Sándor Márai jest pisarzem
dwojako zapóźnionym: jak to z geniuszami bywa, zbyt późno go dostrzeżono. Ale to nie
wszystko. Genialność Máraiego nie przekłada się na formy eksperymentalne i literackie
udziwnienia.
To mistrz długiej, trochę anachronicznej, epickiej frazy z licznymi wtrąceniami
oraz afabularnej narracji przypominającej na pierwszy rzut oka dzieła Tomasza Manna. Tę
niebagatelną prozę, podobnie jak powieści wydanego u nas niedawno Bernharda, czyta się
z mozołem i przełyka jak gorzką nalewkę. Nie ma tu zalotów i podchodów w stronę
czytelnika. Odwrotnie, przy całym dobrodziejstwie - zdawałoby się - zrozumiałego
mówienia, autor Żaru pisze o sprawach niełatwych. W Wyznaniach patrycjusza (polska
edycja w 2002 r.) prognozował upadek węgierskiego mieszczaństwa, opisując społeczną
enklawę z jej palącymi pachnące papierosy hrabinami i wujkami przynoszącymi kolorowe
książki, którzy mieli w czasie wojny bezpowrotnie wyginąć.
W Ziemi! Ziemi! zajął się losem Środkowoeuropejczyka w państwie
komunistycznym. Márai sam doświadczył losu pisarza na wygnaniu. Opuszczając po wojnie
Węgry i emigrując do Neapolu, zaszczuty przez "przyjaciół" Moskali, pisarz
zdawał sobie sprawę, że w kraju reżimu nie tyle nie sposób pisać, ile trudno
milczeć. Jeszcze w 1944 roku odkłada pióro i wycofuje się z życia publicznego.
Zamilknięcie to temat Ziemi! Ziemi! Co jednak robi przezorny pisarz, który udał się na
emigrację wewnętrzną? Pisze do szuflady. W ten sposób powstała edna z piękniejszych,
eseistycznych |
|

|
| Sándor
Márai: Ziemia! Ziemia! Przeł. Teresa Worowska. Czytelnik. Warszawa 2005 |
MARTA CUBER
|
Zmowa milczenia
j powieści XX wieku: o
naturze Rosjan niezrozumiałej dla Europy Zachodniej, języku węgierskim i węgierskim,
powojennym świecie, idiotycznych ruchach władz komunistycznych, zaprzaństwie i
serwilizmie komunistów, ale także o wycieczkach do Szwajcarii i Paryża uderzająco |
|
niepodobnych do świata, gdzie towar kupuje się na kartki,
wreszcie o sytuacji pisarza środkowoeuropejskiego, nie zgadzającego się z ówczesną
władzą. Takiemu pisarzowi - a był nim Márai - pozostaje żyć w nędzy na emigracji,
gimnastykować się przed wydawcami i czekać cierpliwie w nadziei, aż inny Węgier
usłyszy jego głos. "Żyłem jak człowiek, który nie ma już możności odezwać
się do kogokolwiek, ale ma jeszcze możność milczeć z innymi".
Historia przedstawiona w książce Máraiego uderzająco przypomina polską
historię. Pojawiają się te same obrazy: Sowietów zawłaszczających zegarki, świnie i
zamieszkujących salony oraz zajmujących pańskie łóżka, bestialskich Niemców,
zrusyfikowanych ludzi, zemsty na zbrodniarzach wojennych, wywózek w głąb Rosji i
powrotów z Moskwy, a przy tym zmowy milczenia. Pisarze "ukąszeni heglizmem"
składają samokrytyki, ludzie żyją w biedzie i nie mają komu się poskarżyć. Márai
wraca do stanowiska patrycjusza w obcym kraju, zatem człowieka wyobcowanego podwójnie:
zdeklasowanego emigranta. Z jego tomu tchnie smutek wydziedziczonego apostaty, który za
bardzo umiłował własny język, aby pozwolić się zeń wykorzenić. Ten smutek to jego
największe nieszczęście. Nie ugasi go nawet milczenie, jakie sobie przyrzekł -
oznaczałoby bowiem postawę zgody, podczas gdy Márai, który w 1989 roku strzelił sobie
w usta, był żywym przykładem opozycji. Żywą pochodnią.
Marta Cuber |