We wstępie do jednej ze swych ostatnich książek, "Bomby megabitowej", opowiedział Lem o tym, jak razu pewnego natrafił na naukową hipotezę niejakiego Paula Daviesa - zaskakująco zbieżną z jego własnym pomysłem, wyrażonym kilkadziesiąt lat wcześniej trochę mimochodem i nie do końca serio. Co ma oznaczać ta historia? - odpowiedź na to pytanie pozostawił już pisarz czytelnikowi. Że ilość zgromadzonej przez nas wiedzy jest tak ogromna, iż sami w niej się gubimy? Zapewne. Ale także i to, że przestrzeń wyznaczana granicami naszej wyobraźni, nie jest tak znowu otchłannie wielka, nie na tyle w każdym razie, by dwie pasujące do siebie myśli w końcu się kiedyś nie spotkały. Podobnie jak ludzka wyobraźnia, również świat jej produktów ma granice, wbrew naszym chęciom wyrwania się poza opłotki danej nam rzeczywistości.
Mnie osobiście konkluzja ta wydała się optymistyczna i kazała mi zrewidować przekonanie o rzekomym czarnowidztwie autora "Astronautów". Że był to optymizm trudny i obwarowany zawsze szeregiem zastrzeżeń - to inna rzecz. Cóż, najwyraźniej taka już rola mędrców i wizjonerów. A kimś takim stał się dla wielu Stanisław Lem - mędrcem, którego słucha się z uwagą, nawet, gdy mówi nie to, co chcemy akurat słyszeć. Ale zarazem kimś, kogo trzeźwą obecność przyjęliśmy jako coś stałego i oczywistego - wiadomość o jego śmierci przekonała nas, że niesłusznie.
Trudno uwierzyć, że był czas, gdy istniał w czytelniczej świadomości jako autor powieści science fiction dla młodzieży. Rychło jednak przyszło opinie takie zweryfikować, a stało się to - pod tym względem nie był to przypadek odosobniony - za sprawą czytelników zagranicznych, którzy wcześniej od rodzimych dostrzegli w autorze "Solaris" filozofa, i to całkiem trzeźwo stąpającego po ziemi. Lat temu już kilkanaście pożegnał się jednak definitywnie z twórczością fabularną, jak i w ogóle z fantastyką naukową, i ukazał się czytelnikom jako mistrz fragmentu i skrótu.
Decyzji tej nie należy jednak chyba traktować jako radykalnego przełomu w jego pisarstwie, zważywszy, że wybór takiej czy innej poetyki Lem motywował zawsze względami raczej pragmatycznymi, a mniej artystycznymi. Zresztą w przedziwny i doprawdy fascynujący sposób powracał do swych wcześniejszych książek (najczęściej do eseistycznej "Summy technologiae"), komentując i rozwijając zawarte w nich pomysły, odnosząc je do współczesnej sobie rzeczywistości. Tej rzeczywistości, która tak wiele z jego dawnych przewidywań spełniła. W ten sposób późna twórczość Lema stała się swoistym dopełnieniem tej wcześniejszej, dopełnieniem bogatszym między innymi o ów wymiar "meta". Poza tym pozostał autor "Astronautów" wierny tematom, które fascynowały go od początku - to świat zmieniał się szybko, mniej Lem, który swoje wysiłki podporządkował jednemu właściwie zadaniu: szukaniu miejsca człowieka w niemym i nie-ludzkim wszechświecie.
Mógł się o tym przekonać również czytelnik jego ostatnich książek: "Lubych czasów", "Dziur w całym", "Sex Wars", "Tajemnicy chińskiego pokoju", "Bomby megabitowej" czy "Okamgnienia" (2000). Swego rodzaju podsumowaniem jego twórczości stał się zbiór esejów "Dylematy" z 2003 roku. We wszystkich tych książkach Lem skupia się na wydobywaniu z rzeczywistości jej absurdów i paradoksów, co w połączeniu z jego błyskotliwą erudycją i warsztatową biegłością dało ostatecznie stężony (i dlatego miejscami nieco może przerysowany) obraz współczesnej nam rzeczywistości. Podziw budzi także zakres jego zainteresowań, znacznie wykraczający poza ramy wąsko rozumianej futurologii. Przed zarzutem dyletanctwa chroni go jednak skutecznie zarówno godna podziwu wiedza, jak i obca mu całkowicie koturnowość i mentorskie zapędy.
Świadomie realizowana strategia pozornie naiwnego obserwatora, "kibica", czy, jak sam wolał się określać, "donosiciela z poznawczego frontu", umożliwiała mu zachowanie względnej neutralności, umacniając jego autorytet niezaangażowanego mędrca. Z takiej pozycji łatwiej było stawiać pytania zasadnicze, a tylko takie Lema interesowały: o przyszłość kultury w technokratycznym społeczeństwie, o koszty cywilizacyjnego przyspieszenia, o techniczne i etyczne granice biologicznych eksperymentów. A diagnozy nie napawały przeważnie optymizmem; człowiek, jakiego zobaczył Lem, to istota zostawiona samemu sobie i zagubiona w stworzonym przez siebie "piekle możliwości", istota, która uciekając od pytań o sens egzystencji, wybiera najczęściej tandetę i miałkość oferowanych mu przez technikę zabaw. Lemowi obce były złudzenia co do prawdziwej natury człowieka: był on

 
Michał Kopczyk

Leczył nas z naiwnej euforii

dla niego istotą ze wszech miar niedoskonałą, skażoną złem, i takim pozostał nawet opatulony w szczelny pancerz swoich wynalazków. Jak mało kto pisarz świadom był bowiem implikacji, jakie miał taki pogląd. Skoro bowiem założy się, że skłonność do "bijatyki" dziedziczymy w genach, musimy tym samym porzucić wiarę w możliwość umoralnienia przez postęp. Świat dzisiejszy nie był więc dla autora "Przekładańca" jakoś zasadniczo lepszy ani gorszy od świata naszych przodków. Jego entuzjazmu nie wzbudzała zarówno technika żyjąca już własnym, niezależnym od człowieka bytem, jak i zdominowana przez technokratów kultura. Kultura, w której wielość światopoglądowych modeli unieważniła każdy z osobna, a towarzyszące temu zrelatywizowanie wartości pozbawiło ludzkie wysiłki ich niepodważalnego i ponadjednostkowego sensu. Mierziła go smutna prawda, że nauka jest sferą z definicji już aetyczną, autokatalitycznym procesem uwikłanym w interesy ekonomiczne czy militarne - ale z drugiej strony tylko dzięki nim istniejącym. Także odrzucenie ideologicznych urojeń nie stało się bynajmniej początkiem powszechnej szczęśliwości. Świat, który nie ma jednoczących ludzkość wartości, celów czy choćby wspólnych wrogów, stał się obszarem bezładnej i jałowej bieganiny w pustce, i to pustce pełnej konfliktów i zapalnych ognisk.
Historia nie dobiegła więc bynajmniej swego kresu - cokolwiek twierdziliby niektórzy. Zrozumiałą niechęć wzbudzać muszą więc również deklaracje "uszczęśliwiaczy" ludzkości. Z największym spośród nich - Marksem - toczył Lem na wielu kartach nieustającą dyskusję. I nie był on jedyną ofiarą ostrego pióra pisarza, który bywał polemistą zajadłym i bezlitosnym. Zanim jednak wykpił prostoduszną wiarę w raj na ziemi - jak i każdą obcą sobie myśl - argumenty swoje wykładał jasno i dokładnie.
Tym, co jednak interesowało go najbardziej, była etyczna strona cywilizacyjnych przemian. Punktem węzłowym większości jego refleksji było fundamentalne pytanie o prawomocność etycznych norm w naturalistycznie rozumianym świecie. Jeżeli bowiem odrzucimy pociechę istnienia ukrytego za podszewką świata dobrotliwego Opiekuna i uznamy się za twór przyrody, stajemy przed dylematem dotyczącym granic naszej suwerenności. Sprawa robi się niebezpieczna, gdy biologiczny dyktat staje się argumentem w kwestiach etycznych, nic więc dziwnego, że kwestia ta nie uszła uwagi autora "Bajek robotów". "Pojawia się tu ciekawe i trudne do definitywnego rozstrzygnięcia rozdroże - pisał w jednym z felietonów zbioru "Dziury w całym". -Po pierwsze modnie jest teraz mówić o genach. Tłumaczy się, że ktoś musiał zrobić to, co zrobił, bo ma taką naturę, daną mu przez geny. Jednym słowem nikt za nic nie odpowiada, a poczucie wolnej woli okazuje się czysto subiektywne. Mniej więcej tak jak z tramwajem: gdy doń wsiadamy, wiemy dokąd szyny nas poprowadzą, gdyby jednak tramwaj miał świadomość, mogłoby mu się wydawać, że sam sobie życzy jechać w taką a nie inną stronę. (...) Dlatego, moim subiektywnym zdaniem, składanie odpowiedzialności na jakieś geny, na jakieś rozkazy, to jest po prostu próba mniej lub bardziej niecnego wymigiwania się od wszelkiej moralnej, ale także kryminalnej odpowiedzialności. Przecież tak nie można!"
Owo "tak nie można" streszcza być może najlepiej jego stosunek do człowieka - podszyty zawsze świadomością skomplikowanych uwarunkowań, jakie motywują jego zachowanie, a zarazem nadzieją, że w ostatecznym rachunku górą będzie jednak zdrowy rozsądek. Spod pokładów udawanego cynizmu wyziera tu bowiem raz po raz oświeceniowa niemal wiara w rozum jako euklidesowy punkt oparcia i ostateczny trybunał, który - jeśli tylko uwolnić go od uprzedzeń i fałszywych mniemań - zdolny jest wprowadzić aksjologiczny porządek w przypadkowość rzeczywistości. Postawa taka miała jeszcze tę zaletę, że skutecznie leczyła z wszelkiego dogmatyzmu. W prywatnej etyce Lema zło nie zawsze było złem takim samym, istniało czasem to mniejsze, które w przymusowej sytuacji należy wybrać.
Wrażliwy na kwestie etyczne, dostrzegał je w zjawiskach z pozoru niegroźnych - jak na przykład w inwazji różnego rodzaju urządzeń, które wyręczają nas w podejmowaniu decyzji, uniemożliwiając łamanie

prawa. Przewidywał, że to dopiero początek drogi, i że jej końcem będzie świat wypełniony redukującymi swobodę naszych wyborów urządzeniami, okradającymi nas nie tylko z prawa do decyzji, ale i z odpowiedzialności za nie. Kontrolowane przez wszechobecne komputery otoczą nas subtelną - choć zarazem nieprzepuszczalną - warstwą ochronną, swoistą "etykosferą" czyniącą nasze środowisko bardziej przyjaznym, nie bardzo jednak wyrozumiałą wobec ludzkich ułomności albo nawet zwykłej przekory. Bowiem najsłabszym - choć na szczęście wciąż niezbędnym - elementem tego mechanizmu jest człowiek, elementem na tyle jednak niepewnym, by nie liczyć na jego przyzwoitość i usprawiedliwić nad nim nadzór. Aż w końcu ktoś dojdzie do wniosku, że skoro można wszystko zrzucić na barki istot o wiele od nas sprawniejszych, nie będzie już najmniejszego powodu, by zawracać sobie głowę czymś tak zbędnym (i zawodnym) jak przyzwoitość.
Podobne wątpliwości kazały Lemowi z nieufnością traktować doniesienia na temat prac nad sztuczną inteligencją: wszak - dowodził wielokrotnie - umysł podobny do ludzkiego musiałby być podobny do nas również w naszej niedoskonałości, a więc na przykład skłonności do zła. Nieodłączną cechą każdej inteligencji jest wolność myślenia, ta wolność oznacza zarazem ryzyko omylności, jej niedoskonałość; nie mamy więc powodu, by sądzić - nauczeni własnym przykładem - że istota taka dokonywałaby zawsze rozstrzygnięć z naszego punktu widzenia właściwych i etycznych. Nie musi to koniecznie oznaczać urzeczywistnienia się fantazji o krwiożerczych maszynach toczących z ludźmi wojnę o prymat nad światem, uświadamia jednak złożoność konsekwencji takich eksperymentów, to że także sztuczna inteligencja - jak wszystko zresztą, co ludzie dotąd wymyślili - pociąga za sobą straty i korzyści. Lem nie byłby bowiem sobą, gdyby w całym zjawisku nie dostrzegł również pozytywnej strony.
Z tych wszystkich rozważań nad teoretyczną możliwością stworzenia sztucznej świadomości i klęskach nad jej urzeczywistnieniem płynie przecież i krzepiąca dla nas wiedza o tym, jak bardzo złożonym i nieredukowalnym do prostych współczynników matematycznych jesteśmy mechanizmem, jak wiele to, co nazywamy rozumem, kryje w sobie tajemnic i niuansów. Jak - jednym słowem - złożoną jesteśmy maszynerią, niezdolną, miejmy nadzieję na długo, do zrozumienia samej siebie.
Książki Lema - te ostatnie w równym stopniu co wcześniejsze - mimo zdrowej dawki deziluzji, nie są więc w gruncie rzeczy pesymistyczne. Jeśli ich autor był filozofem (sam nie lubił takiej etykiety), to z pewnością nie katastrofistą, co najwyżej sceptykiem. Że był pesymistą, nie dowodzi przecież to, że niewiele pisał o zaletach technologicznego postępu - czy trzeba jednak tłumaczyć dziś komukolwiek zalety Internetu czy wirtualnej rzeczywistości? Byłoby to mówienie najzupełniej zbędne, trudno więc mieć autorowi za złe, że rozwodzenie się nad oczywistościami pozostawiał maluczkim.
W ostatecznym rachunku nawet porzucenie iluzji na temat ludzkiej natury może mieć, jeśli spojrzymy na tę kwestię obiektywnie, dobre i złe konsekwencje: negatywne, ponieważ wszystko, czego nie dotknie, zaraża swoją ułomnością, nie jest zdolny do stworzenia rzeczy prawdziwie doskonałej; z drugiej jednak strony również zło, jakie tworzy, jest na ogół połowiczne i niedorobione. Usprawiedliwia to niejako optymizm i nadzieję, że ostateczne ziszczenie się wizji Orwella rodem z jego słynnej antyutopii być może nie będzie sprawą najbliższej przyszłości. Uważne śledzenie niezgrabnych poczynań człowieka tam, gdzie styka się on z Nowym, jest jednak czynnością zajmującą i pouczającą, nic dziwnego, że autor czynił to z prawdziwą przyjemnością, odkrywając dla nas na nowo starą prawdę, że im dalej zapuszcza się człowiek w świat odległy od jego naturalnego sensorium - w skali mikro i makro - tym jego ruchy okazują się bardziej niezręczne i toporne, im dalej wnika w głąb Niewiadomego, tym większe ma trudności z ogarnięciem swojej wiedzy. Nasza wiedza bowiem zawsze wyprzedza rozumienie, a w odkrytych raptem nowych światach człowiek porusza się niezgrabnie jak ślepiec z białą laską. Tym większa rola tych niewielu, którzy widzą nieco lepiej od nas - a do nich Lem z pewnością się zaliczał.
Leczył nas z naiwnej euforii, oswajał ze złem i przygotowywał na nie. Używał swojej wyobraźni do studzenia rozpalonych głów techno-entuzjastów, przypominając o granicach, których przekroczyć się nie da - z przyczyn technicznych - oraz tych, których przekraczać się nie powinno - z przyczyn etycznych. Zatem moralista... Ale wyrozumiały.

SPIS TREŚCI
______________________________________________________________________________________________________________

                         Webmaster ALFA