Oscar za najlepszy film minionego roku! Zdumienie, irytacja, a nawet niedowierzanie publiczności zebranej na oscarowej gali i przed telewizorami na obu półkulach. Nawet Jack Nicholson, który odczytał do kogóż to tym razem "idzie Oscar" w tej kategorii, zrobił to w taki sposób, jakby angielski tytuł filmu "Crash" w reżyserii Paula Haggisa, a więc "kolizja" miał być najlepszą metaforą tego, co zaszło między Akademią Filmową, a międzynarodową krytyką i publicznością. Bo przecież faworytem i to poza wszelką konkurencją był film Anga Lee "Broekback Montain".
A zatem, co z werdyktem prześwietnej Akademii?
W moim odczuciu Oscar dla "Miasta gniewu" jako najlepszego filmu minionego roku jest w pełni zasłużony. Więcej mówi mi o konfliktach jakie targają Ameryką na różnych poziomach, od złodzieja samochodów po prokuratora stanowego, niż homoseksualna love story, przenosząca widza w czasy dość odległe, do początku lat sześćdziesiątych.
Polski tytuł powinien brzmieć nie "Miasto gniewu", lecz "Kolizja", ponieważ jest to słowo-klucz do tego filmu, który kolizją się zaczyna i kolizją kończy. I nie jest to tylko rama filmu; wszystko w nim jest kolizją, zderzaniem się racji, stanowisk, wzajemnych animozji, strachu i odwagi, miłości i nienawiści, "czarnuchów" i "białasów", bardzo wielu Ameryk skaczących sobie do gardła w Mieście Aniołów. Paul Haggis zbudował swój film na prostej, może zbyt prostej zasadzie: każdy z bohaterów najpierw demonstruje nam swoje fobie, uprzedzenia i uporczywe trzymanie się stereotypów, by w stosownym momencie zderzyć wszystkie swoje dotychczasowe przekonania z nową, nieoczekiwaną sytuacją, która domaga się natychmiastowej rewizji w sferze umysłu i serca. A więc film z tezą?
Tak, i to można mieć mu za złe, ale z drugiej strony jest to wykonane tak pewną ręką, tak doskonale zagrane, że gotowi jesteśmy uznać prawo reżysera i głównego scenarzysty do szczęśliwych zakończeń i nader krzepiących puent..
Film jest wielowątkowy, podobnie jak "Na skróty" Roberta Altmana. Kamera jakby przypadkiem wybiera kilka postaci spośród mieszkańców Los Angeles i podąża jakiś czas za nimi. Jeszcze nie wiemy, czy warto poświęcić im naszą uwagę, nasz drogocenny czas, i w momencie, gdy gotowi jesteśmy odwrócić się do nich plecami, reżyser przyspiesza akcję. I gdy jest pewien, że nas zaintrygował, że chcemy wiedzieć "co będzie dalej", oddaje ekran innym postaciom. Ale teraz już mamy pewność, iż to, co w pierwszych chwilach wydaje się nam

sl05s49.jpg (29152 bytes)

 
FELIKS NETZ

Miasto gniewu

niekonieczne, zasługuje na naszą zdwojoną czujność, bo taka jest struktura tego filmu. Gdybyśmy od razu zwrócili uwagę na kolor paczki z nabojami, jaką w pośpiechu kupuje młoda (już!) Amerykanka, córka Irańczyka (Arab!), który nigdy nie stanie się Amerykaninem, inaczej byśmy patrzyli na sekwencję, gdy niczym samotny wilk wyrusza z domu, by samemu wymierzyć sprawiedliwość rzekomemu sprawcy jego bankructwa. Okazuje się, że to miasto jest beczką prochu, niczym Bałkany, i wystarczy iskra, by nad rozumem wzięły górę wściekłość i wrzask, a za nimi czyny, których nie da się odwołać. Pozostańmy przy Irańczyku i jego córce. Poznajemy oboje w sklepie z bronią i amunicją. Irańczyk posługuje się łamaną angielszczyzną, i to dodatkowo dyskwalifikuje go w oczach właściciela sklepu, rdzennego Amerykanina. Bez wątpienia jest to amerykański patriota. Wiele może znieść, ale żeby w jego sklepie zaopatrywał się w broń i amunicję Arab! Przecież każdy Arab jest terrorystą! Ale już córka owego Araba (który jest synonimem terrorysty!), mówiąca po angielsku bez wątpienia lepiej niż właściciel sklepu, budzi jego respekt i sympatię. Wyczuwa, że ona już jest z jego świata, już jest Amerykanką, dlatego jego towar jest do jej dyspozycji. Lecz młoda kobieta, która do tej chwili czuła się Amerykanką, nagle, odbierając upokorzenie ojca jako własne, cofa się w głąb siebie, do swojej arabskości, i z trudem powściąga w sobie narastający gniew. Czujemy, że potrafiłaby strzelić do właściciela sklepu. Ślusarz, Meksykanin, czuje, że w każdym mieszkaniu, do którego wkracza, a taki ma zawód, że często

jest wzywany do naprawienia zamków, że wszędzie jest osobnikiem podejrzanym, potencjalnym złodziejem. Ślusarz, a więc do zamka, który wymienia może mieć dodatkowy klucz! Tak na niego patrzy żona prokuratora stanowego (Sandra Bullock). Jej mąż, jeśli myśli podobnie jak ona, musi dbać o głosy wśród "kolorowych". Dla niego "czarnuch", "chinol", czy "szpaniol" - to nie są ludzie, lecz przede wszystkim wyborcy. Może dlatego Meksykanin był rozdrażniony, kiedy z mieszkania prokuratora trafił prosto do trafiki Irańczyka. Ten trawił upokorzenie, jakiego doznał w sklepie z bronią. Upokorzenie plus upokorzenie i już mamy mieszankę piorunującą. Meksykanin uprzedza, że naprawa zamka nic nie da, trzeba wymienić drzwi. Rozdrażniony Irańczyk wyrzuca go ze swego sklepiku, ów wyrzuca do kosza zmięty rachunek, który przed chwilą wypisał był za ślusarską usługę.We wzruszającej scenie Meksykanin ubiera swoją dziesięcioletnią córeczkę w niewidzialną pelerynkę, która ma ją strzec przed wszelkim złem tego świata. Naturalnie, trafika zostanie obrabowana, a że nie była ubezpieczona, Irańczyk staje się kompletnym bankrutem. Kto jest sprawcą jego nieszczęścia: kolorowy szpaniol! Wyjmuje zmięty rachunek, na którym jest adres ślusarza, bierze broń, ładuje ją nabojami i idzie zabić Meksykanina. W chwili, gdy już ma oddać strzał, z domu wybiega dziewczynka i rzuca się na szyję tatusiowi. Wiele byśmy uczynili, aby ją zatrzymać, aby nie dobiegła do ojca, Ale dobiega, rzuca mu się na szyje, Irańczyk strzela. Jesteśmy porażeni tragicznym finałem tego zdarzenia. Ale oto dziewczynka żyje i jej tatuś żyje. Czyżby zadziałała magiczna niewidzialna pelerynka? Tak myśli dziewczynka, czy tak samo myśli jej ojciec? My, widzowie, skłonni jesteśmy uznać, że reżyser nagle zmienił konwencję: z realistycznej na baśniową. Irańczyk jest przekonany, że to interwencja boska. I tylko córka Irańczyka mimochodem rzucając okiem na paczkę z nabojami, odczytuje informację, że są to ślepe naboje.
Obie te opowieści są jakby zupełnie od siebie niezależne, a jednocześnie bardzo mocno splecione. Wybrałem te dwie, a jest ich w filmie kilka, aby zilustrować metodę, jaką się posłużył Paul Haggis.
Czy nie jest to metoda zastosowana "ku pokrzepieniu serc"? Być może w Mieście Aniołów, w Ameryce, w której jest tak wiele Ameryk, i tak wiele postaci zła, istnieje dziś pilna potrzeba sztuki robionej "ku pokrzepieniu serc"?

 FELIKS NETZ

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA