|
|
|
- Świat, w tym Polska, przeżywa w swoich dziejach zmianę największą. Zarazem najszybszą. Dotychczasowe wszystkie inne zmiany, nawet wprowadzenie druku, przebiegały w długim czasie. Teraz na przestrzeni roku, dwóch, tworzy się epoka. Mam swoisty ogląd tych przeobrażeń. Poza funkcją dyrektora jestem też pisarzem, nawiasem mówiąc - pisarzem tradycjonalistą, który pisze na elektrycznej maszynie do pisania, a dziecinne lektury odbywałem przy lampie naftowej. Mam ogląd tego świata, tego kosmosu osobisty i sprawdzony. Działający tu prawie pięćdziesiąt lat Instytut Książki i Czytelnictwa prowadzi badania czytelnictwa i badania sytuacji książki. - Może przytoczę anegdotę z życia wziętą. Byłem niedawno w mieście średniej wielkości, w bibliotece bardzo zasłużonej dla popularyzacji czytelnictwa, zastałem zbulwersowane umysły tamtejszych pisarzy. Rzecz poszła o to, że przyjechali tam podobno nasi literaccy koledzy, bardzo przy tym prominentni i postanowili zrobić rewolucję. - Co wy nam tu opowiadacie - rugali goście gospodarzy - o trudnościach z wydaniem waszych książek, antologii, pisemek. Przecież nikt już książek nie czyta, pism nie kupuje. To całkiem przestarzałe medium. Wyrwijcie się z XIX wieku. Załóżcie jakąś stronę internetową itd. Co można odpowiedzieć takim "ekstremistom"? - Z mojego punktu obserwacyjnego mogę oświadczyć, że nie ma żadnego zagrożenia pozycji książki. Książka w sensie tradycyjnym trzyma się dobrze. Wzmacniana jest i uzupełniana przez nowe techniki. Książka wytwarzana i przekazywana w formie elektronicznej to jest margines marginesu. Nigdzie zresztą na świecie, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi, nie jest |
konkurencją dla książki tradycyjnej. Może stanowić konkurencję dla encyklopedii, akademickich skryptów, bo młodzi ludzie wolą formę elektroniczną. Natomiast eseistyka, literatura faktu, beletrystyka i cała literatura piękna - długo jeszcze będą się posługiwać nośnikiem tego fizycznego i metafizycznego "przedmiotu", jakim jest książka. Ona będzie nam panować, będzie się broniła przed wyparciem. Badania Instytutu są jednoznaczne. Delikatnie, ale podnosi się odsetek osób deklarujących potrzebę czytania. - To nawet widzi się w tramwaju, pociągu, metrze. - Mój optymizm ma dwa powody. Z badań wynika, że intensywne czytelnictwo staje się zajęciem i upodobaniem mieszkańców w dużych miastach. Czym innym jest obowiązek szkolny, czyli czytanie i wykorzystywanie podręczników. Natomiast wskaźnik osób czytających z ciekawości, z zamiłowania jest w dużych miastach co najmniej dwukrotnie wyższy niż w małych miastach i na wsiach. Najwięcej przybywa osób sięgających po podręcznik i poradnik. - Ale są też głosy zaniepokojenia. "Teraz zabrakło dla literatury miejsca. Rozpanoszyła się telewizja. Unicestwiono sztukę narracji, kreowania postaci i wszystko inne. Weźmy Francję, tam już nie ma literatury, a Francuzi są zadowoleni, mogą się bez niej obejść". Powiedział to nie byle kto, ale noblista V. S. Naipaula. - Niewielka jest grupa osób, które czytają namiętnie. Czy to się nam pisarzom podoba, czy nie podoba - nawet z danych Biblioteki Narodowej jednoznacznie wynika, że ubywa czytelników beletrystyki i trudniejszej eseistyki. A stwierdzamy to w największej świątyni humanistycznej w Polsce, gdzie przychodzi czytelnik wybrany. On częściej czyta książkę socjologiczną, ekonomiczną, prawniczą, encyklopedie i kompendia. Rzadko i coraz rzadziej sięga po beletrystykę. - Jaka jest diagnoza tego zjawiska? - W czasach przedtelewizyjnych czytaliśmy książki z samego głodu fabuły, akcji. Znaczną część tych potrzeb potrafi - i to dobrze - zaspokoić telewizja. Człowiek współczesny nie musi czytać średniej klasy książek, kiedy może na kanale Discovery i gdzie indziej zobaczyć świetnie pokazane realia. Iluż czytelników rozczytywało fabułki o zrządzeniach losu i codziennych kłopotach. Teraz to mają w popularnych serialach, telenowelach. Może około trzydziestu procent czytelników tam się przeniosło dla oglądania samej atrakcyjnej fabuły; to są dawni czytelnicy książek przygodowych, romansów itp. Przy książce pozostali ci, którzy mają potrzebę przekroczenia głodu fabuły i repertuaru kolorowych czasopism, zwłaszcza prasy kobiecej. - A więc pisarze też muszą gonić umykający horyzont nowych specjalności i nowych "zadań". |
Nie mówię tu o dylematach moralnych autorów książki beletrystycznej i eseistycznej. - Odpowiem na to wyznaniem osobistym. Jestem szczęśliwy, że dożyłem czasów i sytuacji, w których jestem autentyczny. Dzięki zmianie ustroju. Dla mnie Polska zwana PRL-em była moim państwem, ale... Ja się z nią identyfikowałem w swoistym rozumieniu. Jak występowałem jako ratownik górski, czy szef Pogotowia Ratowniczego w Tatrach, czy autor książek z tego zakresu - to moja aktywność była odbierana jednoznacznie, pozytywnie, jako działalność pożyteczna, szlachetna. Inaczej było gdy występowałem jako pisarz, który chciał napisać "Hotel klasy lux" (1978), o środowisku prominentów partyjnych. Moi znajomi wówczas zadawali mi pytania typu: Michał, co ty robisz! Pisząc taki utwór rozważasz dylematy, jak być uczciwym człowiekiem i obywatelem lojalnym wobec PRL-u i partii. Przecież ty zakłamujesz rzeczywistość i siebie. I ja się na nich nie obrażałem. Bo byłem niejednokrotnie w dwuznacznej moralnie i politycznie sytuacji. Dlatego jestem szczęśliwy, że dożyłem zmiany ustroju. Choć przecież nie tracę z pola widzenia, że kraj jest niebogaty, że pełna suwerenność jest dyskutowana. Ale nawet przy zastrzeżeniu, że żyjemy w warunkach "dzikiego kapitalizmu" - młodzi ludzie, w sensie moralnym i etycznym, w porządku wartości, mają sytuację jednoznaczną, "czystą": pracują i uczą się dla siebie, dla realnej Polski. Ja osobiście jestem społecznikiem, o pozytywistycznym zacięciu, nie ulegam czarnowidztwu i tym mediom, które "łapią się" tylko na tragedie. Choć mam wątpliwości, w jakim stopniu moja praca służy kulturze, a w jakim stopniu moja aktywność społeczna i moje pisanie służy politykom do usprawiedliwienia ich akcji? - Jeśli wspominamy polityków, to czy możemy mówić o polityce kulturalnej w odniesieniu do bibliotek? - Znów posłużę się osobistym
doświadczeniem. Kiedy trafiłem do Ministerstwa Kultury z woli dwu osób: ówczesnej
minister, pani Izabeli Cywińskiej i ówczesnego premiera Tadeusza Mazowieckiego, mogłem
dołączyć swoją cegiełkę do przemian w kulturze. I wiem, że żaden z ministrów,
który urzędował w tym ustroju jako minister kultury - nie zwariował, żeby
opowiedzieć się za pełnym rynkiem w kulturze i upowszechnianiu kultury. W
bibliotekarstwie - ja i moi następcy (największe doświadczenia mam w zakresie szkolnictwa
artystycznego) nie godziliśmy się na utratę czegokolwiek lekką ręką. W rezultacie,
po zmianie ustroju, kultura nie została wrzucona na głęboką wodę. |
||
SPIS
TREŚCI
________________________________________________________________________________________________________