Z dala od zgiełku

Marek Palka

     Rozmowa z aktorem Franciszkiem Pieczką

sl01s52M.jpg (8745 bytes)

Jako Pan Bóg w "Konopielce" Wi- tolda Leszczyńskiego.

Z Żabiego Kraju

Z Franciszkiem Pieczką spotykam się w kawiarni warszawskiego Teatru Powszechnego, którego aktorem jest od ponad trzydziestu lat. Szczupły, wysoki starszy pan ujmuje życzliwością i ciepłym stosunkiem do rozmówcy. Wiadomo, że nie przepada za przesadnym szumem wokół własnej osoby i dość rzadko udziela wywiadów. Rzadko też bywa na Śląsku.

- Nawet ostatnio nie byłem na grobie rodziców, choć zawsze co roku jeżdżę do Godowa, mojej rodzinnej miejscowości.
Musiałem być na innym grobie, tu w Warszawie, ale nie chciałbym o tym mówić - zamyśla się, by chwilę potem chętnie podzielić się wspomnieniami o swoim dzieciństwie w Godowie, latach spędzonych w szkole teatralnej, opowiedzieć o swojej drodze artystycznej.

Urodził się w rodzinie górniczej, na tzw. "zielonym Śląsku". W tradycji ludowej region ten nazywano Żabim Krajem, a to ze względu na rzekę Olzę oraz ogromną ilość stawów. Godów koło Jastrzębia, gdzie przyszedł na świat w 1928 roku, to pogranicze trzech kultur: polskiej, czeskiej i niemieckiej. Matka przyszłego aktora, choć Polka, pochodziła z drugiej strony Olzy.
Ojciec brał udział w powstaniach śląskich. Jeden z braci ojca również, tyle że po przeciwnej stronie...

- Kontakty z Czechami oraz wpływy niemieckie (mój ojciec był w kajzerowskim wojsku), na pewno wzbogacały od strony kulturowej - mówi Franciszek Pieczka.

- Pogranicza mogą twórczo wpływać na osobowość człowieka.

Nieschematyczne patrzenie na ludzi, zainteresowania bohaterami z piętnem inności, o skomplikowanych życiorysach - to wszystko zawdzięcza między innymi dzieciństwu i młodości spędzonym na Śląsku. Wielokrotnie będzie grywał, zwłaszcza w filmie, właśnie tych "innych": nadwrażliwców, odmieńców, cudzoziemców. Często też będzie grywał Ślązaków, wykorzystując swoje naturalne predyspozycje.

Wychowywał się w licznej rodzinie, w trudnych warunkach materialnych. To zapewne wykształciło w nim takie zauważalne potem cechy charakteru, jak wytrwałość i pracowitość. Jego ojciec - górnik bywał bezrobotny i wtedy rodzinę wyżywić musiał obrabiany przez niego kawałek pola.

Jako 18-latek, zanim rozpoczął studia, Pieczka pracował przez rok na kopalni "Barbara-Wyzwolenie". Z domu rodzinnego wyniósł jednak nie tylko ogromny szacunek dla pracy, ale również zainteresowanie teatrem. Na Śląsku działało przed wojną wiele amatorskich grup, a jedna z nich obok domu rodziców Pieczki.

- Dosyć wcześnie zetknąłem się z teatrem - mówi aktor. - W Godowie, w restauracji "Pod Złotą Rybką" mieścił się amatorski teatr, gdzie mój ojciec występował. Ale nie sądzę, żeby on miał jakieś ciągoty artystyczne, po prostu traktował to jako swoiste odprężenie po ciężkiej pracy. Wprawdzie ja tego nie pamiętam, ale podobno w jakiejś sztuce jako bardzo małe dziecko występowałem z ojcem. Po wyzwoleniu w 1945 roku, razem z panią Gertrudą Ferenc, zorganizowaliśmy teatr amatorski.

Jednak na to, by Franciszek został prawdziwym aktorem, ojciec zgodzić się stanowczo nie chciał: miał bowiem XIX-wieczne wyobrażenie o zawodzie aktorskim, używał zresztą wobec niego niemieckiego określenia "Hungerkunstler", czyli artysta głodu. Zdaniem ojca, należało zdobyć konkretny fach, pozwalający na godziwe życie, a aktorstwo traktować jako hobby. Rodzice Pieczki mieli nadzieję, że syn zostanie inżynierem. Jednak już po miesiącu porzucił rozpoczęte na Politechnice Śląskiej studia (była to elektronika)i wyjechał do Warszawy, by podjąć naukę w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej.

Wcześniej należał w Katowicach do Zespołu Rapsodycznego, działającego przy Wojewódzkim Domu Kultury.

- Kończyłem tzw. Uniwersyteckie Studium Przygotowawcze w Katowicach i wówczas wstąpiłem do tego Zespołu. Recytowaliśmy poezję romantyczną: Mickiewicza, Puszkina. Pewnego dnia poszedłem do Teatru im. Wyspiańskiego na sztukę "Mieszczanie" Gorkiego. Spektakl zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam Gustawa Holoubka jako Ptasznika, rolę charakterystyczną, zagraną znakomicie.

Pieczka zdawał osobiście u Aleksandra Zelwerowicza, rektora PWST, który posiadał taki autorytet i władzę, że mógł sobie pozwolić na wydanie jednoosobowej decyzji o przyjęciu młodego kandydata do szkoły.
Nie trzeba dodawać, że egzamin w domu rektora wypadł nad wyraz pomyślnie. Kolegami Pieczki na Wydziale Aktorskim byli m.in.: Wiesław Gołas, Mieczysław Czechowicz i Krzysztof Chamiec.

- Czechowicz i Chamiec już wcześniej grali w teatrze, wskoczyli więc od razu na drugi rok. Krzysia Chamca wyrzucili jednak ze szkoły za zatajenie pochodzenia (na szczęście to nie zwichnęło mu kariery). To były lata stalinowskie, wszyscy musieliśmy wypełniać szczegółowe ankiety. Krzysiek napisał w rubryce zawód ojca: "rolnik" - zamiast "były ziemianin". Ale na nieszczęście jednym ze studentów był chłopak, którego ojciec był fornalem w majątku ojca Chamca... Podczas głosowania na zebraniu ZMP zdecydowano o losie Krzyśka. Mimo że umówiliśmy się wcześniej, że wszyscy będziemy głosować przeciw, jedyną ręką, która podniosła się, by głosować przeciw wyrzuceniu go ze szkoły, była moja. Ale do mnie nie mogli się "dobrać", bo ja pochodzenie miałem kryształowe: ojciec górnik, ja sam również. Powiedzieli mi tylko: "Kolego, wy się deklasujecie! Zdradzacie swoja klasę społeczną!".

Szkołę aktorską Pieczka ukończył w roku 1954, zagrał w przedstawieniu dyplomowym w Balladynie, w reżyserii Aleksandra Bardiniego, opiekuna roku.

 

SPIS TREŚCI
_______________________________________________________________________________________________________