Nekropolie przypominają niekiedy biblioteki, w których ktoś rozsypał bez ładu książki. Skamieniałe księgi nagrobne można przysypać śniegiem, światłem lub ciemnością. Lub milczeniem, które wchłania tajemnicę, zamknięty na zawsze sekret. Ktoś polecił go - dawno, wczoraj - innym ludziom albo Bogu, Największemu Bibliotekarzowi.

W kompozycji Bazylika, Biblioteka Andrzeja Szewczyka spotkały się w dialogu tworzyw: drewno dębowe, ołów, sól i wosk pszczeli. Na podkładzie słonym i sypkim, jak gdyby bez nadziei zakorzenienia, zastygły w kilku szeregach dębowe płyty nagrobne. Każda pokryta ołowianą inskrypcją, pismem albo pamiątką po nim. Każda pokryta tekstem, który jest tylko echem tekstu - ciężkim, bolesnym, trudnym. Cały świat może być biblioteką. Albo śmiercią - długo studiowaną, nabożną, liturgiczną, a dzięki temu wierną i posłuszną.

Andrzej Szewczyk (1950-2001) uznawany jest za jedną z najbardziej znaczących osobowości sztuki współczesnej. Katowiczanin z urodzenia, już pod koniec lat 60. ubiegłego wieku realizował głośne akcje artystyczne w pracowniach i na ulicach.
Na Akademię Sztuk Pięknych nigdy nie trafił, bo zawiniła niemożność sprostania konserwatywnym gustom i oczekiwaniom. Został ostatecznie absolwentem wychowania plastycznego na Wydz
iale Pedagogiczno-Artystycznym cieszyńskiej filii Uniwersytetu Śląskiego, ale cała jego głęboka wiedza i zainteresowania wynikały z narzuconej sobie potrzeby samokształcenia i autorefleksji. W Cieszynie mieszkał w ostatnich latach życia. Stałą wystawę jego prac można oglądać dzisiaj w Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Przywilej znaczący, bo przecież uchodził Szewczyk za artystę awangardowego, złaknionego wolności i niezdolnego do kompromisów. Wierzył, że sztuka była i jest gestem nadwrażliwych męczenników. Anna Markowska uogólniła to męczeństwo: - Chorował, pił, pisał, uwodził, niepogodzony, szukający czystości i uczciwości, jak modernista.

Uznawał się za malarza. Tyle że nie chodziło o deklarację formy, a o poczucie misji. Pod koniec lat 70. związał się Galerią Foksal. Malarstwo obrazu było wówczas dialogiem ze sztuką konceptu, urzeczywistnianym przez ślady malarskiego wałka, który zmieniał ściany galerii w miejsca zarazem pospolite i uduchowione prostotą powtarzającego się seryjnie motywu.
Późniejsze Malarstwo z
Chłopów było w tym samym stopniu wyrazem wierności abstrakcji, co i próbą odwzorowania ścian domostw rybaków ze wsi w północnej Polsce.

sl4sIIIb.jpg (19728 bytes)

sl4sIIIa.jpg (51466 bytes)

 

 
Epitafia Szewczyka
  

kredek. Patronem owej kompozycji (instalacji?) był Stéphane Mallarmé: przestrzeń ta sama, czy rośnie, czy maleje. Stało się jasne, że tym razem wybór określonego tworzywa i sposobu jego prezentacji nie prowadził do rezygnacji ze zbytku skojarzeń, ale ich pogłębienia. Gest niby-malarski przeistaczał się w gest symboliczny, poetycki. Działanie plastyczne było ważne wyłącznie jako opisywanie możliwego źródła inspiracji i wyznaczanie granic narzuconej sobie - ale też odbiorcy - wspólnoty.

W datowanej na 1999-2000 Ostatniej zimie Paula Gauguina spoiwem ułożonej na płótnie abstrakcji z kredek jest wosk. Oszczędność ekspresji, sprowadzonej do efektów fakturowych, chociaż jednocześnie otwartej na grę światła, tak naprawdę staje się nośnikiem niepokoju i dramatu. Tylko wtedy możliwego do pojęcia, kiedy świat uznaje się za bibliotekę i galerię, a teksty kultury za teksty nie do czytania lub oglądania, a przeżywania w sobie.

Sztuka była według Szewczyka biografią zbiorową. Tworzyć znaczyło otwierać księgę pełną epizodów - jak otwiera się ranę lub zdrapuje bliznę. Często podkreślano zmagania artysty o wyrównanie szans gier malarskich i literackich. Zrazu powstawały cykle prac z udziałem papieru. Artysta pokrywał, poprawiał stronice, zwoje i książki plamami tuszu, które zamykał w cienkich, delikatnych konturach.

Od lat 80. począł sięgać po ołów, ścinki kredek lub ołówki. Krople ołowiu na dębowych deskach mogły być echem czcionek, ścinki kredek lub ołówki pamiątką liter, a wszelkie linearności i narzucone znakom porządki - wspomnieniem pisma.

Wspomnieniem zatapianym w wosku lub zalewanym farbą. Tytuły prac przywoływały konkretne dzieła i autorów (np. Tristan i Izolda, Abelard i Heloiza, Pijaństwo Malcolma Lowry'ego), ale możliwa komunikacja między dziełem a jego możliwą inspiracją wyczerpywała się - jak podkreślał Szewczyk - na "dedykacji"

lub "podziękowaniu". Wiązka odniesień, fascynacji, składała się, w zgodzie z określeniem Jedlińskiego, na "erudycję wrażliwości". Szewczyk utożsamiał tworzenie z porozumieniem, sojuszem zawieranym z artystami wielu epok i autorami powtarzających się, egzystencjalnych dramatów. Ale gra z przeszłością nie była jedynie korespondencją z nazwiskami i dziełami. Szewczyk próbował również powtarzać symboliczne właściwości substancji, barw lub wręcz metafizyczne echa samego procesu tworzenia. Słowami-kluczami bądź wzorcami narzucającymi sztuce prymat działań liturgicznych były: biblioteka, księga, nagrobek, bazylika. Użyty materiał także wybijał swe walory symboliczne. Ołów opowiadał ból przemiany i zastygania, przymus formy. Sól utrwalała smak życia i przegranej. Ścinki kredek były jak nostalgia za utraconymi kolorami, a łupiny pistacjowych orzeszków, wtopione w wosk, przypominały cenę za odarcie formy z nadziei i złudzeń.

W rozmowie z Jaromirem Jedlińskim Szewczyk wyznał: - Moja sztuka liczy czterdzieści tysięcy lat. I jest jeden jedyny rdzeń, który ma różne postaci tylko. On ma różne postaci formalne czy fizyczne, ale rdzeń sztuki idzie przez sam środek jestestwa człowieka.

Wszelkie tego rodzaju autokomentarza są tyleż pojemne, co i bezradne. Tak naprawdę sztuka Szewczyka rozpięta jest między dwiema mitologiami. Pierwsza z nich to przeżywana za Borgesem wizja kultury jako biblioteki, którą odwiedza się ciągle i nigdy nie można zwiedzić do końca. W onirycznej pamięci o tej bibliotece gubią się i odnajdują na nowo litery, hieroglify, ideogramy, smak kurzu, inkaustu, wosku lub ołowiu. Zgodzić się na kulturę to zgadzać się na cytat, przystać na ocalenie w cudzej myśli bądź sentencji. Uniwersalne pismo będzie pismem heroicznie przywracanym do życia, fragment - całością, łupiny orzecha albo ścinki kredki - bytem na miarę zbudowanej w sobie katedry. Ale jest jeszcze inny porządek. Mit Franza Kafki przypomina o utopii, w której nie są ważne dzieła czy ich odpryski, ale nadwrażliwość i cierpienie. Twórczość bywa dalej malowaniem, pisaniem, ale maluje się, pisze się list do siebie, a nie do współczesnych lub potomnych. W cyklu prac Listy F. Kafki do F. Bauer gęsto pisany ołów jest - jak pragnął sam artysta - cieniem czynu, świadectwem czynu niedokonanego, zawieszonego na zawsze w nicości. Symbolika listu staje się tożsama z symboliką nagrobka. Ściany galerii mogą być ścianami płaczu. Każda inskrypcja to bowiem epitafium. - Niosę przed sobą lustro i w tym lustrze świat się odbija - deklarował Szewczyk. Właściwie sam był lustrem. Pękniętym.

Ryszard Jasnorzewski

sl4sIIIc.jpg (19968 bytes)

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA