– Pani Bogumiło, co się stało? Noga obandażowana, na
podwyższeniu. Żeby kózka nie skakała…. czyli, co się stało?
– Winna jest ta nasza cudowna praca. Cały świat myśli, że aktorzy ubierają
się w piękne kostiumy, cudownie się bawią i w ogóle nic im nie zagraża, bo
jest to bezpieczny i wspaniały zawód. Otóż jest dokładnie odwrotnie – zawód
jest niebezpieczny i niedobrze płatny. I czekają na nas różne pułapki.
Przygotowujemy premierę Szwaczek Pawła Sali. Schodząc z podestu
nieszczęśliwie stąpnęłam na jakaś rolkę, pojechałam na niej i… noga musi być
obandażowana. Ale ileż było takich różnych zdarzeń, gdzie krew się lała, i
to nawet obficie. Pamiętam jak Michał Rosiński miał przeciętą żyłę w nodze i
krwi było tyle, jakby ktoś wiadro jej rozlał na scenie. To ktoś miał ucho
obcięte, a nóg w gipsie to nawet nie zliczę. Mąż miał i rękę w gipsie, i
twarz szytą, tak że okazuje się, iż teatr nie jest tak do końca miejscem
bezpiecznym.
– Czyli tragedie prawdziwe, nie tylko napisane.
– Może nie tragedie, bo tragicznie nic się nie skończyło, to była tylko moja
złamana ręka, ale były przypadki kłopotliwe dla aktora. I trzeba było grać
mimo bólu i chwilowego kalectwa. Tak było w Amadeuszu Petera Schaffera.
Miałem tam taką nieszczęśliwą sytuację, że musiałem z przyklęku przejść od
razu do upadku na plecy. To bardzo karkołomna ewolucja. I nagle poczułem, że
coś mi chrupnęło – chyba cały teatr to usłyszał – urwała mi się łękotka w
lewym kolanie i zablokowała mi staw, i nogę, której nie mogłem w żaden
sposób wyprostować. Przestawienie dograłem oczywiście, kuśtykając jednak,
jak nie przymierzając Quasimodo. Grałem mając ponad 38 stopni gorączki, ale
to jest dla nas normalne. Człowiek musi być naprawdę bardzo chory, żeby
odwołano przedstawienie. Bo spektakl to rzecz święta.
– Dopowiedz Jurku, że aktorzy zwykle nie biorą zwolnień lekarskich i lekarze
o tym doskonale wiedzą. Nawet tych zwolnień nam nie proponują.
– Trzeba pamiętać o tym, że na scenie niby jesteśmy świadomi tego, co
robimy, ale przecież za każdym razem wchodzimy w inny świat, w inną aurę
emocji, nie wszystko widzi się tak dokładnie, bo światła lub ich brak
odgrywają też olbrzymią rolę i dlatego często takie przypadki zdarzają się.
– Mimo że my bardzo się kontrolujemy. Kiedy biję koleżankę to mam
świadomość, że to musi wyglądać tak jakbym naprawdę ją tłukła, a przecież
wcale jej nie okładam, bo po 2 spektaklach byłaby cała posiniaczona.
– No chyba, że Pani nie lubi koleżanki…
– Tę akurat lubię i miałam skrupuły przy tej scenie, czy jej aby nie uderzę
naprawdę.
– My z Boguśką jesteśmy chyba bardzo pechowi. Ciągle zdarzają nam się jakieś
wypadki.
– W Krzesłach Ionesco miałam naderwany piąty palec lewej reki, bo zahaczyłam
o surdut Czesia Stopki. W tańcu wszedł w jakaś dziurkę i kiedy gwałtownie
szarpnęłam ręką palec zwisał bezwładnie.
– To są drobne przypadki, ale Danusia Morawska spadła kiedyś do zapadni,
czyli kilka metrów w dół.
– Ona wtedy żebra połamała. Śmialiśmy się jednak, ponieważ za odszkodowanie,
które dostała, pojechała na trzy tygodnie do Grecji.
– Czyli zawód bardzo niebezpieczny, ale przecież nie zamienilibyście go na
inny? Zawsze myśleliście o aktorstwie?
– Zawsze chyba nie, bo jako dziecko na pewno chciałem być strażakiem,
żołnierzem albo kosmonautą. U mnie TO pojawiło się na rok przed skończeniem
szkoły. A skończyłem szkolę średnią we Lwowie, jeszcze w Związku Sowieckim,
i przyjechałem miesiąc przed egzaminami wstępnymi do Szkoły Teatralnej w
Krakowie. Nie wiedziałem jeszcze, czy będę aktorem, ale bardzo chciałem nim
zostać. I zdarzył się cud – zdałem! Zostałem aktorem i im dłużej wykonuję
ten zawód, to tym bardziej sobie uświadamiam, że nie chciałbym robić nic
innego. Gra na scenie interesuje mnie bardzo, ale też lubię spełniać się
jako reżyser. Pracuję z młodzieżą z Akademii Muzycznej z wydziału
aktorskiego. Zrobiłem z nimi Sen nocy letniej i Jak wam się podoba
Szekspira, zrobiłem Lizystratę Arystofanesa, Dom kobiet Zofii Nałkowskiej i
Moralność pani Dulskiej Zapolskiej. Kilka „Mrożków”, Trzy siostry Czechowa,
Pokojówki Geneta… No było trochę tego.
– Widziałam te jego próby reżyserskie i muszę powiedzieć, że były to próby
bardzo udane. Te przedstawienia miały jego specyficzne znamię.
– A Pani od zawsze marzyła o scenie?
– Zawsze kochałam teatr, bywałam w teatrze, ale marzyłam o archeologii. Ale
kiedy w moim żeńskim gimnazjum zaczęto przygotowywać się do konkursów
recytatorskich, załapałam chyba tego bakcyla sceny. W jednym takim
spektakliku byłam przebrana za starego profesora matematyki i nikt mnie nie
poznał. Więc nie tylko miałam uzdolnienia aktorskie, ale byłam też
mistrzynią charakterystyki – teraz uczę tego czasami studentów.
Przepowiadali mi wówczas – oj ty chyba skończysz w teatrze, a ja z uporem
maniaka powtarzałam, że pójdę na archeologię. Jednak zostałam aktorką i
spełniałam się na scenie. Ale miałam taki okres, kiedy całkiem poważnie
myślałam o rzuceniu teatru. I to nie dlatego, żebym nie grała, żeby mnie nie
zauważano i nie obsadzano. Już nie myślałam o archeologii, ale chciałam
skończyć psychologię, pisać, zamknąć się w górach… Myślałam o tym ze trzy
lata. Jakbym była nawet pielęgniarką i podawała ludziom baseny, to byłabym
bardziej potrzebna niż jako aktorka – tak sobie kombinowałam. Dzisiaj wiem,
że się myliłam. Nie mogę żyć bez teatru.
– Całe swoje zawodowe życie związaliście z Katowicami…
– Był taki mały epizod z teatrem w Bielsku, który bardzo mile wspominamy.
– A przecież Pani mogła grać w Warszawie.
– Grałam i nie grałam, byłam i nie byłam. Podpisałam umowę z Józefem Szajną,
już nawet wiedziałam, jakie role będę grała, już wiedziałam, gdzie będę
mieszkać, dostałam podwyżkę gaży i obiecano mi następną, i do tej pory nie
mogę zrozumieć mojego postępowania. Podziwiałam i podziwiam Szajnę, bo to
wielka osobowość, ale chyba instynkt mi podpowiedział, że ja nie chcę być
przez wiele lat lewą nogą w misce pełnej wody czy jakimś tam minerałem. Taka
anegdotę przytoczę: Aktor Szajny pokazuje fotografie rodzinie i mówi: Tutaj
w tej misce to jestem ja, a ten obok to jest Janusz… Czekajcie… Albo
odwrotnie. Zagrałam u Szajny trzy razy i to było fascynujące, ale później
przemyślałam to, przyjechałam do Katowic i powiedziałam sobie: Jesteś za
mała na Warszawę, za tobą nikt nie stoi. Zofia Kucówna miała Adama
Hanuszkiewicza, Kalina Jędrusik miała Stanisława Dygata. Każda z tych
aktorek, które wpisały się w historię teatru oprócz tego, że miały talent,
to jeszcze miały tak zwane „lokomotywy”, i ja się przyznaje otwarcie –
przestraszyłam się tej Warszawy, ale poza tym ja nigdy nie miałam tak
zwanego kompleksu prowincji. Byłam tutaj pierwszą aktorką i chyba lepiej być
pierwszą w Katowicach niż 35. w Warszawie. Jeżeli oczywiście na tej
warszawskiej scenie jakoś bym zaistniała.
Wysłałam do Szajny telegram złożony z 60 słów. Przepraszam, nie mogę, Pan to
zrozumie – przepraszam. Przepraszam, przepraszam, przepraszam… I zerwałam tę
umowę. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Może nie miałabym takiego wspaniałego
męża, cudownego syna i nie zagrałabym wielu ról, które tutaj zagrałam.
– Boguśka z jej talentem mogłaby grać takie same role w Warszawie i
wszędzie. Och, mój Boże – nie poznałaby mnie! Ale przecież nie wiedziałaby,
że taki ktoś istnieje.
– Powiedziała Pani, że była tutaj przed laty pierwsza. Kiedy przyjechałem do
Katowic w roku 1976, to przed premierą ludzie dyskutowali, kto gra i mówili
– idę, bo gra Murzyńska, albo idę, bo gra Decówna.
– Był to fajny okres, bo chodziło się do teatru na aktora.
– Nie tylko wówczas. Przed premierą Kto się boi Wirginii Wolf też szeptano….
Murzyńska gra, Murzyńska w roli głównej…. A nie mówili nic o Panu!
– Nie dziwię się. |
|

Razem zagrali w „Kto się boi Wirginii Woolf”
|
|
Z BOGUMIŁĄ MURZYŃSKĄ i JERZYM GŁYBINEM, aktorskim małżeństwem z Teatru
Śląskiego w Katowicach,
rozmawia
Marek Mierzwiak
|
Nie
jesteśmy śrubkami
– Ale za to
po spektaklu mówili, bo Jurek za rolę w tym spektaklu dostał Złotą Maskę.
Czasami lepiej, żeby nie mówili przed. Niech zobaczą, ocenią i docenią po
przedstawieniu.
– Pani zagrała ponad 100 ról, dostała 7 Złotych Masek, Pan ponad 90 i 2
złote Maski. Czy to są ważne wyróżnienia?
– Bardzo, szczególnie teraz, bo kiedyś, na początku nie oceniali nas
krytycy, ale to był plebiscyt widowni. Dostawaliśmy za popularność, za to,
czy nas widzowie lubią, mniej za kunszt aktorski.
– Co lepsze?– Trudno powiedzieć, ale chyba bardziej nobilitujące jest to,
kiedy oceniają aktorkę znawcy, krytycy, dziennikarze. A popularność czasami
gdzieś pokrywa się z profesjonalizmem aktorskim. Nie zawsze, ale czasami i
wówczas chyba jest naj-
lepiej.
– Przeciętna widownia lubi określone sztuki, przychodzi w określonym celu do
teatru. Zawsze łatwiej jest uzyskać uznanie widza, gdy się świetnie bawi i
odpoczywa – w Zemście, Mayday’u, Nie teraz kochanie, natomiast trudniej za
role w sztukach Strindberga, Camusa… Za role w ciężkich, mrocznych, trudno
zrozumiałych spektaklach, mimo że rola może być genialna. Dla nas te
wyróżnienia i nagrody są jakimś miernikiem. Czasami nie do końca zgadzam się
z werdyktem jury, mam wrażenie, że ta Złota Maska jest kontrowersyjna,
niemniej jest to nagroda przez nas aktorów, tu na tym terenie, ceniona. Jest
to jakaś podnieta, impuls, nie do lepszego grania, bo zawsze próbujemy grać
najlepiej jak potrafimy – ale taki dowód uznania jest niewątpliwie znaczący.
To dobrze, kiedy widownia nas ceni i kiedy krytycy w pewnym sensie,
odzwierciedlają jej opinie. Nie zawsze jednak tak jest. Krytyk powie: Graja
farsę, świetnie co prawda, ale to tylko farsa. Za grę w farsie Złotą Maskę
dać? Nie uchodzi. Za Hamleta, Raskolnikowa, Edypa… ale za Johna Smitha? A to
nie jest sprzeczne. Farsa jest trudnym gatunkiem aktorskim i to trzeba umieć
grać. Jak ktoś gra Hamleta to przychodzą, aby mu tę Maskę za to dać.
Natomiast trzeba się mocno napocić, żeby dostać Maskę za Johna Smitha.
– Czy Państwo jesteście spełnieni, docenieni po tych 100 rolach, jakie każde
z was zagrało?
– Role z wielkiego repertuaru gram ciągle, więc trudno mi narzekać. Kiedy
byłem bardzo młodym aktorem, biegłem zawsze do tablicy oglądać nowe obsady.
Gdy mnie tam nie było mówiłem „Oj Boże, jak niedobrze”. Teraz tego nie mam.
Niepokojące było dla mnie, chociaż i to jakoś przeżyłem, że za dyrekcji
Bogdana Toszy dostawałem jedną rolę rocznie. Ale to była ROLA. To nie były
ogony czy sama tylko obecność na scenie. Zawsze dostaję role znaczące i
praca nad nimi daje mi dużą satysfakcję. Ale gdyby mi ktoś dziś powiedział –
Jurek ty już chyba zagrałeś wszystko – odparłbym – bzdura. Jest tyle ról dla
każdego wieku, dla każdej wrażliwości aktorskiej, dla każdego emploi
aktorskiego. Do śmierci mogę to powtarzać: Za mną jest już Hamlet, za mną
jest Konrad-Gustaw, ale przede mną jest Król Lear i Prospero.
– Dopóki pamięć jest dobra i można uczyć się tekstów, dopóki jest wrażliwość
i chłonność na świat i jego nowości, i dopóki siły nas nie opuszczają, to
możemy grać. Chirurg musi mieć bardzo dobry wzrok i pewna rękę, a aktor może
mieć słabszy wzrok i rozedrgane ręce i grać. Do końca.
– Może, ale pamięć jednak wyczerpuje się.
– Ale są aktorzy i po osiemdziesiątce, którzy mają fenomenalną pamięć i
znakomicie grają. Choćby Adam Hanuszkiewicz. Nie chciałby Pan, aby taki szum
– Głyyyybiiiinnn – poszedł po widowni, gdy Pan wchodzi na scenę.
– Co to znaczy ten szum. Wybaczy mi kolega Andrzej Grabowski. Dobry aktor.
Ale nie chciałbym zrobić kariery tak jak on zrobił. Nie chciałbym, aby
poszedł ten szum po widowni, kiedy ja grałbym Makbeta, Konrada czy Kordiana:
Oooo Kieeeepsssskiii... Nie zależy mi na popularności za wszelką cenę, i
nigdy mi na niej nie zależało. Bo to jest tania popularność sztuki masowej,
a my nie zapominajmy, że teatr jest sztuką najwyższych lotów. Teatr jest tym
czym serial telewizyjny nie będzie nigdy.
– W Gąsce Nikołaja Kolady wykrzykuję: Moi koledzy są w wielkich miastach i
grają w serialach. Krzysztof Materna, reżyser tego spektaklu, gdzieś
napisał, że poznał w Katowicach aktorkę, która chce grać w teatrze i nie
marzy, aby grać i zarabiać w serialach. Nie twierdzę, że wszystkie role,
które zagrałam, były wybitne czy bardzo dobre. Może bym wymieniła 10, z
których mogę być naprawdę dumna. Inne były dobre, przyzwoite, ale miałam też
potknięcia. Jak każdy. Tylko często powtarzam: Aktor przyzwoity nawet
inaczej potyka się niż aktor nieprzyzwoity. Nawet jeżeli będzie to blamaż,
to będzie on przyzwoity!
– A jaki dziś jest polski teatr?
– Teatr idzie w kierunku publicystyki. Powstają jakieś przedziwne mody.
Teatr traci to, co ma w sobie najistotniejszego: pewną magię. Usiłuje
zbliżyć się do życia takim, jakie ono jest. Według mnie jest to droga
błędna. Teatr jest dziedziną sztuki i już to mówi, że to, co ukazuje – jest
w cudzysłowie. Oglądamy wysmukłe sylwetki świętych i męczenników u El Greco...
i to jest sztuka najwyższych lotów. Tak teatr wszystko pokazuje w pewnej
umowności. Natomiast sprowadzanie wszystkiego do czystej publicystyki mnie
trochę niepokoi. Niepokoi mnie też to, że do teatru przenikają bardzo
niebezpieczne tendencje, które obserwujemy w pośledniejszych filmach. To
jest to brutalizowanie rzeczywistości. Rozumiem, gdyby to jeszcze było coś,
co ma nas ostrzec przed czymś, uchronić. Ale w teatrze widywałem sporo
inscenizacji, które w czymś takim się lubują. Dla mnie teatr nie jest tylko
i wyłącznie sztuką oddziaływania, powinien czegoś uczyć i wychowywać.
Uwrażliwiać, a jednocześnie uszlachetniać. Powinien pokazywać zło, bo ono
istnieje, ale nie robić tego ot – sztuka dla sztuki. Poza tym mniejszą wagę
przywiązuje się w tej chwili do kunsztu aktorskiego, bo bardziej liczy się
efekt oddziaływania. Boję się, że aktorzy niedługo rozmyją się w tych
multimedialnych przekazach na scenie, w powodzi świateł laserowych i
skanerów. Dostrzegam takie niebezpieczeństwo, że aktor stanie się w teatrze
taką śrubką, jednym z wielu czynników. Nie jestem w zasadzie przeciwko temu,
że ktoś nagle wykorzysta ekran w teatrze, ale powoli obserwuję zanikanie
tego teatru, jaki ja kocham i rozumiem, jaki jest mi bliski.
– Wspomnijmy rok 1980. Pan zakładał w teatrze Solidarność. Bał się Pan?
– Nie bałem się nigdy. Nawet nie przyszło mi to do głowy, żeby się bać. 29
sierpnia 1980 roku urodził się nasz syn, a w teatrze wrzało. Nie wiedziałem,
w jakim kierunku to pójdzie, ale czułem się zdecydowanie bezpieczniej w roku
80 niż w 82, kiedy przesłuchiwała mnie SB. Wyszedłem na ulicę, a mieszkamy
na osiedlu Paderewskiego, trzymałem małego Mikołaja na ręku i liczyłem
czołgi, które jechały do kopalń – Ziemowit i Piast. Naliczyłem ich 70.
Człowiek mógł się spodziewać wszystkiego. |
|
Wówczas byłem pełen obaw. Nawet może nie tyle o siebie, co o
ludzi mi bliskich.
Oddałem się Solidarności sercem, duszą i ciałem. Tkwię w tym ruchu do dziś,
choć mam coraz mniej czasu. Organizowałem całą kulturę Solidarności na
Śląsku po roku 1989. Dla mnie Solidarność znaczyła wiele. Teraz, i zawsze.
Uosabia określone wartości. Nie rozumiem czasami, jak ludzie wierzący
narzekają na kler, na Kościół, a przecież Kościołem jesteśmy MY. To samo
mogę powiedzieć o Solidarności. Jeśli ty w niej jesteś, to ty ją tworzysz.
Do końca życia, prawdopodobnie, będę się z tym ruchem i z tym związkiem
utożsamiał.
– Kiedy po urodzeniu Mikołaja otworzyłam oczy, to moje pierwsze słowa były:
Boże, dlaczego ja rodzę w stoczni i gdzie są ci strajkujący. Tak bardzo
byłam przejęta tym, co się wówczas działo. Podobno po tych moich słowach
wszyscy na sali porodowej wybuchnęli śmiechem. Bo nie zapytałam, czy to
chłopczyk czy dziewczynka, czy jest całe i zdrowe i czy ma wszystkie
paluszki, tylko zapytałam o strajkujących. Co to znaczy podświadomość? Jurek
nie wspomniał, że SB go wzywała i straszyła Afganistanem, że go odeślą do
Rosji, a Rosja ciupasem skieruje go na front afgański, bo takich
niepokornych właśnie tam się wysyła. To mnie gryzło przez cały czas do tego
stopnia, że jak Jurek miał jechać na pogrzeb ojca do Lwowa, to ja go nie
puściłam, bo bałam się, że nie wróci. Mam nadzieję, że teść, który mnie
bardzo lubił, tam w niebie mi to wybaczy, bo on był zawsze dobrym i
wspaniałym człowiekiem.
– Wielka Solidarność, odnowa moralna, aktorzy jako sumienie narodu… To było
dawno. A jak dziś patrzycie na to, co dzieje się w kraju, co dzieje się z
tym narodem?
– Do tej pory dużo niedobrych rzeczy się działo. Nie ukrywam, że w tej
chwili mam ogromną nadzieje. Kibicowałam temu ugrupowaniu, które teraz
doszło do władzy, wierzę w nich i życzę im jak najlepiej. Jeśliby i oni mnie
zawiedli, to nie wiem, czy byłabym w stanie komukolwiek uwierzyć. Wierzę, że
coś się zmieni, bo niewątpliwie te zmiany dotychczasowe poszły w złym
kierunku. To moje zdanie, nie każdy musi się ze mną zgadzać.
– Jestem wychowany w tradycjach dosyć konserwatywnych, w rodzinie, która
zawsze marzyła i tęskniła za Polską. Dla mnie patriotyzm jest jedną z
najważniejszych wartości w życiu. Bodaj czy nie najważniejszą. A w tej
chwili wolno każdemu wszystko, łącznie z tym, że tracimy wartości, bo ich
tak naprawdę nie ma. 80 procent Polaków o swoim narodzie mówi źle, ale to
jest sprzężenie zwrotne, bo jakże może mówić dobrze, kiedy nie ma wpojonych
określonych pryncypiów. Jak ma być patriotą ktoś, kto nie odróżnia dobra od
zła, bo wszystko jest relatywizowane i rozmywane. Oczywiście nie jesteśmy
narodem idealnym, niemniej mamy jakąś tożsamość. Tego się trzeba trzymać.
Nie chciałbym być szarym człowiekiem znikąd. No, bo co to znaczy być
Europejczykiem? Przecież ja zawsze byłem Europejczykiem. Wynika to z tego,
że bliższy mi jest Owidiusz niż Konfucjusz, wychowałem się w domu murowanym
na ziemi europejskiej, a nie w jurcie mongolskiej. Jestem Europejczykiem i
zawsze nim byłem. W duchu, wartościach i w mojej kulturowej tożsamości..
Natomiast teraz jako Polak, jako człowiek mieszkający w Europie Środkowej
wiem, że wychowałem się w określonych geopolitycznych uwarunkowaniach,
lepszych, gorszych i jeszcze gorszych. Tak było i tego nikt mi nie odbierze.
I nie rozumiem dlaczego dziś powinienem się dać zglajszachtować do poziomu
średniego Europejczyka. Kim on jest? Niech mi ktoś wreszcie określi kim i
jakim człowiekiem jest „średni” Europejczyk? Niech mi nikt nie dekretuje jak
ja mam się zachowywać, a czego mi robić nie wolno, bo robić mi wolno
wszystko w granicach prawa. Wolno mi również wypowiadać swoje przekonania i
swoje zastrzeżenia. Powstał ogromny spór wobec naszej przynależności do
wspólnoty europejskiej. Jestem za nią. Potem był spór wobec konstytucji
europejskiej – jestem przeciwko niej. I niech nikt nie mówi, że jeżeli
jestem przeciwko tej konstytucji, to jestem ten „oszołom i Ciemnogród”
europejski. Bo mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie. Skoro to mówię, to już
jestem człowiekiem światłym, bo wiem jakie mam prawa i wiem co mówię. I
dlaczego. Żyjemy w czasach owczego pędu i to media usiłują kształtować naszą
wyobraźnię, sugerować i narzucać nam jakieś systemy wartości. Buntuję się
przeciwko temu. Słucham, próbuję to analizować i dopasowywać do swojego
sposobu widzenia świata. Jeśli ktoś mnie przekona… nie jestem człowiekiem
zatwardziałym, potrafię się przekonywać do różnych nowinek, innego
spojrzenia, natomiast niech nikt nie próbuje odebrać mi tego, co dla mnie
jest najistotniejsze, co noszę w sobie od dziecka.
– Słyszy się tu i ówdzie jak kochać tę Polskę, jak wywoływać w sobie
patriotyzm, skoro to jest złe, i to złe i tamto też. To jest banał, ale
przecież matka też czasami nie jest chodzącym ideałem. Widzi się jej wady,
co wcale nie znaczy, że się ją mniej kocha czy się chce mniej dla niej
zrobić. A Polska jest naszą matką. Wyczytałam taką uwagę psychologa a propos
wychowania dzieci. Jeżeli dziecku od najmłodszych lat, od kołyski wręcz, nie
mówi się niczego dobrego, zachęcającego, nawet jeśli czasami nie jest
wszystko idealne, a mówi się przez cały czas – ty kretynie, idioto, nic nie
umiesz zrobić, to dziecko w końcu w to uwierzy. Przestanie dążyć do czegoś
innego, bo uwierzy, że jest głupie. I to dotyczy też społeczeństwa. Można mu
wmówić pewne rzeczy. Powołujemy się na Brytyjczyków, że oni tacy idealni, a
czy wśród Brytyjczyków nie ma patologii? Ale to nam się wmawia, że jesteśmy
ci najgorsi. Nawet w kabarecie Olgi Lipińskiej, której, notabene, nie lubię.
Ona ma poczucie humoru i robi to bardzo fachowo, ale później dziwi się, że
zarzucają jej szarganie polskości i pewnych świętości. Ale ona szarga. To
trzeba powiedzieć wprost. I myślę, że ona to robi świadomie.
– Jakie jest to Wasze małżeństwo aktorskie, co dla Was jest najważniejsze,
najistotniejsze?
– My, nasz syn, nasz dom, czyli rodzina, teatr, nasze zwierzęta. Chcemy żyć
w zgodzie z sobą, ze światem, ale nie godzić się też ze wszystkim, co ten
świat nam daje.
– Jesteśmy małżeństwem jak miliony ludzi w Polsce, ale jesteśmy aktorami i
kiedy wracamy do domu to przecież teatru nie odłożymy na bok. On w nas jest
permanentnie. My o nim rozmawiamy, my nim żyjemy, on się przeplata z naszym
życiem. My jesteśmy również małżeństwem w teatrze, tak jak jesteśmy aktorami
w domu. Tego nie da się oddzielić.
– Urodziłam syna dosyć późno, żeby nie powiedzieć na ostatni dzwonek i od
początku był naszym skarbem absolutnym i wielką radością, co nie zmienia
faktu, że dla dwojga ludzi teatru, którzy nie mieli babci i pieniędzy na
gosposie, było sporo kłopotów z wychowaniem Mikołaja. Dokonywaliśmy cudów –
a to zaprzyjaźniona garderobiana opiekowała się nim troszkę, a to znajoma
studentka, a to on w garderobie musiał odrabiać lekcje, ale nigdy nie biegał
z tak zwanym kluczem na szyi. Nigdy nie był rzucony na szerokie wody samopas
i nigdy nie był dzieckiem zaniedbanym. Byłam bardziej emocjonalna w
wychowywaniu. Jurek był zawsze bardziej wyważony. Benio Krawczyk zapytał
Mikołaja, czy będzie też aktorem? Odpowiedział błyskawicznie: Nigdy, tyle
harówy za takie pieniądze! Miał wówczas 12 lat. Dziś jest nadspodziewanie
samodzielny, nie zawsze jednak i nie we wszystkim do końca odpowiedzialny, a
Jurek mu wbija do głowy, żeby właśnie takim był.
– Mam wrażenie, że to na czym mnie zależy – zależy również jemu, co dla mnie
jest ważne, jest ważne i dla niego. Poczytuję to za nasz wspólny sukces. On
jest na pewno lepszym synem niż byłem ja. Mamy zatem dorosłego syna i w
zasadzie nie mamy większych zmartwień. Doskonale się wyczuwamy, wspaniale
rozumiemy, prowadzimy chaotyczny, ale jakoś określony tryb życia, w którym
odnajdujemy się i dopasowujemy. Tkwimy w tym małżeństwie partnerskim coraz
bardziej, coraz mocniej. |