– Na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie przyjęto mnie w 1953 roku. Dla mnie, synka, który dzieciństwo spędził w Rydułtowach, a do liceum chodził w Rybniku, te studia były jak wyprawa na inną planetę. Zobaczyłem siwowłosych artystów w czarnych, pełnych powietrza pelerynach i wielkich kapeluszach z rondem. Poczułem się, jak gdyby jakaś dobra wróżka przeniosła mnie do bajki o sztuce, a w Krakowie Młoda Polska wciąż zapraszała do cygańskiej zabawy – wspomina Zygmunt Brachmański.
Podróż do Krakowa nie była jednak wyłącznie podróżą, w której przekracza się granice mentalne. W pracowni rzeźbiarza prof. Jerzego Bandury Brachmański nauczył się, że wrażliwość wcale nie musi wytaczać wojen rzemiosłu. – Uczono przede wszystkim warsztatu. Bandurze, ale także innym pedagogom, w tym Xaweremu Dunikowskiemu, zawdzięczam, że wszystko się we mnie uporządkowało, że nie musiałem szukać po omacku. Ważne było również, że nie odrzucano myślenia o, powiedzmy, naturalnych źródłach rzeźby, że dochodziliśmy do samodzielności nie odrzucając wiedzy, którą daje np. konfrontacja z aktem, studium ciała. A przy tym nie miało to nic wspólnego z wpajaniem skłonności do naturalizmu – mówi artysta.
Brachmański zawdzięcza swemu mistrzowi, prof. Bandurze, racjonalne podejście do obecności na giełdzie (chyba jeszcze wówczas nie mówiono o rynku) sztuki. Bandura, który był m.in. współautorem pomnika na polach Grunwaldu i twórcą pomnika Kopernika, znanego każdej wycieczce szkolnej zmierzającej do chorzowskiego Planetarium, przekonywał studentów, by nie obawiali się odpowiadać na zaproszenia do udziału we wszelkich konkursach dla rzeźbiarzy. – W latach 60. i 70. ubiegłego wieku, rzeczywiście organizowano dużo konkursów. Nie miałem dylematu. Pozostawałem sobą. Reagowałem na dany temat, na określone zamówienie, nie bawiąc się w zgadywankę, czego się ode mnie oczekuje. Z czasem przekonałem się, że upór w proponowaniu własnych rozwiązań wcale nie skazuje na przegraną w konfrontacji z czyjąś wizją formy przestrzennej – podkreśla Brachmański.

Dorobek rzeźbiarza można łatwo sprowadzić do statystyki. Ponad dwa tysiące prac. Pomniki, statuetki, medale. Formy monumentalne, a na biegunach rzeczy kameralne i liryczne. I jeszcze, w około pięćdziesięciu kościołach rzeźba sakralna i dopowiadanie rzeźbiarskimi detalami ikonografii wnętrz. Nagrody w konkursach i nagrody za artystyczną postawę. I oczywiście liczne wystawy, i częste, ładnie brzmiące laurki. I na dodatek siedemdziesiąt lat żywota. Już byłem u progu własnej laurki. Zatem nie wypytuję o sztukę, ale o podróże. – Kiedy studiowałem, nie czerpałem wiedzy o sztuce europejskiej z reprodukcji, ale z barwnych opowieści profesorów. Pojechałem pierwszy raz do Paryża i wszystko wydawało mi się znane i bliskie. Ale to miasto jest dla artysty jako salon, w którym wypada i należy bywać. Rzym jest zupełnie inny. Gorący, zagadkowy, pełny różnych śladów i tropów. Spędziłem tam rok, gdy otrzymałem stypendium w ramach jednego z międzynarodowych projektów wspierania artystów. Dojrzałym już twórcom nie narzucono




Ryszard Jasnorzewski
 

Podróże
Brachmańskiego

żadnego programu, tylko raz w tygodniu całą grupą wyjeżdżaliśmy gdzieś poza Rzym. W pozostałe dni można było chodzić własnymi drogami. Chłonąłem miasto i ogrom dzieł sztuki, który zawsze na początku onieśmiela i przytłacza – mówi Brachmański. Uważa, że żaden rzeźbiarz nie może pominąć w myśleniu o własnej misji dorobku Michała Anioła: – Jego dzieła to więcej niż sztuka, to niezwykłe, ponadludzkie zmaganie się tworzywem. On nie tyle rzeźbił, co wymuszał na materii, aby dorównała życiu.
Po latach, w pracowniach Muzeum Watykańskiego, katowicki rzeźbiarz sam zmierzył się z tworzywem renesansowego mistrza. Wyrzeźbił w marmurze kararyjskim Madonnę, która dzisiaj znajduje się w klasztorze sióstr służebniczek NMP w

Panewnikach. Podróże do Włoch, Grecji, a przede wszystkim do Turcji, utwierdziły Brachmańskiego w pewności, że właściwym miejscem rzeźby nie jest muzeum. – To w Turcji, w Efezie czy Pergamonie, można w pełni zrozumieć, że piękno formy przestrzennej jest jak gdyby wpisane w swoje otoczenie, z jego temperaturą, klimatem, roślinnością.
Z wyprawy do Chin pozostały wspomnienia niezwykłej terakotowej armii cesarza Szy Huang-ti. W Peru zafascynowała monumentalność Andów i spotkanie z potomkami Inków. – Próbowałem oddać w kameralnych rzeźbach taniec dzisiejszych Indian, w ich strojach zdobionych piórami, przeobrażających ich w wielkie ptaki – mówi artysta. Dodaje przekornie, że odbył także podróż do korzeni: – W Indiach poczułem się jak w ojczyźnie, ze względu na nazwisko. W ogóle ciągnie mnie na Wschód. Może nie przypadkiem natura wyposażyła mnie w takie rysy twarzy. No wiadomo, że Tatarzy dotarli aż do Radlina. Tak naprawdę Brachmańskich rozrzuciło po całym świecie. Mieszkają nawet w Australii. Mój ojciec pochodził ze zubożałego ziemiaństwa. Dzięki księgom metrykalnym udało się zrekonstruować genealogię od początków XVII wieku. W minionych stuleciach artystów w rodzie nie było, za to teraz trzech moich kuzynów uprawia sztukę. Wiktor Ostrzołek mieszka w Katowicach, Waldemar Koczy w Warszawie, a Waldemar Tomala w Berlinie.
Brachmański twierdzi, że ciągle proces twórczy jest dla niego szyfrem przede wszystkim psychicznym, a nie technicznym. Uważa, że najważniejsza jest intuicja, że nawet po kilkudziesięciu latach pracy o efekcie przesądza nie tyle pewność radzenia sobie z rzemiosłem, co wsłuchiwanie się w impulsy, sygnały wewnętrzne. Rzeźba to zawsze monolog prostych metafor, ale metafor nie przeobraża w jasny, alegoryczny przekaz dane z góry zamówienie, ale samodzielnie wybrana – dojrzana najpierw wyobraźnią – dominanta. Swoista wierność sobie. Może dlatego nigdy nie został zrealizowany projekt, który przyniósł artyście I nagrodę w konkursie na pomnik Trudu Górniczego. Brachmański wyrzeźbił heroicznych Tytanów, przygniecionych bryłami węgla. Był 1984 rok i mecenas oczekiwał brył uśmiechniętych atletów, najlepiej w galowym umundurowaniu i udekorowanych orderami. Niezrealizowany pomnik hutników w ogóle rezygnował z aluzji do figuratywności. Bryła była unerwioną, niemal histeryczną lawą rozpalonej rudy.

Rzeźbiarz jest autorem pomników Jana Pawła II, które stanęły na piekarskiej Kalwarii i na rynku w Rybniku. Ale może właśnie wierność sobie sprawiła, że ciągle nie doczekał się realizacji inny pomnik papieski. Realistycznie wymodelowana głowa, charakterystyczny uśmiech, dłoń i gest błogosławieństwa. Ale ta wyraźna ikoniczność, niemal odpustowość, jest dramatycznie złamana uciekającymi do wnętrza bryły fałdami – uformowanymi z abstrakcji lub z niezgody na monument.
Upór Brachmańskiego ma jednak – jak każdy z wielu medali, które wykonał – dwie strony. Kiedy ostatni raz odwiedziłem artystę, pracował nad popiersiem Wilhelma Szewczyka. – Wiem, że jak stanie z tym cygarem, to będą różne złośliwe komentarze. Ale jak wyrzeźbić Szewczyka bez cygara?

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA