- Opowieści
słychane, Szkieleciarki i Gnój mają wiele wspólnego. Czy nie
jest tak, że piszesz jeden i ten sam tekst? Już to ze względu na podobieństwo
opowiadania otwierającego Twój debiut prozatorski - Dioboł i Gnoju?
- Tak, Dioboł i Gnój to w pewnym sensie jeden i
ten sam tekst. Pośrodku zaś są Pręgi (czyli scenariusz filmu, który
właśnie powstaje). W Gnoju mamy całą familię ze swoją prehistorią oraz
maltretowanego dzieciaka. W Dioble zaś jest tylko relacja ojciec-syn, ale nie ma
tła. Pierwsza część filmu też pokazuje tylko ojca i syna skazanych na siebie, w
drugiej opisałem już jednak dorosłe życie bohatera, to, w jaki sposób odtwarzają
się w nim cechy demonicznego ojca, i jak on z nimi próbuje walczyć. Te teksty mają
wspólny rdzeń, ale wyrastają w różne strony. Natomiast jeśli mówimy o pozostałych
utworach, to się nie zgodzę. Weźmy na przykład Chłopowiadanie będące
opowiastką o szczęśliwym góralu, albo Zianie opowiadające o przeraźliwym
niespełnieniu kobiety samotnej. To są zupełnie inne klucze językowe i inne im
przyświecały intencje.
- Mówisz, że się nie zgodzisz. Ale za ów
mianownik wspólny można uznać patologie, które pojawiają się w Twojej twórczości
od początku, choć w różnych aspektach.
- Nie wszędzie, ale w większości tak. |
|
- Gdyby wziąć i
posegregować Twoje teksty, to by się okazało, że tak jest. Słusznie zatem za
prekursora tej twórczości obiera się Witolda Gombrowicza, gdyż, podobnie jak u niego,
mamy do czynienia z "pokumaniem z patologią egzystencji".
- Faktycznie tak jest. Wydaje mi się, że koncept tych
krótkich tekstów (wracam do nich, gdyż teraz piszę nowy zbiór opowiadań - Cielęce
tańce), opiera się o patologie. Mój pomysł na pisanie opowiadań polega na tym,
że zaczynając pracę, nie bardzo wiem, do czego to wszystko ma zmierzać. Zaczynam
przedstawiać jakąś realistyczną historyjkę i zaczynam szukać skazy, jakiegoś
pęknięcia. Z reguły jest to moment, w którym mogę dokonać przesunięcia z poziomu
realności na poziom fikcji albo odwrotnie. W pewnym momencie zatrzymuję się na jakimś
szczególe, po czym okazuje się nagle, że poświęciłem mu 4-5 stron i że to jest
właśnie to patologiczne punctum.
- Ta proza, mimo tylu punktów wspólnych, jest
jednak dynamiczna. Osią fabularną w debiutanckim zbiorze był seks, który z czasem
tracił na sile. W Szkieleciarkach erotyzm współgra ze śmiercią. Zaś w Gnoju
cielesność to jedynie epizody. Jednakże w Twojej twórczości mamy obsesyjnie wręcz
powracające motywy funeralne, które tak często dochodzą do głosu, ale które,
powiedzmy od razu, są nieco zmodyfikowanymi schematami. Skąd aż takie zafascynowanie
śmiercią?
|
|
- Śmierć na pewno
funkcjonuje jako punkt graniczny między światem a zaświatami, które w moich
opowiadaniach porozumiewają się dość swobodnie. Tak to wyglądało w poprzednich
zbiorkach i w Cielęcych tańcach, tomie, który właśnie piszę. W moim
przypadku jest tak, że zatraciłem poczucie śmierci jako pewnego zamknięcia. Łapię
się na tym, że coraz częściej postaci duchów, zmarłych współegzystują u mnie z
żywymi. Na przykład w Mrózgu zmarły mężczyzna ogląda po śmierci
niemieckie teleturnieje tak jak to robił za życia. Ale moje motywacje są inne niż na
przykład u Witkacego. Ta taktyka nie ma na celu wzmacniania absurdu. Nie chodzi też o
to, żeby umarli wstali z grobów dla efektów horroru. To jest raczej pewna
niefrasobliwość, która towarzyszy mi od pierwszego opowiadania, czyli od momentu, kiedy
doszedłem do wniosku, że żywot po śmierci jest dużo ciekawszy - także literacko -
niż to, co się dzieje za życia. Potem już mi się pomieszały obie te płaszczyzny.
Poza tym fascynuje mnie sama chwila umierania jako moment bardzo podatny na
metaforyzację. Śmierć może przyjść osobiście, pojawić się jako byt ucieleśniony
- jak w tytułowych Szkieleciarkach. |