Literatura powołana do życia
przez internet to w Polsce nie nowość, ale i nie dokonanie. Mniej zasobna, ale ciekawsza
jest ta, którą internet inspiruje. I jej właśnie w ostatnim czasie na rynku zabrakło.
Myślę tu o drukowanych blogach, czyli dziennikach internetowych (Świat według
blondynki aali), powieściach interaktywnych tworzonych w sieci przez pisarzy wspólnie z
internautami (Krótka historia Iwony Tramp Krystyny Kofty), dramatach internetowych (Cz@t
Krzysztofa Rudowskiego) i wreszcie prozie e-mailowej (Tabu Kingi Dunin) i czatowej
(S@motność w sieci Janusza L. Wiśniewskiego). W 2003 roku napisałam rozdział
liternetu.pl zatytułowany Internet jako źródło cierpień literatury (red. P. Marecki,
Kraków 2003). Zajęłam się w nim wszystkimi pozycjami z nawiasów. Sądzą Państwo,
że od tego czasu coś w literaturze internetowej ruszyło?
Wciąż nie ma nowości, którymi można by dopełnić listę książek wydanych w
latach 1998-2002. Oznaczać to może dwie rzeczy: liternet jako zjawisko w literaturze nie
przyjął się w Polsce, a jego reprezentacja książkowa to zapowiedź tego, co być
mogło, ale nie jest. Po wtóre skończył się czas sieciowego boomu. Wszyscy mamy
neostradę albo ISDN i przestaliśmy jak dzieci przesiadywać w kafejkach, żeby
zaczatować. Skończyło się zjawisko (na dobrą sprawę nigdy nie zaczęte), rosną jego
konsekwencje. W miejsce literatury podmiotu pojawia się literatura przedmiotu: publikacje
o "zaczaconych". Jeśli bowiem którekolwiek style życia w sieci mają dziś
pierwszeństwo, są nimi korzystanie z gadu-gadu, czatu i prowadzenie blogów. Ich
użytkownicy i autorzy nierzadko zapominają, że z rzeczywistością wirtualną mają do
czynienia i przenoszą ją do realu. Inny poziom tworzy literatura, która żyje z
internetu. Jest on w niej niezbędnym, acz tylko dodatkiem. Elementem, bez którego by
się nie obyła. Taka literatura pokazuje, w jaki sposób bohaterowie prozy korzystają z
sieci (czym zajmują się przede wszystkim Shuty i Ostaszewski). Być może to poziom, na
który wspięła się istotna część liternetu, stając się obowiązkowym wystrojem
dzisiejszych fikcji. Znaczyłoby to, że sieć, podobnie jak komputer w domu, to element,
ale tylko element życia literatury i życia w ogóle, i nie ma co oczekiwać, że z
powrotem stanie się on zjawiskiem tekstotwórczym. Na tym tle debiutancki Maluszek Majki
Palewskiej to powrót do dokonań sprzed kilku lat. Reaktywacja starych pomysłów. Ale i
książka pokazująca, że literatura nicująca strukturę wypowiedzi sieciowych do tekstu
liniowego to już ramota. Choć płynące z tego konsekwencje mogą być nadal
niebezpieczne. O autorce książki, która przypomniała mi |
|

Majka
Palewska: Maluszek. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2006
|
MARTA CUBER
|
Ckliwe
słówka
o zakurzonym liternecie,
pomyślałam: sprawdziła się w tak wielu dziedzinach, że zachciało jej się sprawdzić
w tej, gdzie bez demona ani rusz. I jest coś na rzeczy, albowiem ta była pani kapitan
GROM-u pracująca w korporacji amerykańskiej, gdzie odpowiada za bezpieczeństwo i
ochronę w Europie Centralnej i Północnej, sędzia i instruktor karate (grzecznie
przepisuję z okładki) po dwu fakultetach, studia MBA z licencją pilota, osoba - jak
wynika ze zdjęcia - młoda i czarująca, może być tylko przykładem ogromnych ambicji
pokolenia ludzi wchodzących w dorosłość i takich wyzwań, jakie ona przed nimi stawia.
Jeśli więc Palewskiej udało się niemal we wszystkim, dlaczego nie miałoby jej się
udać w literaturze? Dlatego, że literatura to nie trzeci fakultet ani kurs judo, choć
trzeba w niej być równie przebojowym i śmiałym. Na domiar złego literatura jest
działką ludzi nieszczęśliwych i niespełnionych. Szczęście i sukces pisaniu nie
sprzyjają.
Odłóżmy podstawy psychologii pisania na bok, skoro z fenomenem spełnienia
mamy do czynienia, pokazującym zresztą pewną amerykańską tendencję, która lęgnie
się w Polsce, że ludziom sukcesu nieliterackiego do ostatecznego szczęścia potrzebne
jest spełnienie w sztuce. Tymczasem Maluszek to nie książka o korporacji ani nie o
walkach na macie, lecz rzecz o... miłości. Napisana, choć w formie
e-maili, tradycyjnie, z wyraźną pointą, wciągajaca i, jak zdarza się w literaturze
pierwszego rzutu, słabo
|
|
przekonująca,
iż rzeczywiście z nowatorstwem formalnym mamy tu do czynienia. Korespondencja prowadzona
między archeolożką Olgą, jej kolegą ze studiów Radkiem i Krzysztofem pracującym w
wypożyczalni równie dobrze mogłaby lądować w kopertach i skrzynkach na listy, choć
tempo akcji byłoby zdecydowanie wolniejsze. Zatem nie niezwykłość listu internetowego
z jego "oki" i "sroki", lecz zwyczajność tradycyjnego listu ufundowała tę
książkę.
Fabuła jest prościutka. Oto przeraźliwie samotna kobieta w wieku Balzakowskim,
która ma mieszkanie, świetną pracę, samochód i pieniądze, ale nie mężczyznę,
bierze czterotygodniowy urlop od życia na uporządkowanie swoich spraw i poszukanie
partnera. Robi to, przykrywając się siedzeniem w domu i przegrywaniem ulubionej muzyki.
Te cztery tygodnie mają radykalnie zmienić jej życie. Bohaterowie coraz
popularniejszego u nas pisarza francuskiego, Michaela Houellebcqa wyjeżdżają w takich
chwilach na wyspy lub prowincję, piją, sekundują morderstwom i chodzą z przypadkowymi
partnerami do łóżka. Olga nie wyściubia nosa z domu, przewietrzając się jedynie w
czasie spacerów do wypożyczalni płyt z muzyką CD. Nie trzeba wiele, żeby wpadła w
ramiona jej uroczego pracownika i nawiązała z nim internetowy romans. I oto znajdujemy
się na wylocie dzisiejszego funkcjonowania sieci w literaturze: bohaterowie serfują po
niej w czasie pracy, znudzeni obsługą klientów, albo używają jej zamiast
rzeczywistości. Krzysztof nie może spotkać się tradycyjnie z Olgą, jest mężem i
ojcem. Olga nawykła w swej samotności do romansów z żonatymi mężczyznami, więc jej
to nie przeszkadza. Czeka ich dramat. Ale najpierw wanna ckliwości.
Teza debiutu Palewskiej jest równie prosta, co jego fabuła: każdy ma w sobie
dziecko, które potrzebuje miłości. Ale miłość jest tylko na chwilę, Bóg jest
oszustem, teodycea to problem pierwszych stron naszych prywatnych gazet zaś my jesteśmy
nieutuleni w bólu i czeka nas zgon w samotności. Jakieś resztki po egzystencjalizmie
się tu błąkają zaprawione ckliwymi nie do wytrzymania "Słoneczkami" i
"Maluszkami" z listów bohaterów. Krótko: kto chciałby się czegoś nowego
dowiedzieć o sobie, niech po tę książkę nie sięga. Jest niezłym czytadłem na jeden
wieczór, ale tak przeraźliwie smutnym, że radzę sobie ten wieczór odpuścić. Że
romans kończy się katastrofą, a wyemancypowane kobiety siedzą w domach same, o tym co
jakiś czas donosi sumienna "Polityka". Zatem: kto przychodzi do literatury z sukcesem
i odmawia go swoim bohaterom, wypada nieprzekonująco. |