–
Co się dzieje z naszym środowiskiem naturalnym? Im bardziej poznajemy
wszechświat, przyrodę tym bardziej jej zagrażamy...
– Mój osąd jest prosty. Człowiek jest elementem wielkiego wszechświata.
Zaledwie cząstką przyrody, ukształtowanej wraz z gatunkami roślin i zwierząt
przez miliony lat. Mimo to wyobcowuje się z natury, wywyższa się i często
bezmyślnie niszczy ją sądząc, że te działania przyniosą mu wielkie korzyści
materialne.
Nie tylko w krajach po byłym Związku Radzieckim nie brakuje przykładów
wysychania wielkich akwenów, po których pozostały już tylko statki na
piaskach. Tak dzieje się obecnie także w dorzeczu wysychającej Amazonki i
wielu innych miejscach na świecie. Wielkie połacie życiodajnych obszarów
Ziemi zostały bezpowrotnie zdewastowane.
Myślę, że to skutek braku pokory wobec przyrody i braku zwykłej ludzkiej
przezorności. Przyroda jej wymaga. Nie wiemy, co może się stać za dziesięć,
dwadzieścia czy więcej lat. Efekty ujarzmiania natury, nieposzanowania jej
praw są wynikiem przestawienia systemu wartości. Wyboru nowej, fatalnej
filozofii współczesnego życia. Zdominowanej nieokiełznanym konsumpcjonizmem,
globalizacją, gonitwą za wielkimi pieniędzmi. A także odwróceniem się od
drugiego człowieka, od normalnego życia, w którym jest czas na refleksję nad
otaczającym nas ciągle, mimo wszystko, pięknym światem.
Przyroda jest systemem zdążającym do równowagi. Jeśli zostanie ona
niebezpiecznie zachwiana, człowiek jako gatunek zacznie wymierać.
– Wymieranie trwa. Po raz pierwszy w historii Ziemi z winy człowieka znika
każdego roku kilkadziesiąt tysięcy gatunków roślin i zwierząt. I dalej,
beztrosko niszczymy środowisko. Zachłyśnięci postępem technologicznym
modyfikujemy genetycznie gatunki. Czy to bezpieczne?
– Jest przerażające, że chcemy modyfikować wszystko, co żywe i co może
przynieść jakąś doraźną korzyść. Pojawiają się coraz to nowe koncepcje
klonowania różnych gatunków i pomysły udoskonalania ich według potrzeb
określonych grup interesów.
W pewnych warunkach eksperymenty genetyczne (np. z myszami) są niezbędne dla
celów badawczych. Przeprowadzamy je, by poznać procesy rozwoju nowotworów (onkogenezy),
zrozumieć na czym one polegają. Ale modyfikowanie genetyczne krów po to, by
razem z mlekiem „produkowały” białko jedwabiu pająka (białko, z którego
powstaje nić pajęczyny) jest moralnie nieakceptowalną ingerencją w naturę
zwierzęcia. Także cele nasuwają wątpliwości moralnie i budzą opór.
– Po co przeprowadza się te modyfikacje?
– Do genomu (chromosomów) krów i kóz wprowadza się gen pająka kodujący
jedwab pajęczyny. Nić pajęczyny jest wielokrotnie trwalsza niż nić jedwabiu
pozyskana od jedwabnika. Pajęczy gen jest włączony w aparat genetyczny krowy
w taki sposób, że białko pajęczyny wydziela się z mlekiem. Mleko staje się
surowcem do wyprodukowania specjalnej „nici”. Liny z takiej mlecznej
pajęczyny, grubości węża ogrodowego mają potężną wytrzymałość. Mogą unieść
dwa ogromne, załadowane po brzegi samoloty, boeningi najnowszej generacji.
Trudno nie przerażać się wizją wielkiej fermy genetycznie modyfikowanych
krów, wybudowanej obok przędzalni jedwabiu tylko po to, by mogła dostarczać
dla celów wojskowych na przykład materiał do szycia superwytrzymałych
mundurów dla żołnierzy czy lekkich kuloodpornych kamizelek. Natura stworzyła
krowę by ta dawała mleko, podstawowy produkt białkowy dla ludzi. Czy aby nie
przekraczamy granic w naszych relacjach z przyrodą?
– A jeśli modyfikacje genetyczne służą produkcji żywności, której ludzkość
potrzebuje coraz więcej...?
– Żywności produkujemy dostatecznie dużo metodami konwencjonalnymi. Stale
uzyskuje się także nowe, wydajniejsze odmiany zbóż metodami naturalnych
krzyżówek genetycznych i selekcji. Moje zastrzeżenia budzą niektóre
genetyczne modyfikacje zbóż techniką tzw. inżynierii genetycznej (zboża
transgeniczne) i obsiewanie nimi coraz większych obszarów ziemi. Mamy już
modyfikowane genetycznie: pszenicę, kukurydzę, rzepak, soję, bawełnę i setki
innych gatunków roślin, w tym również drzewa. Hodujemy rośliny ulepszone,
odporne na środki chwastobójcze i szkodniki, lepiej plonujące. To nie budzi
wielkich kontrowersji jeśli chodzi o zagrożenie dla człowieka poprzez
spożywanie żywnościowych produktów ze zbóż modyfikowanych. Choć nie mamy
absolutnej pewności co stanie się w przyszłości w pewnych szczególnych
przypadkach, o których tu nie możemy mówić ze względu na niezwykłą złożoność
modyfikacji genetycznych. Ale już obecnie wiemy o niektórych zagrożeniach
dla człowieka, a przede wszystkim dla środowiska przyrodniczego.
– Proszę o przykłady...
– Do systemu genetycznego niektórych gatunków roślin wprowadza się na
przykład gen ryb z zimnych akwenów kodujący |
|
|
Ważne
pytania |
|
|
|
Rozmowa
z prof. Mieczysławem Chorążym,
pasjonatem przyrody,
biologiem molekularnym,
od kilkudziesięciu lat
związanym
z Instytutem Onkologii w Gliwicach
|
Więcej
pokory...
specjalne
białko, które pozwala rybom mnożyć i rozwijać się w niskiej temperaturze.
Rośliny tak zmodyfikowane mogą kiełkować w niskich temperaturach. Zatem
uprawy można przesunąć do zimniejszych stref klimatycznych. Jednak
stwierdzono, że to białko jest dla niektórych ludzi alergenem.
Do roślin wprowadza się gen toksyny bakteryjnej, który pełni rolę środka
ochrony roślin. Takie zboża niszczą larwy nie tylko szkodników, ale i
pożytecznych owadów. A z drugiej strony szkodniki uodporniają się na takie
toksyny. Zmodyfikowane genetycznie rośliny mogą przenosić „nowe” geny na
odmiany naturalne. Tak stało się z transgeniczną kukurydzą, która w Meksyku
doprowadziła do „skażenia” naturalnych, selekcjonowanych przez wieki
miejscowych odmian. Notowane były takie przypadki jak: przenoszenie „nowych”
genów drogą zapylenia (przepylenia) na inne odmiany roślin naturalnych oraz
przeniesienie odporności na herbicydy ze zmodyfikowanych zbóż na... chwasty.
W dłuższej perspektywie nasza nisza ekologiczna na tym ucierpi. Takie
wielkie monokultury niszczą naturalną bioróżnorodność. Niszczą też
tradycyjne rolnictwo, źródło naturalnej żywności dla człowieka. Poszerzanie
upraw roślin transgenicznych zagraża stosunkom społecznym.
– W jaki sposób?
– Jeśli wielkie firmy produkują ziarna transgeniczne i jednocześnie
preparaty chwastobójcze czy owadobójcze, na dodatek kontrolują farmerów
którzy na produkcję takiego ziarna podpisali z nimi wieloletnie kontrakty –
to rodzi się nowe, niepokojące zjawisko społeczne – współczesny rolniczy
feudalizm. Tym bardziej, że nowe strategie modyfikacji roślin zbożowych pod
pozorem ochrony własności intelektualnej wprowadzają też produkcję ziarna,
które ma pewne nowe cechy, ale nie ma zdolności kiełkowania. Farmer takie
zmodyfikowane ziarno może zasiać tylko raz. W następnym roku musi czekać na
nowy materiał siewny, bo własnego nie ma. Wpada w sieć uzależnienia. W ten
sposób zmuszany jest do wykonania każdego, nawet najbardziej szatańskiego
pomysłu firmy, z którą podpisał umowę. To stwarza nową sytuację społeczną. I
polityczną, gdy ogromna produkcja żywności jest w rękach wąskich grup
interesów.
– Jest Pan Profesor przeciwnikiem GMO – genetycznie modyfikowanych
organizmów?
– Modyfikacje genetyczne takiego żywego materiału jak drożdże, grzyby, a
nawet rośliny są dopuszczalne. Powinny one służyć celom przemysłowym,
medycznym czy gospodarczym.
Akceptuję eksperyment genetyczny na krowach w przypadku, jeśli ich mleko
zostałoby uzupełnione np. o czynniki krzepnięcia krwi, niezbędne dla
hemofilików. Istnieją też możliwości produkowania w roślinach szczepionek
dla ludzi i innych użytecznych preparatów leczniczych. Procesy te muszą się
jednak odbywać w zamkniętych systemach kontrolnych, by uniknąć niepożądanych
skutków tych modyfikacji w środowisku naturalnym.
Wiele modyfikacji roślin jest bardzo potrzebnych, np. wzbogacanie w swoiste
białka, witaminy, „użyteczne” kwasy tłuszczowe itd. Interesujące są
koncepcje hodowania roślin tolerujących słoną wodę i słoną glebę. Takimi
roślinami można by obsiewać nawadniane wodą z mórz tereny pustynne, których
przybywa na całym świecie. Albo genetycznie modyfikowane rośliny posiadające
zdolność wiązania metali ciężkich, którymi w nadmiarze jest zanieczyszczony
Górny Śląsk. Równie ciekawy jest pomysł wyhodowania roślin o zdolności
rozkładania mutagennych policyklicznych węglowodorów aromatycznych. One
również w dużych stężeniach zanieczyszczają niektóre tereny nie tylko w
województwie śląskim.
– W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku interesowaliśmy się badaniami
wpływu zanieczyszczeń środowiska na materiał genetyczny (DNA) człowieka,
prowadzonymi w gliwickim Instytucie Onkologii. Odnotowałam wówczas Pana
opinię na ten temat... – „... nie można mówić o zależności wprost pomiędzy
zanieczyszczeniem środowiska a zachorowalnością na nowotwory. Dowody
naukowe, epidemiologiczne i doświadczenia nie pozwalają jednak tej
zależności wykluczyć. Żyjemy w świecie chemii. Obok czynników
|
|
fizycznych, biologicznych – także niektóre związki chemiczne po wniknięciu
do organizmu tworzą trwałe wiązania chemiczne z materiałem genetycznym,
czyli z DNA komórki...”
– Jest to stwierdzenie aktualne?
– W żadnym przypadku nie jest to nadużycie. Biologia molekularna, jak inne
dziedziny szybko się rozwija. Rodzą się nowe hipotezy, interesujące
koncepcje. Nie ulega jednak kwestii, że niepożądane zmiany genetyczne
człowieka mogą być spowodowane wpływem szeroko pojmowanego środowiska.
Bardzo ubolewam, że w Instytucie Onkologii w Gliwicach przestał pracować
zespół badaczy, ceniony w świecie za opracowania dotyczące wpływu
zanieczyszczeń środowiska na chromosomy i DNA człowieka. (Szczęśliwie, być
może, ostatnio pojawiła się szansa na jego częściową reaktywację.)
Zanieczyszczenie środowiska człowieka jest nadal ogromne. Dotyczy to w
szczególności wód. Jakość wody do picia budzi zastrzeżenia. Przypadek
Tarnowskich Gór nie jest odosobniony. W tym mieście trzeba było zamknąć
studnie głębinowe, zanieczyszczane najgroźniejszymi toksynami,
przenikającymi do wód podziemnych z odpadów składowanych przez
dziesięciolecia w tamtejszych zakładach chemicznych.
Podstawowe, badane na co dzień parametry jakości wody nie oddają pełnego jej
obrazu. Czasem zawiera ona znacznie więcej składników niepożądanych niż te
rutynowo badane. Tylko doświadczony chemik jest w stanie zanalizować obecne
w niej wszystkie toksyczne związki.
Dużym problemem stała się głęboka obróbka żywności, oferowanej przez
supermarkety. Powszechnie się uważa, że tych kilka tysięcy związków
chemicznych, poprawiających smak, wygląd, trwałość, zapach i inne cechy
produktów spożywczych, sprzedawanych w supermarketach jest tolerowana przez
organizm człowieka. Faktycznie chemizacja żywności nie pozostaje bez wpływu
na nasze zdrowie.
– Mimo to chcemy przekraczać granice człowieczeństwa. „Poprawiamy” przyrodę,
„ulepszamy” żywność, klonujemy zwierzęta i... zabraliśmy się za genetyczne
udoskonalanie człowieka...
– Genom roślin, zwierząt ani tym bardziej człowieka nie jest dobrze poznany.
Każdy postęp, każde nowe odkrycie nie zamyka żadnego problemu w tej
dziedzinie. Wręcz przeciwnie. Otwiera nowe. Pojawiają się dziesiątki nowych
pytań, na które, być może, nigdy nie zdołamy poznać odpowiedzi. Jeśli komuś
się wydaje, że drogą klonowania uda się stworzyć nowego człowieka o
wyjątkowych walorach intelektualnych, fizycznych, estetycznych i innych
zaprogramowanych na zlecenie, jest w błędzie. To nonsens. To bardzo
niebezpieczny kierunek.
– Fizycy badający wszechświat są pokorniejsi. Wielu z nich uznaje, że tam
gdzie nie sięga ludzki umysł, zaczyna się Bóg...
– Wielki wszechświat, który badają fizycy i astronomowie jest niepojęty. Ale
również ten przyrodniczy mikroświat, którym zajmują się biolodzy tak samo
nie daje się do końca pojąć. Mimo że wiedza o nim stale się rozszerza,
natura bezustannie nas zaskakuje. Fizycy mają nie tylko większą dozę pokory
wobec wszechświata i przyrody niż biolodzy, ale chyba także większą dozę
odpowiedzialności.
– O zagrożeniach myślimy globalnie, ale żyjemy lokalnie. Jaki ważny problem
ekologiczny absorbuje dziś Pana Profesora najmocniej?
– W Gliwicach najbardziej mnie martwi i boli wytyczony w projekcie, w
ścisłym centrum miasta gliwicki odcinek Drogowej Trasy Średnicowej (DTŚ). To
jedyna propozycja jaką oferują władze miasta. Lokalizacja ta nawiązuje do
planów rozwiązań komunikacyjnych z końca lat pięćdziesiątych. Wbrew zdrowemu
rozsądkowi, obowiązującej logice urbanistycznej, wymaganiom ekologii, przy
sprzeciwie i pogwałceniu prawa mieszkańców, obawiających się słusznie
dodatkowej porcji spalin i hałasu. Znaczna część planowanej DTŚ w Gliwicach
ma zająć miejsce, gdzie jeszcze sto lat temu przebiegał Kanał Kłodnicki, a
gdzie miała powstać zadrzewiona i zazieleniona sekcja miasta. Teraz ma tam
przebiegać pas betonu. Taką lokalizację uważam za niewybaczalny błąd i
niekompetencję tych wszystkich osób i instytucji, które wydają pozytywne
opinie o tej kosztownej inwestycji.
W cywilizowanym świecie i dyskusjach nad zrównoważonym rozwojem miast
kładzie się nacisk na rozwój komunikacji zbiorczej, z pierwszeństwem dla
transportu szynowego a tranzytowy ruch samochodowy przenosi się na
obwodnice. U nas preferencje układają się odwrotnie. Unowocześnianie
transportu osobowego i towarowego sprowadza się w zasadzie do budowy
autostrad i dróg. Tej uprzywilejowanej myśli podporządkowuje się gospodarkę
przestrzenną, spychając na drugi plan walory urbanistyczne miast i
miasteczek, ich kulturę materialną i zasoby przyrodnicze a wreszcie także
dążenia do lepszej jakości życia. Często dzieje się to wbrew lokalnej
społeczności. Tak jak w Gliwicach.
Jolanta Karmańska |