Dżuma to jedna z najważniejszych
lektur mojej młodości, a Rieux to bohater, który na długo zawładnął moją
wyobraźnią i wrażliwością. Chciałem - czy tylko ja?! - widzieć w heroicznie
walczącym z zarazą doktorze paraboliczną postać, którą da się - dosłownie -
przyłożyć do naszej rzeczywistości. Do rzeczywistości PRL-u, niekoniecznie
postrzeganej "politycznie". To był dla mnie człowiek walczący z niedefiniowalnym
złem w imię jakichś wyższych racji, których uchwycić i nazwać nie umiałem, ale
wiedziałem, że przecież to one pchały go do działania. Owa nieuchwytność motywacji
doktora stanowiła dla mnie największą podnietę intelektualną.
Minęły lata, a ja zwierzam się z tym moich niegdysiejszych fascynacji, by od
razu na wstępie dać ci do zrozumienia, drogi czytelniku, z jak wielkimi nadziejami
szedłem na katowicką Dżumę, zaadaptowaną i wyreżyserowaną przez Rudolfa Ziołę -
artystę, którego wysoka pozycja w polskim teatrze jest przecież nie do podważenia. Czy
mogło mnie zatem spotkać rozczarowanie? Liczyłem, że znowu - jak kiedyś -
skonfrontuję się z Rieux, i choć pewnie już nie zobaczę w nim postaci, z którą
chciałbym się utożsamić, to na pewno rozpoznam tropy, jakimi szły jego myśli i
czyny. No i odczuję z tego powodu coś więcej niż tylko satysfakcję intelektualną.
Tymczasem na scenie Śląskiego Rieux właściwie nie ma. To znaczy niby jest, gra
go Andrzej Dopierała, ale jakby go w ogóle nie było. Został sprowadzony do drugiego,
jeśli nie trzeciego planu, i wcale nie winiłbym za to tylko aktora, choć Dopierała
zapewne powinien spróbować heroizm doktora jakoś umotywować. Robi to właściwie
dopiero w finale, gdy coś ze swego życia stara się wyjaśnić, siedząc na krześle
obok Marcina Szaforza - odtwórcy roli Tarrou, człowieka, który staje się pomocnikiem
doktora. Szaforzowi udało się wcześniej pokazać przemianę dokonującą się w Tarrou.
Niespodziewanie Tarrou jest ważniejszy niż Rieux.
To jest przedstawienie chłodne, wręcz lodowate, wyzbyte emocji. I - zdaje się
- takie miało być. Zioło skupił się na tym, by przede wszystkim pokazać, jak mali,
karłowaci stają się ludzie w obliczu kataklizmu i powszechnego zagrożenia życia. Na
bok idą wtedy racje wyższe. Zwłaszcza pierwsza część spektaklu w tym kierunku
zmierza. Cottard Wiesława Kańtocha to najpierw roztrzęsiony kandydat na samobójcę.
Figura paskudna, mocy życiowej nabierająca dopiero wtedy, gdy pojawia się interes, gdy
możliwe jest prowadzenie kontrabandy z |
|

|
| Najlepszą
rolę w katowickiej "Dżumie" stworzył Jerzy Głybin. Gra księdza Paneloux |
KRZYSZTOF KARWAT
|
Zaraza jest
w nas
ludźmi podobnymi do
niej. Niezła rola, wyróżniająca się w tym spektaklu, choć może narysowana zbyt
grubymi kreskami. Odpychający jest też Raul (Antoni Gryzik), restaurator, który
wewnętrzny niepokój topi w alkoholu i wątpliwych dowcipach, a rechocze wtedy jakby
zupełnie pozbawiony był elementarnych instynktów moralnych. No i w seksie, który w tym
nienazwanym z imienia mieście staje się drogą beznadziejnej ucieczki przed strachem i
śmiercią. Dlatego jest to seks orgiastyczny, hamulce łatwo puszczają (Yvette gra
Dorota Chaniecka).
W tak rozpoznanej rzeczywistości wystraszonego i gotowego złamać nie tylko
zawodowe kanony dziennikarza Ramberta gra Andrzej Warcaba. Skorumpowanym pionkiem jest
policyjny komisarz Gonzales (Marek Rachoń). Pojawia się też Garcia (Zbigniew Wróbel),
słaby człowieczek z przestępczego półświatka.
Oto diagnoza i jednocześnie cel, ku któremu konsekwentnie zmierza Zioło:
zobaczcie, co się z tymi ludźmi stało. Może byliby inni, gdyby nie "czarna
śmierć"? Nie, to pytanie nie jest ważne. Skoro ludzie tak się zachowują, to
widocznie taka ich natura.
Jest to więc spektakl głęboko pesymistyczny. Więc jednowymiarowy. Doktor Rieux
stanowi zbyt słabą przeciwwagę. Jego - jako się rzekło - właściwie w ogóle nie
ma.
Zioło mistrzowsko poukładał kolejne sceny i teatralne sekwencje. W tej
maszynerii nie zgrzyta ani jedna śrubka. Przenosimy się z miejsca na miejsce bez
łamania tempa wydarzeń. Wielka w tym zasługa |
|
wielofunkcyjnej scenografii Andrzeja Witkowskiego (wymyślił, by
wydarzenia toczyły się m.in. w szkolnej sali gimnastycznej) i niepokojącej muzyki
Bolesława Rawskiego, odsyłającej nas do egzotyki nieokreślonego do końca, dusznego i
śmiercionośnego Południa. Porozumienie zatem tych trzech artystów było pełne. Cóż
z tego... Katowicka Dżuma nie porusza. Jest inscenizacyjnie wypieszczona, a emocjonalnie
martwa.
Reżyser dobudował drugie i trzecie plany. Są zaletą tego spektaklu. Słuchacze
katowickiego Studium Aktorskiego pojawiają się w tle, budują je. Są na przykład
pielęgniarzami wynoszącymi ciała zmarłych. Innym razem uczestnikami seksualnych
ekscesów. Nie ingerują w akcję, za to ją osadzają w klimacie napięcia. Przede
wszystkim dookreślają dekadencką tezę reżysera: tutaj, może nawet za chwilę, ten
świat się rozsypie, bo już jesteśmy nad przepaścią. Popatrzcie: nawet Rieux i
Tarrou, choć im może jeszcze o coś chodzi, w poczuciu beznadziei piją wódkę, a z ich
twarzy bije nie tylko zmęczenie, ale i brak wiary. Tylko kreowany przez Jerzego Głybina
Paneloux, duchowny i wielki mentor, wyrywa się tej matni, bo próbuje sam siebie
zrozumieć. Wznosząc głos ku Bogu, też szuka ratunku. Najpierw karci innych, ale i sam
w pewnym momencie zwiesi głowę w bezsłownej rozpaczy. No, ale ten jego wewnętrzny
dramat jest czytelny, wyrazisty, momentami przejmujący. To bez wątpienia najlepsza rola
tego przedstawienia. Tylko ona wprowadza tu jakąś człowieczą, bo zindywidualizowaną
prawdę. Cały ten świat zaś, choć z takim rzemieślniczym talentem wypreparowany, jest
tylko socjologicznym modelem. Nie metaforą, właśnie - modelem. Bo też Rudolf Zioło
porwał się na Dżumę, wierząc, że poetycką parabolę - ot, po prostu - uda się
wpasować w lęki współczesnych, wszak i dziś narasta panika związana z nowymi
epidemiami. Mechanizm walki z zarazą jest (będzie?) zawsze taki sam - przestrzega. Ale
nie robi to na nas wrażenia.
Nie robi, bo zamiast ludzi oglądamy szeleszczące papierem figury.
KRZYSZTOF KARWAT
Albert Camus: Dżuma. Przekład: Joanna Guze.
Adaptacja i reżyseria: Rudolf Zioło. Scenografia: Andrzej Witkowski. Muzyka: Bolesław
Rawski. Premiera na Dużej Scenie Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w
Katowicach l marca 2006 roku. |