Wszystkie komponenty tego filmu są dobrej jakości: scenariusz
Richarda Wenka, reżyseria starego mistrza Richarda Donnera (m.in. „Zabójcza
broń”, „Maverick”) i pierwszorzędne aktorstwo Bruce’a Willisa, który
wiedziony niezawodnym instynktem wyczuł w roli Jacka Mosleya szansę na
przełamanie stereotypu twardziela, który zawsze wychodzi na swoje. Jego Jack
Mosley przykuwa uwagę widza od pierwszych minut, ponieważ aktor całym sobą,
nie tylko wyglądem podstarzałego, wyliniałego gliny, ale spojrzeniem,
sposobem, w jaki wypowiada skąpe kwestie, ba, nawet oddechem – płytkim,
wymęczonym, daje nam do zrozumienia, że znalazł się na krawędzi, skąd zwykle
trafia się na samo dno.
I ten oto człowiek, który ma świadomość przegranego życia – bo, jak się
okaże, dał się upodlić wysługując się bardziej interesom firmy, niźli służąc
mieszkańcom Nowego Jorku – otrzymuje na pozór proste zadanie, zadanie, wedle
jego oceny: w sam raz dla gówniarza, nie dla starego gliny – dostarczyć
Eddiego Bunkera (w tej roli znakomity Mos Def) z aresztu do sądu, niezbyt
daleko, zaledwie szesnaście przecznic. Niebawem przekonamy się naocznie, że
tych 16 przecznic to, zaiste, 16 kręgów piekielnych.
Od momentu, gdy Jack Mosley wsiada do samochodu, mając na tylnym siedzeniu
Eddiego Bunkera, do roboty wyrusza Śmierć. Albowiem Eddie Bunker musi
zginąć. Kim jest Eddie Bunker i komu tak bardzo zależy na jego rychłym
zgonie? Eddie Bunker to młody, czarnoskóry gaduła, posługujący się jakąś
uproszczoną angielszczyzną z brooklińskim akcentem, tak iż Mosley ma
chwilami trudności ze zrozumieniem tego, co jego przymusowy pasażer
artykułuje. Ów gaduła ma stanąć przed sądem do godziny 10.00, ani minuty
później, ponieważ minutę po godzinie 10.00 zostaną zwolnieni sędziowie
przysięgli. Eddie ma złożyć zeznanie obciążające policjantów z 14.
komisariatu, w którym przecież pracuje Jack Mosley, ale zeznania Eddiego
Bunkera najsilniej mogą uderzyć w przełożonego Mosleya, porucznika Nugenta
(w tej roli doskonały aktor, znany także z kreacji teatralnych – David
Morse).
Oryginalność scenariusza polega na tym, że konwojowanego świadka chcą zabić
policjanci!
I tak by się stało, gdyby na Verrano Bridge nie powstał korek, w którym
utknął policjant zawczasu wyznaczony do roli konwojenta Eddiego Bunkera.
Tenże jest pełen złych przeczuć, ponieważ ma bystre oko i dobrze widzi
niedostatki Jacka Mosleya: po pierwsze utyka, ledwie noszą go nogi, jest na
wiecznym kacu, w dodatku zatrzymał się przy pierwszej okazji, aby wstąpić do
sklepu monopolowego, gdzie, jak się |
|

|
|
FELIKS NETZ
|
16
przecznic
orientujemy,
jest doskonale znany.
Pomysł scenarzysty zasadza się na tym, że konwojowany i konwojent z każdą
minutą stają się coraz bardziej sobie potrzebni. Stanowią świetną parę
filmową, jeden jest powolny i małomówny, drugi nie przestaje tokować, jest
ruchliwy jak żywe srebro; jeden jest u kresu, wszystko ma już za sobą,
niczego więcej nie oczekuje od życia, żadnej nadziei; drugi ma szansę odbić
się od dna, złoży zeznanie i pospieszy na bardzo ważne spotkanie, wyznaczone
na godzinę 12.00. Jest to, podobnie jak stawienie się w sądzie, termin
nieprzekraczalny. Nie wiemy jednak, dlaczego.
Reżyser Richard Donner jest specjalistą od kina akcji, sekwencje pościgów,
karamboli, eksplozji są w jego filmach doprowadzone do perfekcji. Scenariusz
gwarantował mu tego rodzaju spektakularność, ale dawał coś nadto, co
zafrapowało starego (rocznik 1930) hollywoodzkiego majstra: narodziny i
rozwój, na oczach widza, w trakcie zapierającej dech akcji, przyjaźni na
zdrowy rozum niemożliwej. Co więcej: owa przyjaźń zostaje przeciwstawiona
lojalności względem kolegów-policjantów. To czuły punkt w strukturze
emocjonalnej filmu, i porucznik Nugent – typ tyleż cyniczny co inteligentny
– uderzy właśnie w ten punkt: kogo wybierasz,nas, swoich kumpli-gliniarzy,
czy to, by zacytować Nugenta, gówno?
Pytanie jest celne, ale ten dzień, jak się okazuje, będzie dla Jacka Mosleya
dniem wielu pytań. Wśród nich tego podstawowego: czy człowiek może się
zmienić? Jest to centralne zagadnienie „16 przecznic”. Jack Mosley zna
odpowiedź: nie, człowiek |
|
nie może się zmienić, czego najlepszym przykładem jest
on sam! Kierunek jest tylko jeden: w dół, na samo dno. Niczego nie można ani
zatrzymać, ani odwrócić. Innego zdania jest Eddie Bunker: wymienia nazwiska
paru znanych powszechnie przestępców, którzy potrafili zmienić swoje życie
na lepsze, ponieważ sami się zmienili. Eddie Bunker wierzy w szansę zmiany
na lepsze i to w sobie samym, we własnym wnętrzu. Używa tego słowa: wnętrze,
co dziwi w jego ustach, ponieważ słownik Eddiego jest ubogi. Jest jeszcze
pewien zwrot, zbitka dwóch słów, które mają dla niego nadzwyczajne, by
nie rzec nadprzyrodzone znaczenie: dobry znak.
Nadspodziewanie dużo jest tych dobrych znaków i to od samego rana. Począwszy
od korka na Verrano Bridge, w którym utknął niedoszły konwojent Eddiego.
Fakt, iż wybór padł na Jacka Mosleya, to też dobry znak, choć wszystko
zdawałoby się temu przeczyć. A przecież, podczas gdy cały 14. Komisariat
chce zabić Eddiego Bunkera, właśnie ów na pozór gamoniowaty, zapijaczony
Jack Mosley, ratuje mu życie, i to, jak to ujmuje Eddie, kilka razy w ciągu
niespełna dwóch godzin...
Zbliża się godzina 10.00, a nie ma sposobu, aby się przedostać do sądu,
który już jest w zasięgu ręki. Na ulicach Nowego Jorku toczy się prawdziwa
mała wojna o Eddiego Bunkera. Absurd tej wojny tkwi też w tym, że Jack
Mosley walcząc o życie Eddiego, walczy przeciwko sobie, ponieważ jego imię i
nazwisko zostanie wymienione przez głównego świadka oskarżenia, jakim jest
Eddie Bunker. W udręczonej wiecznym kacem i samoobrzydzeniem głowie Jacka
Mosleya lęgnie się nieśmiała myśl, że być może Eddie Bunker jest jego
szansą, że może Eddie Bunker to jest dobry znak?
Pomysłowość scenarzysty jest niewyczerpana, lecz ani na chwilę nie traci on
poczucia realizmu. Niesamowite zdarzenia dzieją się w rzeczywistym świecie,
na zaludnionych ulicach Nowego Jorku, nierzadko ku zaskoczeniu przypadkowych
przechodniów. Najwyraźniej Jack i Eddie zostali wrzuceni w uliczny tłum, a
swoim wyglądem i niekonwencjonalnym zachowaniem zwracają uwagę mijających
ich ludzi; ta szczypta weryzmu dobrze służy filmowi, który począł się z
konceptu bardzo literackiego.
Nie zdradzając rozwiązania, ciekawego i satysfakcjonującego widza, trzeba
zaznaczyć jedno: ten film nie pozbawia widza nadziei, a promień ostrożnego,
lecz tym bardziej wiarygodnego optymizmu, jaki ów obraz przenika, sprawia,
że „16 przecznic” nie wolno wpisać na listę odmóżdżonego letniego
repertuaru.
To film z charakterem. |