Do Śląskiego Teatru Lalki i Aktora „Ateneum” było od mojego domu rodzinnego ze 300 metrów. Jednak po raz pierwszy tę drogę przebyłem autem. Był to wóz transmisyjny (chyba „robur”), bo pracujący wówczas w Polskim Radiu Katowice mój ojciec musiał swoją recenzję ubarwić dźwiękowym fragmentem spektaklu. Było to 55 lat temu, nie pamiętam, co za bajkę wystawiano, wiem tylko, że wystrojono mnie w zielone ubranko, którego nienawidziłem. To wtedy właśnie stałem się, jako trzylatek, widzem teatralnym. Potem sam zacząłem recenzować wystawiane tu przedstawienia. A teraz, po ponad pół wieku, mój pierwszy teatr zaprosił mnie do pracy w jury V Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek „Katowice – dzieciom”. Przewodniczył temu gremium świetny lalkarz z Czech, Karel Brożek, a znaleźli się w nim „ludzie z branży”: Irena Józefiak, Lucyna Kozień, Marek Dindorf i Bogdan Nauka.

Teatr pierwszego kontaktu

 „Sędziowanie” zmusiło mnie do innego spojrzenia na imprezę. Poprzednio mogłem pisać o wybranych widowiskach, które na to zasługiwały i nawet polemizować z jurorami. Teraz musiałem się podporządkować regulaminowi, w którym najważniejsze jest zdanie: prezentowane będą wyłącznie przedstawienia dla najmłodszych widzów. Wcześniej nie zastanawiałem się nad ideą festiwalu, w tym roku pojąłem, dlaczego całą tę rzecz w „Ateneum” wymyślono. To nie była ambicja teatru, żeby mieć „własny” festiwal, ale reakcja na niepokojące zjawisko – malejącą ilość spektakli dla dzieci. Przedstawień, których zadaniem jest „wychowanie do teatru” od przedszkola. To truizm, ale jeśli nie dotrze się do małych widzów właśnie w tym okresie ich rozwoju – będą oni w większości dla teatru (także „dorosłego”) straceni.

Trudno na podstawie jednego festiwalu silić się na tworzenie pogłębionej analizy, jednak można spróbować odpowiedzieć na kilka pytań. Jaki jest zatem dzisiejszy teatr lalek?

 Niskobudżetowy

 – żeby nie powiedzieć: biedny. Trzy teatry (toruński, łódzki, berliński) pokazały spektakle realizowane przez dwójkę aktorów. Trzy osoby występowały w przedstawieniu „Divadla Loutek”. Myślę, że ta „kameralność” bardziej wynika z realiów narzuconych kulturze przez wolnorynkową rzeczywistość niż z artystycznych wizji. Na tym tle wyjątkiem był Lwowski Wojewódzki Teatr Lalek, który w siedmioosobowym składzie przedstawił Alibabę i rozbójników. Z dopiskiem: musical nie tylko dla dzieci. I to prawda, bo orientalną baśń wystawiono w konwencji paryskiej rewii, w żywym planie, przez co bogate (choć skromne, żeby nie rzec – perwersyjne) stroje tańczących pań (a nie były to jakieś anorektyczki) przekonywały zwłaszcza tatusiów, że warto było zabrać dziecko „na kukiełki”. Te ostatnie były zresztą w mniejszości. Rozmach inscenizacji, przepych kostiumów, ilość środków włożonych w chybione w sumie przedsięwzięcie zdają się świadczyć o tym, że na Ukrainę „wolny rynek” jeszcze nie dotarł. Zajmuję się jednym ze słabszych przedstawień nie po to jednak, aby epatować besserwisserskimi złośliwościami. To dobry punkt wyjścia do próby „zdiagnozowania” stanu teatru lalek dziś. A właśnie – w nim coraz

 mniej lalek

 – coraz więcej aktora. Do przeszłości


Theater Kranevit z Berlina zdobył nagrodę za najlepszy spektakl podczas V Międzynarodowego Festiwalu Twatrów Lalkowych "Katowice - dzieciom". Na zdjęciu laureatki: Mo Bunte i Anna Katherina Kaufmann oraz przewodniczący Jury Karel Brożek


„Katowice – dzieciom”
pod medialnym
patronatem „Śląska”

 

 Teatr mój
widzę...
lalkowy

należą widowiska „grane” przez klasyczne kukły, marionetki, pacynki, jawajki itd., kiedy to użyczający im głosu i ruchu wykonawca pojawiał się na scenie dopiero po zakończeniu bajki. Lalkę z przemyślnymi mechanizmami, służącymi budowaniu iluzji czy magii, coraz częściej zastępują nieruchome „rzeźby”. Przewidziane dla niej gesty i emocje przeniosły się na aktora. Dlaczego? Jedni mówią, że to „znak czasu”, że dzisiejsi widzowie, wyhodowani przez „multimedia”, nie są już zdolni do odbioru spektaklu „w pudełku” lub

nad parawanem. Inni twierdzą, że to efekt regresu szkolnictwa lalkarskiego. Nie uczy się tam po prostu techniki, przez co absolwenci nie potrafią „obsługiwać” skomplikowanych obiektów animacji. Złośliwi uważają natomiast, że to po prostu pozostający przez wieki w cieniu lalki aktorzy biorą odwet. Motywem jest zazdrość „o życie w świetle reflektorów”. Nie chcę rozstrzygać, która z opinii jest prawdziwa. Odnotowuję fakt. Twórcy teatralni poszukują zatem nowych środków wyrazu. Interesująca była – wracając do ukraińskiego Alibaby – próba użyczenia statycznym „figurkom” bohaterów prawdziwych dłoni aktorów. Ostrawskie „Divadlo” pokazało, jak zbudować wilka z „poduszek”. W finale spektaklu z Berlina lalkami okazały się nawet szczudła. Prowadzi to do wniosku, że skończył się czas ożywionego „stworka”.

Aktorzy górą? Biorąc pod uwagę konkurs można tylko wyrazić obawę, że ich sztuka zbyt mocno zmierza w stronę „estrady”, „przymrużania oka”, czy wręcz szarży. Opowieść rozmywa się w popisach, żeby nie powiedzieć – w kabaretowych grepsach.

 Koniec historii

 Nie chodzi mi o zmiany po upadku muru berlińskiego. Sygnalizuję tendencję do swobodnego traktowania historii opowiadanych przez – jednak – AUTORA. Nagrodę za najlepszy spektakl dostał „Theater Kranevit”, który wystawił Jorindę i Joringela braci Grimmów. Przedstawienie intrygujące, z piękną scenografią, ciekawymi pomysłami (Mo Bunte – starsza pani, występująca w roli czarownicy, przez godzinę gra na szczudłach, animując jednocześnie lalki). Sprzeciwiałem się nagrodzie, choć doceniałem walory widowiska. Trudno mi jednak zaakceptować (być może wynika to z faktu, że sam piszę) ignorowanie tekstu, który niesie jakieś przesłanie.

  Najkrócej: Joringel musi odnaleźć czerwony kwiat, żeby odczarować ukochaną. Sztuka zmierza w kierunku „teatru drogi” (czemu nie, skoro jest „kino drogi”). Tymczasem wyprawa w poszukiwaniu magicznej rośliny trwa krócej niż „dopisana” (I pozbawiona zupełnie znaczenia dla treści) scena siekania przez wiedźmę marchewki. W ukraińskim spektaklu fabuła baśni rozmyła się w tańcach. Dzielny szewc Dratewka przepadł w kabaretowej oprawie sztuki Marii Kownackiej, w dodatku „pisanej” na scenie przez aktora-mężczyznę.

Zabawa z tekstem obroniła się – moim zdaniem – tylko w przypadku Czterech bajek o tym, jak wilk stał za płotem. Pomysł, że Czerwonego Kapturka, trzy świnki i grimmowskie koźlątka prześladuje to samo wilczysko, okazał się nośny i zabawny. Właściwie jedyne przedstawienie trzymające się „literatury” to Baśń o Rycerzu bez Konia Marty Guśniowskiej „Teatru Animacji” z Poznania. Wierną  adaptacją była też Kasztanka Antoniego Czechowa. Na początku wydawało się, że ta historia, opowiedziana „z punktu widzenia” psa, może być wydarzeniem. Niestety, czytana z głośników opowieść narratora, szybko przekonała widzów, że jeśli Czechow – świetny przecież dramaturg – wybrał dla swojej historii formę opowiadania, to należało jego decyzję uszanować.

 Drobny wyzysk jury

 W katowickim festiwalu nagradza się najlepszy spektakl, najlepszą rolę męską i kobiecą. W tym roku nagrodę za najciekawszą scenografię ufundował jeszcze handlowy moloch – „Silesia City Center”, zdając się jednak na wybór jurorów. To było poza umową z „Ateneum”, ale dzięki temu podzielone w swoich sądach jury uhonorowało nagrodami wszystkie zasługujące na to spektakle.  Za najlepszy uznano Jorindę i Joringela – „Theater Kranevit” z Berlina. Poznański „Teatr Animacji” dostał podzieloną na pół (no cóż – sami są sobie winni) nagrodę za rolę męską (dla rycerza bez konia i dla konia bez rycerza). Za rolę kobiecą nagrodzono aktorkę „Malutkiego” z Łodzi. Dobrze, iż dostrzeżono zespół z Ostrawy (nagroda za scenografię). Jakoś tam więc sprawiedliwości stało się zadość, choć – pozostając w tym kręgu laureatów – inaczej bym nagrody przydzielił.

 Marudzenie

 zblazowanego recenzenta – to jego obowiązek. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak – w końcu w teatrze lalkowym happy end jest normą – przejść do pozytywów. Dzięki za ten festiwal organizatorom z „Ateneum”, którzy osiągnęli zamierzone cele. Sprawili, że małoletnia widownia przeżyła święto (jury podczas swojej pracy powoływało się często na dziecięce reakcje). Potrafili – choć festiwal zakłada konkurencję – stworzyć taką atmosferę, że w prywatnych rozmowach goście wyrażali życzenie, aby tu powrócić. Podziękowania należą się też miastu. Już choćby za odwagę prezydenta Piotra Uszoka – honorowego patrona imprezy, który uznał, że nie jest ujmą dla gospodarza miasta wsparcie teatru pozornie mniej „ważnego”. Przede wszystkim jednak chwała samym twórcom, którzy przyjeżdżają do Katowic nie tylko po to, żeby wygrać, ale też aby wymienić się doświadczeniami, nawiązać kontakty, spróbować się czegoś nauczyć. Z myślą o tych, którzy dzięki nim może po raz pierwszy dotkną magii teatru. I powiedzą – jak dziecko zacytowane w festiwalowej gazetce – babciu, przyjdziemy tutaj jutro?
 
BOGDAN WIDERA

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA