Tadeusz Skurkiewicz urodził się 1 stycznia 1923 roku w
Olkuszu. Przed wojną ukończył Szkolę Przemysłu Artystycznego w Sosnowcu, po
wojnie studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Uczył się tam
malarstwa, ale też studiował architekturę wnętrz. Po skończeniu uczelni
przyjechał do Chorzowa, gdzie mieszka i tworzy do dziś. Jest członkiem ZPAP
w Katowicach. Miał wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych. W czasie
„wściekłego socrealizmu” – jak sam mówi – nie wystawiał.
Nie ma praktycznie wernisażu w Chorzowie, wystawy, spotkania ludzi sztuki,
aby Jego zabrakło. Z rozwianymi włosami, zawsze z pokręconym wąsem,
zawzięcie dyskutu-
je, przekonuje, udowadnia swoje racje. Bo sztuka i malarstwo to całe Jego
życie.
Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy i zapytałem, dlaczego ma tyle nowych obrazów
w domu, a nie wstawia ich do galerii, stwierdził krótko: „Nie muszę ich
sprzedawać, bo po pierwsze, nie ma u nas odpowiednich galerii, a po drugie,
za parę złotych nie będę sprzedawać obrazu. Chcę być wolny, a wolność
twórcza na tym właśnie polega. Maluję – i to mi wystarcza”.
Jest kolorystą i mówi bez ogródek: „W malarstwie, chciejcie to wszyscy
zrozumieć – najważniejszy jest kolor, i polskie malarstwo, to prawdziwe,
zaczęło się od koloryzmu”.
Kolor – to jego życie. Stojąc z paletą przed obrazem tworzy fantastyczne
światy, przenikające się struktury, niewyobrażalne wyobrażenia. Ale w jego
pracach nie ma tak modnego ostatnio rozpasania, tego pokazywania maluczkim,
co to też malarz może zrobić z obrazem, jeśli tylko zechce.
I mówi, że w sztuce nie ma postępu, bo inaczej malarz ze Świętochłowic albo
z Chorzowa byłby lepszy od Leonarda, Rafaela czy Michała Anioła. Jest tylko
dążenie do tego, aby iść ku nowemu. Odkrywać nowe, nieznane lądy, pozbywać
się ograniczeń, które właśnie malarzy Renesansu i późniejszych obowiązywały.
W sztuce nie ma barier, nie ma więc czego przekraczać. Powtarza chętnie za
Janem Cybisem: „Po nas będzie już tylko barbarzyństwo!”.
W szkole podstawowej nie wierzono, iż to mały Tadeuszek maluje te wszystkie
potwory, zamki i rycerzy. Myślano, że pomaga mu ojciec. Nawet raz zamknięto
go w pustej klasie, aby w samotności namalował jeszcze raz lwa, którego jak
twierdził – namalował sam w domu. Później zaczął uczyć się w Gimnazjum
Przemysłu Artystycznego im. |
|

|
|
Marek Mierzwiak
|
Pasja
życia według
Tadeusza Skurkiewicza


Stanisława
Witkiewicza w Sosnowcu. Poznał i zaprzyjaźnił się z Wacławem Błażejewskim,
artystą grafikiem, który swoje prace robił w technice foliografii, Marianem
Maliną, malarzem, który pozostawił po sobie około trzech tysięcy prac,
Zygmuntem Czechem i Stanisławem |
|
Gawronem.
Cała ta grupa tworzyła w zapamiętaniu wierząc (i słusznie) w swój talent.
Gdy wojna wydawała ostatnie tchnienia gdzieś na przedmieściach Berlina, oni
już zorganizowali wystawę z prac, które powstawały w konspiracji. W czterech
wielkich salach przy ulicy Ligonia 43 pokazali katowickiej publiczności
swoje artystyczne dokonania. A po 10 dniach spakowali te płótna, grafiki i
rysunki, i pojechali do Krakowa, aby zdawać egzamin do Akademii Sztuk
Pięknych. Dostali się wszyscy i to od razu na II rok, a po 15 dniach
studiowania, jako że rok akademicki właśnie kończył się, znaleźli się na
roku III.
Często z Katowic jeździł na uczelnię węglarkami albo jakimiś odkrytymi
wagonami i czasami ta podróż, to niewiarygodne, ale tak było, trwała i 24
godziny. „A na dworcu – kiwa głowa Tadeusz Skurkiewicz – legitymowali nas ci
z Urzędu Bezpieczeństwa, sprawdzając, czy aby któryś ze studentów nie miga
się od służby wojskowej ku chwale nowo powstałej, socjalistycznej ojczyzny”.
Jest uczniem profesorów Jerzego Fedkowicza i Zbigniewa Pronaszki. Kiedy
zaczął obowiązywać socrealizm, malarz zajął się projektowaniem wnętrz, bo i
ten kierunek ukończył, ale nigdy nie splamił się namalowaniem obrabiarki,
dziewczyny na traktorze czy domem, który z niemałym mozołem wznosiła
„murarska piątka”. Malował dla siebie wierząc, że dojdzie kiedyś do głosu
prawdziwa sztuka.
Wystawiał mało, bo mawia, że nie ma czym się chwalić. Jest człowiekiem tak
skromnym, że aż trudno sobie taką postać dzisiaj wyobrazić. Powtarza, że
jeśli artysta jest zadowolony z tego, co robi, to koniec jego i jego
twórczości. Dlatego ciągle pracuje nad sobą i celuje w to, co najważniejsze.
Może w ideał, a może w absolut.
Uciekanie od ostrych barw, dynamicznych kolorów uważa za tchórzostwo. We
Francji tworzyli już Cezanne, van Gogh, Manet, Monet, Pissarro, a u nas
panowało malarstwo romantyczne. Ciągle te same obrazki przedstawiające nasze
wzniosłe, bohaterskie czyny. To z prawdziwą sztuką niewiele miało wspólnego.
Dlatego do dziś tworzy obrazy z elementów czysto malarskich, z koloru,
linii, form, światła. Natura czy przedmiot to tylko środki, a nie cele jego
twórczości. Tak jak muzyk szuka akordów, które pozwolą oddać to, co czuje
pisząc symfonię, tak on szuka kolorów, które pozwolą przekazać widzowi całą
prawdę o nim, jego drodze, jego myśleniu.
Dziś ma ponad 83 lata, ale jest ciągle przepełniony radością życia. Tak jak
jego sztuka. |