. Na pewno nie strzelano z
wieży kościelnej – pojawiające się później pogłoski o umieszczonym tam
gnieździe karabinu maszynowego to efekt twórczości złaknionych sensacji
hitlerowskich dziennikarzy.
Kościół
ewangelicko unijny
Na wieży kościoła znajduje się posterunek OOP, wyposażony najpewniej w
karabin maszynowy. Rozkaz o wycofaniu się najprawdopodobniej tam nie dotarł,
toteż powstańcy, widząc wchodzące do miasta oddziały Wehrmachtu, bez wahania
otwierają ogień. Wśród niemieckich oddziałów wybucha panika, z trudem
stłumiona przez dowódców. Na kościelną wieżę, skąd padają strzały,
skierowany zostaje ogień karabinów maszynowych, wkrótce dołączają się
również armatki przeciwpancerne. Powstańczy ogień milknie.
Restauracja „Patria”
Jerzy Pelc-Piastowski w tym właśnie miejscu, stanowiącym wówczas tzw.
rogatkę mikołowską, lokuje słynny, legendarny już moment zastrzelenia
niemieckiego oficera przez dziewczynę ukrywającą pistolet w bukiecie
kwiatów. To tylko jedna z istniejących lokalizacji – na ogół w tym
kontekście mówi się o katowickim rynku. Istniejące źródła nie pozwalają
jednak stwierdzić, czy taki utrwalony dzięki literaturze epizod w ogóle miał
miejsce.
Liceum im.
Marii Curie-Skłodowskiej
W budynku tym znajdować miał się posterunek, obsadzony przez niewielki
pododdział pod dowództwem niezidentyfikowanego kaprala o nazwisku Hryńczuk
bądź Hińczuk. Dysponując karabinem maszynowym, żołnierze z tego posterunku
ostrzelali wkraczające ulicą Mikołowską i Matejki oddziały Wehrmachtu,
Grenzschutzu oraz bojowników Ebbinghausa. Trudno powiedzieć, na ile
skutecznie – pewne jest tylko, że po walce, toczącej się również wewnątrz
położonych przy ulicy Warszawskiej budynków, wzięto do niewoli dwunastu
polskich żołnierzy. Kapral Hryńczuk (Hińczuk) zapewne zginął.
Kamienica
przy ul. Mariackiej
i Hotel „Śląski”
Sztab 239. dywizji piechoty rozkwaterowuje się na noc z 4 na 5 września w
ówczesnym Hotelu „Europejskim” (dziś: „Śląskim”) przy ulicy Mariackiej. Tuż
po zapadnięciu zmroku do pomieszczeń, zajmowanych przez sztabowców generała
Neulinga wpadają karabinowe pociski. Strzały padają z dachu i okien
położonej naprzeciw kamienicy. Niemieccy oficerowie rzucają się do okien
swoich pokoi – wywiązuje się krótka walka, podczas której szef sztabu
dywizji, pułkownik Bruno Ortner osobiście zestrzelić ma z dachu jednego ze
strzelających. Pozostali, nie czekając na przybycie zaalarmowanych hukiem
wystrzałów oddziałów wojska i policji wycofują się, rozpływając się w
nocnych ciemnościach.
* * *
O natężeniu wrześniowych walk w Katowicach w pewien sposób świadczyć może
zestawienie strat, jakie ponieśli Niemcy w dniu wkraczania do miasta, 4
września. Czy były one duże, czy małe, trudno powiedzieć. Pamiętać trzeba,
że w jakikolwiek sposób nie mogą być konfrontowane ze stratami strony
polskiej – tu przecież gros zabitych przypadało na ofiary doraźnych
egzekucji. 68. pułk straży granicznej przyznał się zatem w raporcie do
trzech ludzi zabitych, a czterech rannych, 239. dywizja – sześciu zabitych i
dwudziestu rannych, zaś Organizacja Ebbinghausa – odpowiednio – sześciu oraz
dwóch. Nie wydaje się, by dane te były „podretuszowane” – tym zajmowali się
w swoich artykułach hitlerowscy dziennikarze czy reportażyści, w rodzaju
sławetnego Georga Bartoscha. Wojskowa dokumentacja nie była przez nich
najprawdopodobniej w ogóle wykorzystywana; po zakończeniu kampanii
wylądowała w wojskowym archiwum w Gliwicach. Gdyby komuś istotnie zależało
na usunięciu pisemnych śladów polskiego oporu w Katowicach, nie doczekałaby
ona dzisiejszych czasów. Tymczasem – znajduje się we Freiburgu, w tamtejszym
archiwum. I zawarte w niej dane w niczym nie uwłaczają pamięci obrońców
miasta. |