Biblioteki
- azyl spokoju przeciw zamętowi świata

     Z dyrektorem Biblioteki Narodowej MICHAŁEM JAGIEŁŁĄ rozmawia JAN ZDZISŁAW BRUDNICKI



      
- Na początku było słowo. A po nim książka. Co się z nią porobiło? Nałożyły się nam okresy przejściowe dwóch gwałtownych przemian: ustrojowej i cywilizacyjnej. Pomiędzy światem z Twojej powieści "Świetlista obręcz", a tym gabinetem Biblioteki Narodowej, a zwłaszcza zapleczem i potencjałem intelektualnym i informatycznym Biblioteki, istnieje odległość niewyobrażalna! Chyba nielicznym z naszego pokolenia uda się ją z pożytkiem dla siebie i dla innych pokonać.

- Świat, w tym Polska, przeżywa w swoich dziejach zmianę największą. Zarazem najszybszą. Dotychczasowe wszystkie inne zmiany, nawet wprowadzenie druku, przebiegały w długim czasie. Teraz na przestrzeni roku, dwóch, tworzy się epoka. Mam swoisty ogląd tych przeobrażeń. Poza funkcją dyrektora jestem też pisarzem, nawiasem mówiąc - pisarzem tradycjonalistą, który pisze na elektrycznej maszynie do pisania, a dziecinne lektury odbywałem przy lampie naftowej. Mam ogląd tego świata, tego kosmosu osobisty i sprawdzony. Działający tu prawie pięćdziesiąt lat Instytut Książki i Czytelnictwa prowadzi badania czytelnictwa i badania sytuacji książki.

- Może przytoczę anegdotę z życia wziętą. Byłem niedawno w mieście średniej wielkości, w bibliotece bardzo zasłużonej dla popularyzacji czytelnictwa, zastałem zbulwersowane umysły tamtejszych pisarzy. Rzecz poszła o to, że przyjechali tam podobno nasi literaccy koledzy, bardzo przy tym prominentni i postanowili zrobić rewolucję. - Co wy nam tu opowiadacie - rugali goście gospodarzy - o trudnościach z wydaniem waszych książek, antologii, pisemek. Przecież nikt już książek nie czyta, pism nie kupuje. To całkiem przestarzałe medium. Wyrwijcie się z XIX wieku. Załóżcie jakąś stronę internetową itd. Co można odpowiedzieć takim "ekstremistom"?

- Z mojego punktu obserwacyjnego mogę oświadczyć, że nie ma żadnego zagrożenia pozycji książki. Książka w sensie tradycyjnym trzyma się dobrze. Wzmacniana jest i uzupełniana przez nowe techniki. Książka wytwarzana i przekazywana w formie elektronicznej to jest margines marginesu. Nigdzie zresztą na świecie, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi, nie jest

konkurencją dla książki tradycyjnej. Może stanowić konkurencję dla encyklopedii, akademickich skryptów, bo młodzi ludzie wolą formę elektroniczną. Natomiast eseistyka, literatura faktu, beletrystyka i cała literatura piękna - długo jeszcze będą się posługiwać nośnikiem tego fizycznego i metafizycznego "przedmiotu", jakim jest książka. Ona będzie nam panować, będzie się broniła przed wyparciem. Badania Instytutu są jednoznaczne. Delikatnie, ale podnosi się odsetek osób deklarujących potrzebę czytania.

- To nawet widzi się w tramwaju, pociągu, metrze.

- Mój optymizm ma dwa powody. Z badań wynika, że intensywne czytelnictwo staje się zajęciem i upodobaniem mieszkańców w dużych miastach. Czym innym jest obowiązek szkolny, czyli czytanie i wykorzystywanie podręczników. Natomiast wskaźnik osób czytających z ciekawości, z zamiłowania jest w dużych miastach co najmniej dwukrotnie wyższy niż w małych miastach i na wsiach. Najwięcej przybywa osób sięgających po podręcznik i poradnik.

- Ale są też głosy zaniepokojenia. "Teraz zabrakło dla literatury miejsca. Rozpanoszyła się telewizja. Unicestwiono sztukę narracji, kreowania postaci i wszystko inne. Weźmy Francję, tam już nie ma literatury, a Francuzi są zadowoleni, mogą się bez niej obejść". Powiedział to nie byle kto, ale noblista V. S. Naipaula.

- Niewielka jest grupa osób, które czytają namiętnie. Czy to się nam pisarzom podoba, czy nie podoba - nawet z danych Biblioteki Narodowej jednoznacznie wynika, że ubywa czytelników beletrystyki i trudniejszej eseistyki. A stwierdzamy to w największej świątyni humanistycznej w Polsce, gdzie przychodzi czytelnik wybrany. On częściej czyta książkę socjologiczną, ekonomiczną, prawniczą, encyklopedie i kompendia. Rzadko i coraz rzadziej sięga po beletrystykę.

- Jaka jest diagnoza tego zjawiska?

- W czasach przedtelewizyjnych czytaliśmy książki z samego głodu fabuły, akcji. Znaczną część tych potrzeb potrafi - i to dobrze - zaspokoić telewizja. Człowiek współczesny nie musi czytać średniej klasy książek, kiedy może na kanale Discovery i gdzie indziej zobaczyć świetnie pokazane realia. Iluż czytelników rozczytywało fabułki o zrządzeniach losu i codziennych kłopotach.

Teraz to mają w popularnych serialach, telenowelach. Może około trzydziestu procent czytelników tam się przeniosło dla oglądania samej atrakcyjnej fabuły; to są dawni czytelnicy książek przygodowych, romansów itp. Przy książce pozostali ci, którzy mają potrzebę przekroczenia głodu fabuły i repertuaru kolorowych czasopism, zwłaszcza prasy kobiecej.

- A więc pisarze też muszą gonić umykający horyzont nowych specjalności i nowych "zadań".

Nie mówię tu o dylematach moralnych autorów książki beletrystycznej i eseistycznej.

- Odpowiem na to wyznaniem osobistym. Jestem szczęśliwy, że dożyłem czasów i sytuacji, w których jestem autentyczny. Dzięki zmianie ustroju. Dla mnie Polska zwana PRL-em była moim państwem, ale... Ja się z nią identyfikowałem w swoistym rozumieniu. Jak występowałem jako ratownik górski, czy szef Pogotowia Ratowniczego w Tatrach, czy autor książek z tego zakresu - to moja aktywność była odbierana jednoznacznie, pozytywnie, jako działalność pożyteczna, szlachetna. Inaczej było gdy występowałem jako pisarz, który chciał napisać "Hotel klasy lux" (1978), o środowisku prominentów partyjnych. Moi znajomi wówczas zadawali mi pytania typu: Michał, co ty robisz! Pisząc taki utwór rozważasz dylematy, jak być uczciwym człowiekiem i obywatelem lojalnym wobec PRL-u i partii. Przecież ty zakłamujesz rzeczywistość i siebie. I ja się na nich nie obrażałem. Bo byłem niejednokrotnie w dwuznacznej moralnie i politycznie sytuacji. Dlatego jestem szczęśliwy, że dożyłem zmiany ustroju. Choć przecież nie tracę z pola widzenia, że kraj jest niebogaty, że pełna suwerenność jest dyskutowana. Ale nawet przy zastrzeżeniu, że żyjemy w warunkach "dzikiego kapitalizmu" - młodzi ludzie, w sensie moralnym i etycznym, w porządku wartości, mają sytuację jednoznaczną, "czystą": pracują i uczą się dla siebie, dla realnej Polski.

Ja osobiście jestem społecznikiem, o pozytywistycznym zacięciu, nie ulegam czarnowidztwu i tym mediom, które "łapią się" tylko na tragedie. Choć mam wątpliwości, w jakim stopniu moja praca służy kulturze, a w jakim stopniu moja aktywność społeczna i moje pisanie służy politykom do usprawiedliwienia ich akcji?

- Jeśli wspominamy polityków, to czy możemy mówić o polityce kulturalnej w odniesieniu do bibliotek?

- Znów posłużę się osobistym doświadczeniem. Kiedy trafiłem do Ministerstwa Kultury z woli dwu osób: ówczesnej minister, pani Izabeli Cywińskiej i ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego, mogłem dołączyć swoją cegiełkę do przemian w kulturze. I wiem, że żaden z ministrów, który urzędował w tym ustroju jako minister kultury - nie zwariował, żeby opowiedzieć się za pełnym rynkiem w kulturze i upowszechnianiu kultury. W bibliotekarstwie - ja i moi następcy (największe doświadczenia mam w zakresie szkolnictwa artystycznego) nie godziliśmy się na utratę czegokolwiek lekką ręką. W rezultacie, po zmianie ustroju, kultura nie została wrzucona na głęboką wodę.
Zmiany w kulturze zachodziły i zachodzą ewolucyjnie. Kultura, w tym biblioteki, miał
a i ma państwowe i samorządowe dotacje: do teatrów, do oper, do bibliotek, do domów kultury. Nie nastąpiło sprywatyzowanie kultury, choć możemy zgłaszać pretensje, że pieniędzy na kulturę idzie za mało - i z centralnego budżetu państwa, i z samorządów.

SPIS TREŚCI
________________________________________________________________________________________________________

                                    Webmaster ALFA