Nie tylko o "Gnoju"
Z Wojciechem kuczokiem rozmawia Agnieszka Nęcka

      - Opowieści słychane, Szkieleciarki i Gnój mają wiele wspólnego. Czy nie jest tak, że piszesz jeden i ten sam tekst? Już to ze względu na podobieństwo opowiadania otwierającego Twój debiut prozatorski - Dioboł i Gnoju?
      - Tak, Dioboł i Gnój to w pewnym sensie jeden i ten sam tekst. Pośrodku zaś są Pręgi (czyli scenariusz filmu, który właśnie powstaje). W Gnoju mamy całą familię ze swoją prehistorią oraz maltretowanego dzieciaka. W Dioble zaś jest tylko relacja ojciec-syn, ale nie ma tła. Pierwsza część filmu też pokazuje tylko ojca i syna skazanych na siebie, w drugiej opisałem już jednak dorosłe życie bohatera, to, w jaki sposób odtwarzają się w nim cechy demonicznego ojca, i jak on z nimi próbuje walczyć. Te teksty mają wspólny rdzeń, ale wyrastają w różne strony. Natomiast jeśli mówimy o pozostałych utworach, to się nie zgodzę. Weźmy na przykład Chłopowiadanie będące opowiastką o szczęśliwym góralu, albo Zianie opowiadające o przeraźliwym niespełnieniu kobiety samotnej. To są zupełnie inne klucze językowe i inne im przyświecały intencje.
      - Mówisz, że się nie zgodzisz. Ale za ów mianownik wspólny można uznać patologie, które pojawiają się w Twojej twórczości od początku, choć w różnych aspektach.
      - Nie wszędzie, ale w większości tak.

      - Gdyby wziąć i posegregować Twoje teksty, to by się okazało, że tak jest. Słusznie zatem za prekursora tej twórczości obiera się Witolda Gombrowicza, gdyż, podobnie jak u niego, mamy do czynienia z "pokumaniem z patologią egzystencji".
      - Faktycznie tak jest. Wydaje mi się, że koncept tych krótkich tekstów (wracam do nich, gdyż teraz piszę nowy zbiór opowiadań - Cielęce tańce), opiera się o patologie. Mój pomysł na pisanie opowiadań polega na tym, że zaczynając pracę, nie bardzo wiem, do czego to wszystko ma zmierzać. Zaczynam przedstawiać jakąś realistyczną historyjkę i zaczynam szukać skazy, jakiegoś pęknięcia. Z reguły jest to moment, w którym mogę dokonać przesunięcia z poziomu realności na poziom fikcji albo odwrotnie. W pewnym momencie zatrzymuję się na jakimś szczególe, po czym okazuje się nagle, że poświęciłem mu 4-5 stron i że to jest właśnie to patologiczne punctum.
      - Ta proza, mimo tylu punktów wspólnych, jest jednak dynamiczna. Osią fabularną w debiutanckim zbiorze był seks, który z czasem tracił na sile. W Szkieleciarkach erotyzm współgra ze śmiercią. Zaś w Gnoju cielesność to jedynie epizody. Jednakże w Twojej twórczości mamy obsesyjnie wręcz powracające motywy funeralne, które tak często dochodzą do głosu, ale które, powiedzmy od razu, są nieco zmodyfikowanymi schematami. Skąd aż takie zafascynowanie śmiercią?

      - Śmierć na pewno funkcjonuje jako punkt graniczny między światem a zaświatami, które w moich opowiadaniach porozumiewają się dość swobodnie. Tak to wyglądało w poprzednich zbiorkach i w Cielęcych tańcach, tomie, który właśnie piszę. W moim przypadku jest tak, że zatraciłem poczucie śmierci jako pewnego zamknięcia. Łapię się na tym, że coraz częściej postaci duchów, zmarłych współegzystują u mnie z żywymi. Na przykład w Mrózgu zmarły mężczyzna ogląda po śmierci niemieckie teleturnieje tak jak to robił za życia. Ale moje motywacje są inne niż na przykład u Witkacego. Ta taktyka nie ma na celu wzmacniania absurdu. Nie chodzi też o to, żeby umarli wstali z grobów dla efektów horroru. To jest raczej pewna niefrasobliwość, która towarzyszy mi od pierwszego opowiadania, czyli od momentu, kiedy doszedłem do wniosku, że żywot po śmierci jest dużo ciekawszy - także literacko - niż to, co się dzieje za życia. Potem już mi się pomieszały obie te płaszczyzny. Poza tym fascynuje mnie sama chwila umierania jako moment bardzo podatny na metaforyzację. Śmierć może przyjść osobiście, pojawić się jako byt ucieleśniony - jak w tytułowych Szkieleciarkach.


arrow.gif (1181 bytes)
NUMER BIEŻĄCY