
Jako Pan Bóg w
"Konopielce" Wi- tolda Leszczyńskiego.
Z Żabiego Kraju
Z Franciszkiem Pieczką spotykam
się w kawiarni warszawskiego Teatru Powszechnego, którego aktorem jest od ponad
trzydziestu lat. Szczupły, wysoki starszy pan ujmuje życzliwością i ciepłym
stosunkiem do rozmówcy. Wiadomo, że nie przepada za przesadnym szumem wokół własnej
osoby i dość rzadko udziela wywiadów. Rzadko też bywa na Śląsku.
- Nawet ostatnio nie byłem na
grobie rodziców, choć zawsze co roku jeżdżę do Godowa, mojej rodzinnej miejscowości.
Musiałem być na innym grobie, tu w Warszawie, ale nie chciałbym o tym mówić -
zamyśla się, by chwilę potem chętnie podzielić się wspomnieniami o swoim
dzieciństwie w Godowie, latach spędzonych w szkole teatralnej, opowiedzieć o swojej
drodze artystycznej.
Urodził się w rodzinie
górniczej, na tzw. "zielonym Śląsku". W tradycji ludowej region ten nazywano
Żabim Krajem, a to ze względu na rzekę Olzę oraz ogromną ilość stawów. Godów
koło Jastrzębia, gdzie przyszedł na świat w 1928 roku, to pogranicze trzech kultur:
polskiej, czeskiej i
niemieckiej. Matka przyszłego aktora, choć Polka, pochodziła z drugiej strony Olzy.
Ojciec brał udział w powstaniach śląskich. Jeden z braci ojca również, tyle że po
przeciwnej stronie...
- Kontakty z Czechami oraz wpływy niemieckie
(mój ojciec był w kajzerowskim wojsku), na pewno wzbogacały od strony kulturowej -
mówi Franciszek Pieczka.
- Pogranicza mogą twórczo
wpływać na osobowość człowieka. |
|
Nieschematyczne patrzenie na ludzi, zainteresowania bohaterami z piętnem
inności, o skomplikowanych życiorysach - to wszystko zawdzięcza między innymi
dzieciństwu i młodości spędzonym na Śląsku. Wielokrotnie będzie grywał, zwłaszcza
w filmie, właśnie tych "innych": nadwrażliwców, odmieńców, cudzoziemców.
Często też będzie grywał Ślązaków, wykorzystując swoje naturalne
predyspozycje.
Wychowywał się w licznej
rodzinie, w trudnych warunkach materialnych. To zapewne wykształciło w nim takie
zauważalne potem cechy charakteru, jak wytrwałość i pracowitość. Jego ojciec -
górnik bywał bezrobotny i wtedy rodzinę wyżywić musiał obrabiany przez niego
kawałek pola.
Jako 18-latek, zanim rozpoczął
studia, Pieczka pracował przez rok na kopalni "Barbara-Wyzwolenie". Z domu
rodzinnego wyniósł jednak nie tylko ogromny szacunek dla pracy, ale również
zainteresowanie teatrem. Na Śląsku działało przed wojną wiele amatorskich grup, a
jedna z nich obok domu rodziców Pieczki.
- Dosyć wcześnie zetknąłem
się z teatrem - mówi aktor. - W Godowie, w restauracji "Pod Złotą Rybką"
mieścił się amatorski teatr, gdzie mój ojciec występował. Ale nie sądzę, żeby on
miał jakieś ciągoty artystyczne, po prostu traktował to jako swoiste odprężenie po
ciężkiej pracy. Wprawdzie ja tego nie pamiętam, ale podobno w jakiejś sztuce jako
bardzo małe dziecko występowałem z ojcem. Po wyzwoleniu w 1945 roku, razem z panią Gertrudą Ferenc,
zorganizowaliśmy teatr amatorski.
Jednak na to, by Franciszek
został prawdziwym aktorem, ojciec zgodzić się stanowczo nie chciał: miał bowiem
XIX-wieczne wyobrażenie o zawodzie aktorskim, używał zresztą wobec niego niemieckiego
określenia "Hungerkunstler", czyli artysta głodu. Zdaniem ojca, należało
zdobyć konkretny fach, pozwalający na godziwe życie, a aktorstwo traktować jako hobby.
Rodzice Pieczki mieli nadzieję, że syn zostanie inżynierem. Jednak już po miesiącu
porzucił rozpoczęte
na Politechnice Śląskiej studia (była to elektronika)i wyjechał do Warszawy, by
podjąć naukę w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. |
|
Wcześniej należał w Katowicach do Zespołu Rapsodycznego, działającego przy
Wojewódzkim Domu Kultury.
- Kończyłem tzw. Uniwersyteckie
Studium Przygotowawcze w Katowicach i wówczas wstąpiłem do tego Zespołu.
Recytowaliśmy poezję romantyczną: Mickiewicza, Puszkina. Pewnego dnia poszedłem do
Teatru im. Wyspiańskiego na sztukę "Mieszczanie" Gorkiego. Spektakl zrobił na
mnie ogromne wrażenie.
Do dziś pamiętam Gustawa Holoubka jako Ptasznika, rolę charakterystyczną, zagraną
znakomicie.
Pieczka zdawał osobiście u
Aleksandra Zelwerowicza, rektora PWST, który posiadał taki autorytet i władzę, że
mógł sobie pozwolić na wydanie jednoosobowej decyzji o przyjęciu młodego kandydata do
szkoły.
Nie trzeba dodawać, że egzamin w domu rektora wypadł nad wyraz pomyślnie. Kolegami
Pieczki na Wydziale Aktorskim byli m.in.: Wiesław Gołas, Mieczysław Czechowicz i
Krzysztof Chamiec.
- Czechowicz i Chamiec już wcześniej grali w teatrze, wskoczyli więc od razu na drugi rok.
Krzysia Chamca wyrzucili jednak ze szkoły za zatajenie pochodzenia (na szczęście to nie
zwichnęło mu kariery). To były lata stalinowskie, wszyscy musieliśmy wypełniać
szczegółowe ankiety.
Krzysiek napisał w rubryce zawód ojca: "rolnik" - zamiast "były
ziemianin". Ale na nieszczęście jednym ze studentów był chłopak, którego ojciec
był fornalem w majątku ojca Chamca... Podczas głosowania na zebraniu ZMP zdecydowano o
losie Krzyśka. Mimo
że umówiliśmy się wcześniej, że wszyscy będziemy głosować przeciw, jedyną
ręką, która podniosła się, by głosować przeciw wyrzuceniu go ze szkoły, była
moja. Ale do mnie nie mogli się "dobrać", bo ja pochodzenie miałem
kryształowe: ojciec górnik, ja sam również. Powiedzieli mi tylko: "Kolego, wy się
deklasujecie! Zdradzacie swoja klasę społeczną!".
Szkołę aktorską Pieczka
ukończył w roku 1954, zagrał w przedstawieniu dyplomowym w Balladynie, w reżyserii
Aleksandra Bardiniego, opiekuna roku. |