ANDRZEJ DZIADEK -
urodzony w 1957 roku w Jasienicy koło Bielska-Białej, ukończył kompozycję u Józefa
Świdra w katowickiej Akademii Muzycznej (dyplom z wyróżnieniem 1986). W latach
1990-1992 kontynuował studia pod kierunkiem Francisa Burta w Hochschule fur Musik und
darstellende Kunst w Wiedniu jako stypendysta rządu austriackiego oraz Fundacji Albana
Berga. Był wielokrotnym stypendystą Ministerstwa Kultury i Sztuki.
W 1983 otrzymał II nagrodę na konkursie kompozytorskim w Gdańsku. W 1986 został
laureatem II i III nagrody na Konkursie Kompozytorskim im. G. Fitelberga. W 1987 wygrał
Konkurs Młodych Związku Kompozytorów Polskich. W 1999 jego I Symfonia była utworem
obowiązkowym na VI Międzynarodowym Konkursie Dyrygentów im. G. Fitelberga w Katowicach.
Jego utwory były wykonywane na festiwalach muzyki współczesnej (Warszawska Jesień,
Musica Polonica Nova, Poznańska Wiosna Muzyczna, Gdańskie Spotkania Młodych
Kompozytorów "Droga", Capital Music Festival w New Jersey, Edmonton New Music
Festival, Youngnam International Contemporary Music Festival w Taegu, Międzynarodowy
Festiwal Muzyki Współczesnej w Bukareszcie, Jornadas de Musica Contemporanea w Cordobie)
oraz na koncertach w wielu krajach Europy, Azji i Ameryki, a także nagrywane dla radia,
telewizji i na płyty CD.
Od 1993 roku jest prezesem katowickiego Oddziału Związku Kompozytorów Polskich,
a od 2001 członkiem Zarządu Głównego ZKP. W ramach działalności w ZKP organizuje (od
1994) międzynarodowy festiwal Śląskie Dni Muzyki Współczesnej, cykl koncertowy
Śląskie Trybuny Kompozytorów, wydaje publikacje naukowe i płytowe. Był jurorem wielu
konkursów kompozytorskich. Jest członkiem Rady Programowej Filharmonii Śląskiej
Ważniejsze utwory: Aforyzmy na fortepian (1979), Poemat na skrzypce solo (1982),
Preludium i Toccata na fortepian (1983), Sinfonietta na orkiestrę (1984), Appassionato na
zespół kameralny (1984), Koncert na klawesyn i orkiestrę (1985), Magnificat na głosy
solowe, chór i orkiestrę (1986), Poemat na orkiestrę (1987), Aria i Capriccio dla 5
perkusistów (1987), Salve Regina na chór mieszany i kotły (1989), Et misericordia na
chór mieszany a cappella (1990), Fantazja na organy (1990), Nokturn na zespół kameralny
(1991), I Kwartet smyczkowy "Metamorfozy" (1991), 2 Bagatele na fortepian (1991),
Koncert na skrzypce i orkiestrę (1994), Haec dies na chór mieszany (1993), Pieśń na
gitarę solo (1993), Adagio per clarinetto e pianoforte (1994/95), Concertino na fortepian
i orkiestrę (1996), I Symfonia (1996-97), Stabat Mater na sopran i orkiestrę smyczkową
(1997), Musica sacra na chór mieszany a cappella (1997), Walc na fortepian (1998),
Nokturn na fortepian (2001), II Symfonia "Te Deum" na chór i orkiestrę (2000/2002),
Capriccio na flet solo (2001), Largo na orkiestrę smyczkową (2002), II Kwartet smyczkowy
(2002), Sekstet na klarnet, fagot i kwartet smyczkowy (2003), Kołysanka na fagot solo
(2003), Dzwony na fortepian solo (2004), Koncert na organy i orkiestrę smyczkową (2005).
- Prowadzi Pan wielostronną działalność jako kompozytor, pedagog kompozycji,
organizator życia muzycznego. Która z tych dziedzin jest najważniejsza?
- Oczywiście komponowanie. Temu staram się poświęcać jak najwięcej czasu.
Pozostałe rzeczy muszą być podporządkowane pisaniu, zwłaszcza jeśli utwory powstają
na konkretne zamówienia, a więc muszą być kończone terminowo. Ale zawód kompozytora,
w kształcie, w jakim istnieje on w Europie przynajmniej od początku XIX wieku to nie
tylko pisanie nut, ale i promowanie tego, co się "wyprodukowało", współkreowanie
rynku sztuki, kształcenie publiczności. Proszę sobie przypomnieć takie postaci jak
Carl Maria von Weber, Robert Schumann, Ferenc Liszt, Hektor Berlioz, Richard Wagner: do
dziś można się z ich życiorysów uczyć skutecznego "marketingu", czy, nazwijmy to
ładniej - "społecznych zachowań artysty". Krzysztof Penderecki chyba właśnie od
nich uczył się tego. I oczywiście pedagogika - przekazywanie tradycji, którą się
odziedziczyło. Jest to najbardziej naturalny obowiązek twórcy.
- Jako pedagog ma Pan do pracy dość daleko...
- Przez ponad 20 lat byłem związany z uczelniami śląskimi. Obecnie prowadzę
klasę kompozycji w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Znalazłem tam bardzo przyjazne
środowisko. A w moim zawodzie człowiek jest od młodości przyzwyczajony do walizek...
Dystans Cieszyn - Gdańsk nie jest bynajmniej rekordowy. Kiedy studiowałem w Wiedniu,
jeden z profesorów dojeżdżał aż z Paryża.
Trasy dzisiejszych kompozytorów są nie mniej skomplikowane, niż wędrówki
mistrzów baroku - z Niemiec do Włoch, z Włoch do Niderlandów. Ja mam nadzieję
założyć nad Bałtykiem odnogę "śląskiej szkoły kompozytorskiej". Moi studenci
są bardzo młodzi, ale kilku z nich już osiągnęło pierwsze sukcesy konkursowe, z
czego jestem bardzo dumny. Mam z nimi dobry kontakt i sam się od nich dużo uczę -
młodsze pokolenie myśli inaczej niż my, a ja chcę być "na bieżąco".
- W Pana przypadku "społeczne zachowania artysty" otrzymały postać dość
spektakularną. Od 13 lat kieruje Pan katowickim Oddziałem Związku Kompozytorów
Polskich, od kilku kadencji wchodzi też Pan w skład Zarządu Głównego Związku.
Wynikałoby z tego, że ZKP jest atrakcyjnym polem działalności dla kompozytora?
- Tak, tym bardziej, że pozwala realizować wspomniane "społeczne
zachowania" z pożytkiem dla większej grupy. Jest to ważne, ponieważ w dzisiejszej
rzeczywistości (znów oczywiście z odniesieniami do przeszłości, która ją w taki
sposób ukształtowała) samotny twórca nie ma racji bytu. W Europie większość |
|

|
Z profesorem
Andrzejem Dziadkiem,
prezesem
katowickiego Oddziału Związku Kompozytorów Polskich, rozmawia
Marek Skocza
|
Nie lubię
monotonii
kompozytorów jest związana - tak etatowo jak i w sensie funkcjonowania w
zbiorowości - z uczelniami, instytucjami muzycznymi, mediami i właśnie
stowarzyszeniami. W naszym kraju, gdzie kultura muzyczna jest ciągle jeszcze "na
dorobku", sieć możliwości jest znacznie skromniejsza, zwłaszcza jeślichodzi o
współpracę z mediami i instytucjami muzycznymi. Tak się składa, że środowiska
kompozytorskie wytworzone w uczelniach są przeważnie małe i słabe. Zatem pozostaje
Związek Kompozytorów i jest on w Polsce rzeczywiście bardzo silny i prężny. Obecnie
liczy około 300 osób - kompozytorów i muzykologów. Składa się z ośmiu
oddziałów, które mają siedziby w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Poznaniu,
Łodzi, Wrocławiu i Lublinie. Większość oddziałów prowadzi działalność w zakresie
organizacji koncertów, a w porywach - festiwali muzyki współczesnej. Wspólną
własnością i troską ZKP jest "Warszawska Jesień". Jest to już symbol polskiej
kultury muzycznej i jako taki posiada w miarę stabilny byt.
Jeśli chodzi o festiwale "terenowe" - powstają one w rezultacie
zaangażowania indywidualnych osób i najczęściej upadają, kiedy owego zaangażowania
braknie. Kiedyś odbywał się w Gdańsku festiwal "Droga" - teraz już go nie ma.
Ogromny kryzys przeżywa jeden z najszacowniejszych i najstarszych festiwali
"pozawarszawskich" (tak, to słówko jest w użyciu!) firmowanych przez ZKP -
Poznańska Wiosna Muzyczna. W tym roku się nie odbędzie. Natomiast od kilku lat kwitnie,
dzięki pracy Jerzego Stankiewicza, prezesa oddziału krakowskiego - tamtejszy festiwal
ZKP - Dni Muzyki Kompozytorów Krakowskich.
- Jak się plasują na "mapie" polskich festiwali muzyki współczesnej
Śląskie Dni Muzyki Współczesnej?
- Katowice nie są Warszawą ani Krakowem, więc nie mogą pozwolić sobie na
rozmach i bogactwo tamtejszych imprez. Nasz festiwal powstał w 1984 roku i po pięciu
edycjach upadł. Odrodził się w 1994, dzięki uporowi zarządu, którym właśnie wtedy
zacząłem kierować. Miałem szczęście pozyskać dla zarządu katowickiego Oddziału
ZKP kilku entuzjastów dysponujących ogromnym doświadczeniem. Był to przede wszystkim
Ryszard Gabryś - współtwórca słynnych Śląskich Trybun Kompozytorów. Do dziś
jest on moim najbliższym współpracownikiem, kipiącym pomysłami, potrafiącym je
realizować i w dodatku jeszcze promować w mediach. W realizacji wielkich
przedsięwzięć pomagał oczywiście wyjątkowy prestiż katowickiego Oddziału ZKP,
który szczyci się tym, że jego członkami są Henryk Mikołaj Górecki, Wojciech Kilar
i inni twórcy o międzynarodowym znaczeniu. Za życia kibicowali naszej pracy Witold
Szalonek (dzięki któremu nawiązaliśmy owocne kontakty ze środowiskiem berlińskim),
Edward Bogusławski, Adolf Dygacz.
Rozpoczynając organizację festiwalu, spotkałem się z ogromną życzliwością
kierownictwa katowickich wydziałów kultury, zarówno marszałkowskiego, który już
wtedy reprezentowała Łucja Ginko, jak i miejskiego, którym kierowała i kieruje do
dziś Mirosława Kilon. Z czasem nasza impreza doczekała się patronatu prezydenta
Katowic. Jest to dla nas duże wyróżnienie.
Już w 1994 roku staraliśmy się nadać Śląskim Dniom Muzyki Współczesnej
wymiar międzynarodowy. Został on utrzymany do dziś. Jest to właściwie standard -
jesteśmy przecież we wspólnej Europie. Poza festiwalem organizujemy cykle koncertów
Śląskiej Trybuny Kompozytorów. Koncerty z tej szacownej, trwającej już 33. rok serii
odbywają się w tej chwili nie tylko w Katowicach, ale również w innych miastach
polskich (m.in. podczas "Warszawskiej Jesieni") oraz za granicą. Organizujemy też
rozmaite wykłady, publikujemy książki, a zwłaszcza płyty. Nasza działalność
wydawnicza jest ewenementem w skali kraju - tylko nasz oddział może się poszczycić
posiadaniem serii płytowej z kroniką najważniejszych wydarzeń poszczególnych
Śląskich Dni Muzyki Współczesnej. W wydawaniu tej serii ma swój udział Polskie Radio
Katowice, które jest jednym z naszych najcenniejszych sprzymierzeńców.
- Bez współpracy z innymi jeszcze katowickimi instytucjami muzycznymi i mediami
tak szeroko zakrojona działalność nie byłaby zapewne możliwa?
- Oczywiście. Ogromnie sobie cenimy współpracę z Narodową Orkiestrą
Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach, która regularnie koncertuje na naszym
festiwalu, z Filharmonią Śląską, Zespołem |
|
Śpiewaków
Miasta Katowice "Camerata Silesia", Orkiestrą Kameralną "Camerata Impuls",
znanymi śląskimi zespołami kameralnymi i solistami. Nasza działalność rozwija się
pomyślnie dzięki bliskiej współpracy z Górnośląskim Centrum Kultury, Państwową
Szkołą Muzyczną im. M. Karłowicza oraz Instytucją Promocji i Upowszechniania Muzyki
"Silesia". Placówki te mają swoją wierną publiczność - z czasem stała się
ona także naszą publicznością. To nasze największe dobro - jego posiadanie pozwala
wierzyć "mimo wszystko", że muzyka współczesna może liczyć na społeczne
uznanie, o które dziś w ogóle nie jest łatwo... Poza tym, świetne samopoczucie daje
świadomość, że jesteśmy częścią autentycznego, żywego i wartościowego
środowiska, jakie stanowią wspólnie wymienione przeze mnie instytucje. Jesteśmy małym
ośrodkiem kulturalnym, mamy wątłe tradycje w porównaniu z takim Krakowem czy
Poznaniem. Tworzonej przez nas kulturze zwanej wysoką zagraża coraz silniej mitologia
większego pożytku społecznego, jaki przynosi sztuka popularna, chłonięta jakoby przez
wszystkich (czyli przez nikogo)...
- A Związek Kompozytorów chce być obrońcą "kultury wysokiej"?
- Tak, zdecydowanie, chociaż sami nie posiadamy narzędzi promowania tego
rodzaju kultury. Zazdrościmy Europie, gdzie one istnieją, np. w postaci specjalnych
finansów przyznawanych instytucjom muzycznym na promocję rodzimej twórczości. Już nie
wspomnę o katastrofie z polskimi mediami... Nie mamy możliwości przeciwstawienia się
zalewowi rynku muzycznego tandetą. A tutaj sytuacja jest obecnie bardzo groźna. Ot,
choćby oprawa muzyczna towarzysząca obchodom rocznicy śmierci Ojca Świętego: nasze
uszy zalały prymitywne dźwiękotwory szumnie zwane "oratoriami", a "uczuciowe"
oazowe piosenki wyparły z niej wszelką powagę... O zalewie muzycznego kiczu można by
mówić bez końca. Jest on szczególnie bolesny na terenie kultury kościelnej oraz
szkolnej. Tam o karierze kiczu decydują indywidualne gusta nauczycieli, księży czy
organistów, co do których nie zawsze można zgłaszać wygórowane wymagania. Gorzej,
że kicz pojawia się w ofercie poważnych instytucji muzycznych, w tym - oper i
filharmonii. Styl zabiegania o "masowego słuchacza", jaki zapanował w niektórych z
nich, przyprawiłby o palpitacje nawet zatwardziałego doktrynera socrealizmu...
- Wspomniał Pan o "katastrofie z mediami"...
- Mam na myśli kłopoty z uzyskaniem większej ilości czasu antenowego dla
polskiej muzyki współczesnej w mediach publicznych - getto w postaci kanału Kultura
jest tylko gettem... Ale także nie cieszy marginalizacja krytyki muzycznej w gazetach
codziennych i czasopismach (nie myślę tu oczywiście o "Śląsku" czy "Opcjach",
których działy muzyczne są z zazdrością oglądane nawet w Warszawie). Ale w
dziennikach - katastrofa! Królują popularyzatorskie omówienia zrzynane z
przedpotopowych "przewodników koncertowych" przez autorów sprawiających wrażenie
zupełnie nie obeznanych z muzyką. Nie ma w ogóle recenzji, tylko zapowiedzi - w
formie malutkich tekścików umieszczonych pod wielkimi obrazkami... Znawca się tylko
uśmiechnie, a laik? Czy coś takiego go zachęci do przyjścia na koncert? Upadek krytyki
muzycznej w dziennikach jest - dodam - naszą śląską specjalnością. Gazety
warszawskie, krakowskie czy poznańskie drukują dużo recenzji.
- Niewesoła perspektywa dla muzyka, zwłaszcza tego, który zaczyna karierę...
Jak przedstawia się sytuacja młodych kompozytorów w Polsce, na Śląsku, w
stowarzyszeniu, którym Pan kieruje?
- Mamy w Polsce sporo uczelni muzycznych, które "produkują" dużą liczbę
muzyków. Z pracą dla nich jest tak jak po każdych innych studiach w Polsce, a
właściwie jeszcze gorzej, bo ludzie, którzy kończą studia muzyczne dowiadują się na
przykład, że w międzyczasie zmieniła się definicja ich kwalifikacji...
- A studia kompozytorskie? Co dają?
- I tu sytuacja nie wygląda zbyt optymistycznie. Zastanawiam się, co się
dzieje z absolwentami licznych klas kompozycji w polskich uczelniach. Mam wrażenie, że
dla większości z nich prezentacja utworu na popisie dyplomowym jest pierwszym i zarazem
ostatnim publicznym wykonaniem. Jeśli chodzi o związek kompozytorów - napływ
młodych członków jest bardzo powolny. Jest to kwestia, być może, nadmiernie
rygorystycznego systemu selekcji kandydatów, których przyjmuje Komisja Kwalifikacyjna
powołana przez walne zebranie członków. Nasz oddział próbuje na własną rękę
"wyławiać" młode osoby. Temu służą organizowane przez nas konkursy
kompozytorskie, otwarte dla każdego. Chętnie też włączamy utwory debiutantów do
programów naszych koncertów.
- W działalności społecznej jest Pan pozytywistą i pragmatykiem. Natomiast
jako kompozytor uchodzi Pan za romantyka. Ma Pan rozdwojoną osobowość?
- Już mówiłem, że zawód kompozytora jest w założeniu "rozdwojony". Co
oznacza, że nie jest nudny. A ja najbardziej nie lubię monotonii. Jeśli chodzi o styl
moich utworów, jest on konsekwencją wiary w siłę ekspresji, którą niesie muzyka w
swoich fundamentalnych elementach: melodii, rytmie, harmonii. Co nie oznacza, że
oddziaływanie muzyki ma być łatwe. Powodzenie utworu jest w moim przypadku zawsze
wprost proporcjonalne do wysiłku, jaki włożyłem w jego konstruowanie - począwszy od
budowania własnego języka harmonicznego, poprzez pracę nad formą i fakturą, do
kształtowania ostatecznego efektu, którym jest wyraz. Mam szczęście pracować z
wykonawcami, którzy rozumieją ten rodzaj muzyki. A od wykonawców, jak wiadomo, bardzo
dużo zależy. Są właściwie współtwórcami utworów, zwłaszcza w przypadku
prawykonań.
Andrzej Dziadek jest nie tylko cenionym kompozytorem, ale również pedagogiem i
organizatorem życia muzycznego na Górnym Śląsku. |