Roman Nowotarski - urodził się w roku 1932 w Worochcie (Huculszczyzna-Czarnohora). Po wysiedleniu w roku 1945 zamieszkał na Górnym Śląsku, w Zabrzu. Tu mieszka i pracuje do dziś. Krakowską ASP ukończył w roku 1960. Uprawia przede wszystkim malarstwo. Jest pedagogiem. Zajmuje się także scenografią teatralną i filmową.

 

- Dla tych, którzy znają pańską twórczość, cykl "afrykański", najnowszy w pańskim dorobku, musi być zaskoczeniem. Pytanie pierwsze narzuca się samo: co Roman Nowotarski, kojarzony przede wszystkim z pejzażem śląskim, może mieć wspólnego z Afryką Południową? Co się zatem takiego stało, że znalazł się pan na Czarnym Lądzie i - o, dziwo - na sawannach odnalazł inspiracje artystyczne?

- Mam kolegę z Zabrza, Wieśka Grabowskiego, który kiedyś skończył w Polsce AWF, a potem włóczył się po świecie, by na końcu wylądować w Harare, stolicy Zimbabwe. Tam jest trenerem piłkarskim narodowej reprezentacji tego kraju. Wiesiek wielokrotnie zapraszał mnie, abym go odwiedził, ale jakoś się nie składało. Nie miałem czasu, by się tam wybrać. To kawał drogi przecież... Aż w końcu stało się. Wiesiek o wszystko zadbał. O nic się nie musiałem martwić. Na miejscu miałem zapewniony luksus poruszania się po tym wielkim kraju, i to nie tylko z moim gospodarzem, bo przecież on miał swoje codzienne zajęcia zawodowe. Poznałem innych ludzi, białych i czarnych, i z nimi podróżowałem, jeszcze bardziej na południe od Harare, jakieś tysiąc kilometrów "niżej"...

- Czego pan tam szukał, oczywiście poza doznaniami Europejczyka, który nagle znalazł się w tak egzotycznej i zapewne pięknej przestrzeni?

- Moim znajomym, a był wśród nich m.in. dyrektor stołecznego szpitala i jego polska żona, tłumaczyłem, że muszę zobaczyć prawdziwą sztukę, prawdziwie "tamtejszą", autentyczną, a nie "cepelię", bo tę oczywiście w Harare można było zobaczyć i kupić. Ale "cepelia" mnie nie interesowała. Jeździliśmy zatem w "teren", aż do Wodospadów Wiktoria. Szukałem autentycznych masek.

- I udało się.

- Tak. No i zacząłem robić szkice i notatki, choć wcześniej nie miałem takich zamiarów. Ot, na początku myślałem - po prostu będę oglądał i zwiedzał. Jak każdy turysta. I nic więcej.

- Pomysł na swój autorski cykl jakoś więc tak "sam z siebie" wyskoczył?

- Tak, narodził się, gdy w ręce wpadło mi parę ciekawych rzeczy. Niektóre z nich kupiłem, inne - przeniosłem w postaci szkiców.

sl4sa1.jpg (43338 bytes)

 

Rozmowa z
ROMANEM
NOWOTARSKIM

 
Z Zabrza do Harare 
 

- Gdzie pan na te maski natrafiał? W jakichś wioskach?

- Tak, a trzeba wiedzieć, że jedną od drugiej czasem 200 kilometrów dzieli. Bywało, że oglądałem rzeźby gdzieś przy drogach. Dużo nie kosztowały, bo tam teraz bieda, a turystów nie ma. Białych mieszkańców dawnej Rodezji też już właściwie nie ma. Trochę się tamtejsza rzeczywistość zawaliła... Rzeźby i maski szkicowałem również w domach tych moich starych i nowych znajomych. Oni też mają większe czy mniejsze kolekcje. To było inspirujące. Pomijam przy tym te wszystkie historie i atrakcje, na które napotykałem podróżując po Afryce: słonie, lwy i - jak się okazuje - najgroźniejsze z wszystkich zwierząt hipopotamy, które chętnie wywracają łódki i motorówki. Ja zresztą pływałem po Zambezi i też łapałem ryby...

- Ale pejzaży ani wtedy, ani potem pan nie zrobił.

- Nie, bo ten mój cykl masek mnie pochłonął. Ale mam szkice. Może kiedyś do nich wrócę. Teraz nie mam na to czasu. A co to za pejzaż?

sl4sa2.jpg (39155 bytes)

Sawanna, bo tam, gdzie byłem, nie było dżungli. Jeśli więc takie obrazy powstaną, nie będą "kolorowe" i "śliczne". Malowałem też kwiaty dla szpitala w Harare, bo proszono mnie o coś "wesołego", o coś, co chorym na AIDS jakoś psychicznie by pomogło w ich cierpieniu...

- Wróćmy do masek.

- Zacząłem od szkiców i notatek. Kupiłem farby, pastele, akryle. Także papier, przypominający wręcz płótno. Dopiero w Polsce, w mojej zabrzańskiej pracowni zebrany materiał uporządkowałem. I tak powstały te obrazy, ten cykl.

- Co pana w ludowej, afrykańskiej sztuce najbardziej zainteresowało? Jakie cele artystyczne pan sobie postawił, przystępując do pracy?

- Nie chciałem fantazjować, bo by mnie to wyprowadziło na manowce. Zależało mi na zachowaniu autentyzmu.

To są portrety, więc robiłem te obrazy tak, jak robi się portrety. Chodziło mi o to, by uchwycić wyraz, charakter portretowanych rzeźb.

- Słowem - malował je pan tak, jak maluje się człowieka.

- Tak. Nie "odrysowywałem" masek. Zależało mi też na uchwyceniu swoistego klimatu...

- ... klimatu niepokoju i pewnego metafizycznego napięcia.

- Dobrze pan to nazwał, bo suche notatki mnie nie interesują. Można by przecież zrobić zdjęcie maski i na tym poprzestać. Papier, na którym te prace wykonałem, jest bardzo prymitywny, robiony ręcznie. On jest jak szara szmata, czasem brązowa. Znalazłem go w takim malutkim sklepiku w Harare. Gruntowałem tylko te miejsca, w których widzimy wizerunki masek. Reszta to akryle, farby olejne... Różnie. Technika kombinowana.

- Tak, to są portrety, i to mnie dziwi, bo przecież na pana typowo śląskich obrazach, w pejzażach, człowiek pojawia się u pana rzadko.

Nowy więc jest nie tylko temat. Nie jest pan przecież portrecistą, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

- Jestem. Widać, teraz jestem. A w pejzażu śląskim człowieka nie potrzebuję. On byłby na moich obrazach jak kwiatek u kożucha. Ja robię pejzaże tak, by samo otoczenie człowieka mówiło o człowieku.

 

Rozmawiał:

KRZYSZTOF KARWAT

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA